To był w gruncie rzeczy spokojny wieczór. Gorąc sierpnia zaczynał powoli zwiastować w swoich zapachach jesień, jej nuty powoli wygrywały na niciach babiego lata, niczym na wioli. Temperatury zaczynały już nieco opadać, a żółcie zaschnięcia transformowały w nadchodzące czerwienie i brązy. Jednak Morpheus od Lammas czuł oddech niepokoju na swoim karku, a tyle rzeczy się nań złożyło, że nie umiał z ręką na sercu przypisać go do żadnego konkretnego wydarzenia. Ani próby otwarcia się na jakiś związek (do trzech razy sztuka tylko dlaczego ani razu to nie dało mu tego, czego chciał?) nie mogła być definitywnie tym, co trzymało go na krawadize ani dołączenie do Klubu Czytelniczego Brenny ani sprawa byłego kochanka Jonathana, wampira który mógł im skutecznie nabruździć, ani nawet nie była to kwestia Vakela. Wizja i epifania, tutaj składał najwięcej swoich obaw.
Był jasnowidzem od urodzenia i pełnoprawnym badaczem przepowiedni i predestynacji od dwóch dekad, w samym Departamencie Tajemnic spędził dwanaście lat lat i wiedział, jak krzywo ludzie patrzą na wróżbiarstwo, na przepowiednie, jak stawiają okoniem, w wyniku czego cierpią jeszcze bardziej. Spoglądał na końcówkę swojego papierosa. Wkrótce tak będzie płonąć Dolina, jeśli dawać wiarę temu, co ukazała mu Matka.
Morpheus był skonfliktowany pomiędzy ujawnianiem wizji i trzymaniem jej bardzo blisko przy orderach.
Jak Kassandra Trojańska, niosący do domu wojnę i pożogę, niewysłuchany (przynajmniej w swoim mniemaniu), wiódł swoje kroki za dymem ofiarnym, jagnięciem były zaś jego płuca, które oddawał bogom kawałek po kawałku z każdym papierosem, aby mogli operować zczerniałym oddechem, gdy mówił ich słowami.
— Neil! — zawołał, widząc młodego czarodzieja u płotu. Czy umawiali się i pamięć znów go zwiodła? Nie mógł sobie przypomnieć, zbyt skoncentrowany na wszystkim tym, co mogło pójść i na pewno pójdzie źle w nadchodzących miesiącach. Ubrał na twarz swój zwykły uśmiech i lekkim krokiem podszedł do mężczyzny. Dzielił ich niski płot, który naprawił Samuel, sielski, z wąską rabatką kwiatów, zasychających i zmieniających swoje główki w nasiona, idealnie kryjący potężne mury zaklęć.
Zgasił papierosa i zgniótł go obcasem i oparł się o ogrodzenie.
— Jak ojciec? — zapytał z realną troską w głosie.