25.08.2024, 23:22 ✶
Drugiego czerwca Ambroise wstał nawet wcześniej niż zazwyczaj. Z zaskoczeniem zauważył, że zebrał się jeszcze zanim słońce na dobre ukazało się na horyzoncie. Odkąd objął stałą posadę w Mungu zwykł wymykać się z domu, jakby nigdy tam nie był. Miał idealne warunki ku temu, odkąd za przyzwoleniem przystosował sobie starą szopę na graty w około czterdziestometrową samotnię. Wracał późno, nierzadko wcale. Niestety ku niewielkiemu zawodowi przybranej matki (jakoś akceptującej nieślubne dziecko, ale już mniej jego starokawalerstwo) bez związku z porywami serca. W tej materii nigdy nie miał szczególnego szczęścia, nawet jeśli nie mógł narzekać na powodzenie. Pozostawał wręcz zatrważająco niepodatny na długofalowe romanse i nie widział potrzeby zmieniania tego stanu rzeczy. Miał swoją rodzinę, szpital i rośliny. Nie zamierzał wprowadzać obcego elementu w ten krajobraz. Wystarczyło, że w młodzieńczych latach przekonał się, że nierodzime gatunki zwykły zagarniać, psuć i wyniszczać wszystko, co napotykały na drodze. Od tamtej pory wąchał róże poza własnym poletkiem. Nocując w Londynie, często zostawał na leżance w Mungu, żeby móc jak najszybciej wrócić na dyżur. Gdy to było niemożliwe, korzystał z kanapy u znajomych albo brał pokój w magicznym barze.
Nie był wybredny. Cel uświęcał środki a obecnie zależało mu na objęciu przewagi w nieoficjalnym wyścigu o wyższą posadę. To był ten długofalowy plan, który próbował spełnić, żeby też poczuć się spełnionym. Nie myślał o tym, co będzie, jeśli mu się powiedzie. W żadnym razie nie analizował tego, co będzie, jeśli odniesie porażkę. Zawieszenie się w próżni nie było takie złe jak mogło się wydawać. Wystarczyło, że to akceptował.
Niestety musiał przekonać wszystkich dookoła, żeby zrobili to samo. Nie miał żadnego problemu z żoną ojca, dopóki od czasu do czasu udawał zainteresowanego wydarzeniami społecznymi. Dogadywał się z ojcem, który bywał w ciągłych rozjazdach i z którym dyskutowali o naukowych pasjach. Jedyną osobą skutecznie wzbudzającą w uzdrowicielu swędzące wyrzuty sumienia o ciągłą nieobecność była Roselyn. Nie musiała robić wiele. Wystarczyło dyskretne przypomnienie, że znowu zaniedbał życie poza pracą. Mimo różnicy wieku czuł się jak troskliwie zganiony szczeniak, który trochę się zapomniał i odbiegł za daleko. Nic dziwnego, że w miarę punktualnie wyszedł z pracy (zaledwie pół godziny po czasie) tym samym dniu, w którym odebrał list od siostry. To było upomnienie nie do zignorowania.
Oczywiście, zanim pojawił się na ganku, zdążył wziąć błyskawiczny prysznic. Zmienił służbowe szaty na coś bardziej luźnego i na tym poprzestał. Dobrze wiedział, że planowali siedzieć przy herbacie jak dwoje niedospanych, nieogarniętych domowników niespecjalnie dbających o to, jak się prezentowali.
Znając te zwyczaje, nie musiał długo szukać. Przysunął sobie krzesełko i bez słowa wyciągnął swoją część barteru. Nie mógł wrócić z pustymi rękami. Szczególnie po liście, na który zapomniał odpisać.
Taktycznie zaopatrzył się w najnowsze, jeszcze dzisiejsze pierwsze wydanie magazynu herbologicznego. Wciąż bez słowa położył je obok dzbanka z herbatą. Nie musiał tego komentować. Tak właściwie z trudem przystał, żeby nazywać to magazynem, nawet w myślach. To była cienka, licha broszura z ładnie zaprojektowaną okładką i zachęcającą pierwszą stroną, która była również ostatnią zawierającą jakiekolwiek sensowne treści. Pozostałe trzy były znacznie, znacznie gorsze. Tak złe, że postanowił zakupić nowy egzemplarz, gdy przypadkiem zostawił pierwszy w gabinecie w Mungu. Roselyn musiała to zobaczyć.
- Dołączyli - odchrząknął, starając się zachować pełną powagę - magiczne kolekcjonerskie nasionko - to mówiąc, pozwolił sobie położyć małą zakorkowaną fiolkę na środku stolika herbacianego - mi to wygląda na bobik - ocenił. Oczywiście, mógł się mylić i to mogło być coś tak wyjątkowego, że po wyrośnięciu opadną im szczęki, ale naprawdę mocno powątpiewał. Zwykł rozpoznawać to, co mu wciskano.
