26.08.2024, 12:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.08.2024, 12:29 przez Brenna Longbottom.)
Gdy miała jakieś dwadzieścia lat, została zaangażowana w sprawę czarodzieja, który mordował mugoli. Nie prowadziła jej, oczywiście, była wtedy za młoda, staż pracy miała za krótki, ale wuj potrzebował asysty widmowidza, a chociaż bardzo nie chciał wciągać w to bratanicy, ona i tak była gotowa tej pomocy udzielić. I zapadło jej w pamięć na zawsze wszystko, co wyczytała w aktach i zobaczyła w dymie. Morderca nie był śmierciożercą – nikt wtedy nie słyszał o śmierciożercach. Nie był nawet rasistą, sam miał jednego dziadka mugola. Zabijał mugoli, bo to było łatwe i bo morderstwa w ich świecie ciężko było Ministerstwu wykryć, póki sama zbrodnia nie została dokonana za pomocą czarnej magii.
Ten człowiek codziennie wstawał o tej samej porze, zakładał jedną z dziesięciu identycznych koszul, kupował bułki zawsze w tej samej piekarni i szedł do pracy, której nie zmienił od dwudziestu lat. A fragmenty ciał swoich ofiar trzymał w idealnie posprzątanej piwnicy, w słoikach, które stały równo, jak od linijki.
Brenna nie podejrzewała Rodolphusa o bycie mordercą ani nawet śmierciożercą – Lestrangowie byli konserwatystami, nie wątpiła, że ktoś tam nosi mroczny znak, ale nie miała powodów podejrzewać konkretnie jego, chyba dość durnie zakładała, że ktoś tak młody nie zdążyłby wejść w takie bagno – ale już miała dziwne wrażenie, że pewnie w imię dobra nauki mógłby pokroić ukradkiem czyiś mózg.
Nauczyła się, że ludzie bardzo uporządkowani i doskonale zdrowi na umyśle niekiedy też lubili patrzeć, jak świat płonie.
– Dziękuję panom za współpracę, zapraszam do Biura Brygady w celu dokonywania zgłoszeń kradzieży mieczy, banków i wszystkich innych przedmiotów. Dziś już kończę służbę, ale jutro mam nocny dyżur – wyrecytowała, na wzrok pełen nienawiści odpowiadając bardzo spokojnym spojrzeniem. – W ramach prywatnej rady w celu uniknięcia niesnasek w przyszłości, sugeruję przygotowanie wzorów umów wypożyczeni wytworów goblińskiego rzemiosła zamiast sprzedaży – dodała gładko, ale wiedziała przecież, że tego nie zrobią. Nikt nie zapłaci za wypożyczenie tyle, co za sprzedaż, oni zaś chcieli otrzymywać tyle pieniędzy, ile za umowę kupna i sprzedaży. A gobliny znały prawo i zwyczaje czarodziejów, doskonale wiedziały, że gdy sprzedają tiary i miecze, te do nich nie wrócą, zresztą większości wyrobów wytwarzanych dla czarodziei nie mogłyby używać – to różnica gabarytów.
Naprawdę nie umiała ich zrozumieć. Pomyślała o tym, po raz kolejny już, obserwując oddalające się gobliny.
– To byłaby bardzo krótka sprawa, bo z tego, co wiem, to bank nadal należy do goblinów i nie wiem, kto byłby gotowy bez nich schodzić do tych podziemi, więc do żadnej kradzieży nie doszło. To co, komu należy się miecz? – spytała, z odrobiną rozbawienia, odgarniając włosy, cisnące się do oczu i posyłając Rodolphusowi uśmiech. To nie była miła sytuacja, ale przynajmniej mieli ją z głowy, nikt nie ucierpiał, a ona nie musiała wracać do Biura. Pytanie zaś… było właściwie retoryczne, bo nie spodziewała się, że Lestrange mógłby osądzić, że powinny go dostać gobliny.
Ten człowiek codziennie wstawał o tej samej porze, zakładał jedną z dziesięciu identycznych koszul, kupował bułki zawsze w tej samej piekarni i szedł do pracy, której nie zmienił od dwudziestu lat. A fragmenty ciał swoich ofiar trzymał w idealnie posprzątanej piwnicy, w słoikach, które stały równo, jak od linijki.
Brenna nie podejrzewała Rodolphusa o bycie mordercą ani nawet śmierciożercą – Lestrangowie byli konserwatystami, nie wątpiła, że ktoś tam nosi mroczny znak, ale nie miała powodów podejrzewać konkretnie jego, chyba dość durnie zakładała, że ktoś tak młody nie zdążyłby wejść w takie bagno – ale już miała dziwne wrażenie, że pewnie w imię dobra nauki mógłby pokroić ukradkiem czyiś mózg.
Nauczyła się, że ludzie bardzo uporządkowani i doskonale zdrowi na umyśle niekiedy też lubili patrzeć, jak świat płonie.
– Dziękuję panom za współpracę, zapraszam do Biura Brygady w celu dokonywania zgłoszeń kradzieży mieczy, banków i wszystkich innych przedmiotów. Dziś już kończę służbę, ale jutro mam nocny dyżur – wyrecytowała, na wzrok pełen nienawiści odpowiadając bardzo spokojnym spojrzeniem. – W ramach prywatnej rady w celu uniknięcia niesnasek w przyszłości, sugeruję przygotowanie wzorów umów wypożyczeni wytworów goblińskiego rzemiosła zamiast sprzedaży – dodała gładko, ale wiedziała przecież, że tego nie zrobią. Nikt nie zapłaci za wypożyczenie tyle, co za sprzedaż, oni zaś chcieli otrzymywać tyle pieniędzy, ile za umowę kupna i sprzedaży. A gobliny znały prawo i zwyczaje czarodziejów, doskonale wiedziały, że gdy sprzedają tiary i miecze, te do nich nie wrócą, zresztą większości wyrobów wytwarzanych dla czarodziei nie mogłyby używać – to różnica gabarytów.
Naprawdę nie umiała ich zrozumieć. Pomyślała o tym, po raz kolejny już, obserwując oddalające się gobliny.
– To byłaby bardzo krótka sprawa, bo z tego, co wiem, to bank nadal należy do goblinów i nie wiem, kto byłby gotowy bez nich schodzić do tych podziemi, więc do żadnej kradzieży nie doszło. To co, komu należy się miecz? – spytała, z odrobiną rozbawienia, odgarniając włosy, cisnące się do oczu i posyłając Rodolphusowi uśmiech. To nie była miła sytuacja, ale przynajmniej mieli ją z głowy, nikt nie ucierpiał, a ona nie musiała wracać do Biura. Pytanie zaś… było właściwie retoryczne, bo nie spodziewała się, że Lestrange mógłby osądzić, że powinny go dostać gobliny.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.