Jessie nie lubił się spóźniać. I to nie tylko dlatego, że było to uważane za zachowanie niekulturalne, które pokazuje, jak bardzo "w poważaniu" ma się osobę, z którą umówiło się na spotkanie. Brak szacunku do czyjegoś czasu, co czyjejś osoby. A jeśli ktoś spóźniał się na jakieś ważne spotkania - rozmowa o pracę, czy sama praca, to już mogło postawić tę osobę w bardzo złym świetle.
Oczywiście, światło to mogło przygasnąć, lub zgasnąć całkowicie, jeśli miało się dobry powód, przez który doszło do owego spóźnienia. Czasami awarie czy wypadki po prostu się zdarzają i chociaż magia, krążąca w ich żyłach, potrafiła zdziałać wiele, tak nie potrafiła zmienić każdego biegu wydarzeń i nie na wszystko miała wpływ.
Dzień chylił się już ku końcowi, ludzie zdążyli już wrócić do swoich domów i zapewne zasiadali z rodzinami (lub sami) do kolacji lub powoli przygotowywali się do snu, by wcześnie i z energią powitać następny dzień. Latarnie rozświetliły ulice.
Wśród tych nielicznych person, które pojawiały się jeszcze na ulicach Pokątnej i Horyzontalnej, był Jessie. Trochę zmęczony, na zewnątrz mało radosny, ale w środku szczęśliwy, że w końcu udało mu się wyrwać z pracy. Swoją pracę lubił, ale czasami miał ochotę swoich współpracowników zganić i posłać do kąta, ale wtedy musiałby sam wszystko naprawiać, a na to nie miał ani sił, ani ochoty, a wołać co chwila starszych pracowników, by pomogli mu coś naprawić, też nie miał ochoty.
Nie wiedział dokładnie, która była godzina, ale był pewien, że jego spóźnienie nie było na tyle duże, by jego mama się na niego gniewała. Oczywiście, wolałby być na czas i nie kazać jej czekać, ale tak wyglądało dorosłe życie - czasami plany ulegały zmianie bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. A przynajmniej Charlotte mogła sobie spokojnie poprawić włosy.
-Mieliśmy mały problem z jednym depozytem. Musiałem zostać chwilę dłużej - powiedział lekko, chociaż nie był to lekceważący ton. -Wiesz, może rozważyłbyś trochę łagodniejsze mówienie o kimś, kto pilnuje twoich pieniędzy, hm?