- To znakomite źródło żelaza i substancji odżywczych. Znasz substancje odżywcze? - spytał z przekąsem. Nie mógł nie zauważyć tego, że była przemęczona. Jako chronicznie zmęczony uzdrowiciel potrafił rozpoznać swego. Szczególnie w postaci tak bliskiej osoby. - Jako wysokobiałkowe ziarno stanowi składnik mieszanki dla ptaków, którą zacznę kupować, jeśli ty nie zaczniesz dbać o swoje zdrowie - zmierzył ją wzrokiem pełnym jednoczesnej troski i rozbawienia, ale również ledwo dostrzegalnego zaniepokojenia. Z ich dwojga to Rose była tą ładną i mądrą. Cienie pod oczami świadczyły o tym, że próbowała być jeszcze mądrzejsza a wtedy byłby na kiepskiej pozycji. - Zacznę nią w ciebie rzucać - ostrzegł. Pracoholizm był zaraźliwy, szczególnie w tej rodzinie, ale powinien mieć granicę.
Nie był wybredny. Cel uświęcał środki a obecnie zależało mu na objęciu przewagi w nieoficjalnym wyścigu o wyższą posadę. To był ten długofalowy plan, który próbował spełnić, żeby też poczuć się spełnionym. Nie myślał o tym, co będzie, jeśli mu się powiedzie. W żadnym razie nie analizował tego, co będzie, jeśli odniesie porażkę. Zawieszenie się w próżni nie było takie złe jak mogło się wydawać. Wystarczyło, że to akceptował.
Niestety musiał przekonać wszystkich dookoła, żeby zrobili to samo. Nie miał żadnego problemu z żoną ojca, dopóki od czasu do czasu udawał zainteresowanego wydarzeniami społecznymi. Dogadywał się z ojcem, który bywał w ciągłych rozjazdach i z którym dyskutowali o naukowych pasjach. Jedyną osobą skutecznie wzbudzającą w uzdrowicielu swędzące wyrzuty sumienia o ciągłą nieobecność była Roselyn. Nie musiała robić wiele. Wystarczyło dyskretne przypomnienie, że znowu zaniedbał życie poza pracą. Mimo różnicy wieku czuł się jak troskliwie zganiony szczeniak, który trochę się zapomniał i odbiegł za daleko. Nic dziwnego, że w miarę punktualnie wyszedł z pracy (zaledwie pół godziny po czasie) tym samym dniu, w którym odebrał list od siostry. To było upomnienie nie do zignorowania.
Oczywiście, zanim pojawił się na ganku, zdążył wziąć błyskawiczny prysznic. Zmienił służbowe szaty na coś bardziej luźnego i na tym poprzestał. Dobrze wiedział, że planowali siedzieć przy herbacie jak dwoje niedospanych, nieogarniętych domowników niespecjalnie dbających o to, jak się prezentowali.
Znając te zwyczaje, nie musiał długo szukać. Przysunął sobie krzesełko i bez słowa wyciągnął swoją część barteru. Nie mógł wrócić z pustymi rękami. Szczególnie po liście, na który zapomniał odpisać.
Taktycznie zaopatrzył się w najnowsze, jeszcze dzisiejsze pierwsze wydanie magazynu herbologicznego. Wciąż bez słowa położył je obok dzbanka z herbatą. Nie musiał tego komentować. Tak właściwie z trudem przystał, żeby nazywać to magazynem, nawet w myślach. To była cienka, licha broszura z ładnie zaprojektowaną okładką i zachęcającą pierwszą stroną, która była również ostatnią zawierającą jakiekolwiek sensowne treści. Pozostałe trzy były znacznie, znacznie gorsze. Tak złe, że postanowił zakupić nowy egzemplarz, gdy przypadkiem zostawił pierwszy w gabinecie w Mungu. Roselyn musiała to zobaczyć.
- Dołączyli - odchrząknął, starając się zachować pełną powagę - magiczne kolekcjonerskie nasionko - to mówiąc, pozwolił sobie położyć małą zakorkowaną fiolkę na środku stolika herbacianego - mi to wygląda na bobik - ocenił. Oczywiście, mógł się mylić i to mogło być coś tak wyjątkowego, że po wyrośnięciu opadną im szczęki, ale naprawdę mocno powątpiewał. Zwykł rozpoznawać to, co mu wciskano.
- To znakomite źródło żelaza i substancji odżywczych. Znasz substancje odżywcze? - spytał z przekąsem. Nie mógł nie zauważyć tego, że była przemęczona. Jako chronicznie zmęczony uzdrowiciel potrafił rozpoznać swego. Szczególnie w postaci tak bliskiej osoby. - Jako wysokobiałkowe ziarno stanowi składnik mieszanki dla ptaków, którą zacznę kupować, jeśli ty nie zaczniesz dbać o swoje zdrowie - zmierzył ją wzrokiem pełnym jednoczesnej troski i rozbawienia, ale również ledwo dostrzegalnego zaniepokojenia. Z ich dwojga to Rose była tą ładną i mądrą. Cienie pod oczami świadczyły o tym, że próbowała być jeszcze mądrzejsza a wtedy byłby na kiepskiej pozycji. - Zacznę nią w ciebie rzucać - ostrzegł. Pracoholizm był zaraźliwy, szczególnie w tej rodzinie, ale powinien mieć granicę.