Z szelmowskim uśmiechem Morpheus rozpiął mankiet koszuli pod szatą i podwinął go, aby obnażyć niebieskie żyłki nadgarstka i bledszą skórę wewnętrznej strony przedramienia.
— Kadzidło — przysunął rękę lekko w stronę Lorien, a ją mogła owionąć charakterystyczna nuta jego perfum, mocno skórzanych z ewidentnymi kadzidlanymi tonami, kojarzącymi się nieodmiennie z wysokimi sklepieniami kościołów i kopułami bazylik. Zapach towarzyszący mu przez większość dorosłego życia, nawet jeżeli eksperymentował z wyrobami swojej szwagierki, to ostatecznie wracał do tego jednego.
Morpheus był kukułką, której podrzucono jajo, nie odwrotnie, jak to istniało w przyrodzie. Może przyciągnęła ich podobna dusza ptaka, nawet jeżeli Longbottom panicznie bał się wysokości. Na szczęście wyrywali się często, Wizengamot był jedynym piętrem głębszym w Ministerstwie niż Departament Tajemnic, więc przynajmniej w windach widywali się dość regularnie, a i karteczki-samolociki fruwały w jej stronę z gęstością makulatury.
Usiadł swobodnie na wolnym fotelu, uprzednio delikatnie zgarniając miniaturowe, ruchome figurki i niczym chrząszcze, delikatnie odłożył je do makiety, przez chwilę przyglądając się, jak sfruwają z jego skóry i szukają drogi, przypominając motyle zaplątane w firane. Morpheus długo pracował nad swoją łagodnością, ale Lorien nigdy nie poznała jego gniewnej, agresywnej, młodzieńczej natury.
— Mirra jest dla martwych. Jedną nogą w zaświatach to nadal tylko jedna noga. Zresztą stawiam żołędzie przeciwko orzechom, że szybciej przywdziejesz czerń dla mnie, jak nagle zniknę gdzieś przez Departament Tajemnic —mówił o tym lekko, pogodzony z własną śmiertelnością. W końcu on już umarł, jakoś rok zanim ona pojawiła się w jego życiu, na polu hiacyntów, zgodnie z przepowiednią jego matki. Jedenaście lat temu. Ciężar czasu dotknął go zadziwiająco mocno.
Uniósł jedną brew i spojrzał na srokę z nieukrywanym zdziwieniem, nie prostując się znad makiety, czekając aż ostatni z zaczarowanych modeli dementorów opuści jego dłoń . Chyba im też podobał się jej zapach, bo dwa ciągle schodziły i wracały na kości knykci.
— Jakie masz wątpliwości? Przejrzeć z tobą umowę? — zapytał, chociaż wiedział, że po tylu latach jest dużo lepiej obyta w kruczkach prawnych niż on, w końcu ona od razu startowała na prawnika, a on szukał miejsca w administracji, gdzie mógłby działać w kulisach. Gdyby miał przed sobą podobny druk, nawet teraz, podpisałby go bez wahania. Morpheus Longbottom, sędzia Wizengamotu. Mógłby na chwilę znów marzyć. Lecz to nie on podejmował decyzję. On miał swoją za sobą, gdy utrzymał upragnione stanowisko w Departamencie Tajemnic.