26.08.2024, 15:39 ✶
Od dziecka zapatrzony w ojca Charlie nie mógł dostrzec w ojcu złych cech i za wszystko, co Richard robił wbrew dobru najbliższej rodziny, musiał oskarżać Roberta. Wszystkie przykrości ostatnich dni były winą wyłącznie wuja. Nawet to, że zmartwił ojca atakiem na Lammas, było przewinieniem, którego nie należało tak łatwo wybaczyć.
- Jestem roszczeniowy, bo chcę zainteresowania ojca moim dobrem? Jak raz, moim? - Zapytał, rozgoryczony do tego stopnia, że załamał mu się głos. Tu nie mógł zgodzić się z Rodolphusem. Był jeszcze chłopcem, wyszedł ze szkoły, ale trafił pod skrzydła ojca. Teraz, gdy cienia tychże skrzydeł zabrakło, bo i Richard zajął się czymś innym, aniżeli niańczeniem pociech, Charlie poczuł brak ojcowskiej troski. - Nie interesują mnie ściany. Niech robią, co chcą.
Cóż mógł zrobić mu Robert? Nie zamordowałby go ze względu na Richarda. Już wyrzucił go z domu i groził wydziedziczeniem, ale czy w tej sytuacji wydziedziczenie miałoby jakiś sens, poza nazwaniem rzeczy po imieniu? Wyrzucenie z kamienicy mówiło wiele i przyklejenie kolejnej łatki do wzgardzonego Mulcibera wiele nie zmieniało. Charlie i tak już nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. W całym natłoku emocji zapomniał, że to on pierwszy, razem z bratem, wpadł na pomysł fallusowych świeczek i gdyby te nigdy nie powstały, do niczego takiego by nie doszło. To była jednak tylko mała, śniegowa kulka, tocząca się w dół zbocza. To Robert wywołał lawinę.
Charles wysłuchał propozycji Lestrange, a kiedy ten tak dobrodusznie zaoferował oględziny mieszkania, nie wahał się objąć go ramieniem i przycisnąć twarz do jego barku.
- O tym mówiłem. Jesteś obcy, a robisz dla mnie więcej, niż rodzina. Dopiero się poznaliśmy, ale jesteś w stanie mi zaufać. - Mruknął z pewną mokrością w głosie, która zwiastowała rychły płacz. - Nie mogę przyjąć prezentu, będziemy płacić czynsz. Obiecuję. Obiecuję, że cię nie zawiodę. Nie jak rodzinę. Będę dbał i płacił!
Charles nie interesował się gośćmi lokalu, bo alkohol głośno szumiał mu w głowie. Whisky zadziałało tak, jak powinno i jeśli Rodolphus chciał uzyskać pijanego Mulcibera, to cel osiągnął.
- Jestem roszczeniowy, bo chcę zainteresowania ojca moim dobrem? Jak raz, moim? - Zapytał, rozgoryczony do tego stopnia, że załamał mu się głos. Tu nie mógł zgodzić się z Rodolphusem. Był jeszcze chłopcem, wyszedł ze szkoły, ale trafił pod skrzydła ojca. Teraz, gdy cienia tychże skrzydeł zabrakło, bo i Richard zajął się czymś innym, aniżeli niańczeniem pociech, Charlie poczuł brak ojcowskiej troski. - Nie interesują mnie ściany. Niech robią, co chcą.
Cóż mógł zrobić mu Robert? Nie zamordowałby go ze względu na Richarda. Już wyrzucił go z domu i groził wydziedziczeniem, ale czy w tej sytuacji wydziedziczenie miałoby jakiś sens, poza nazwaniem rzeczy po imieniu? Wyrzucenie z kamienicy mówiło wiele i przyklejenie kolejnej łatki do wzgardzonego Mulcibera wiele nie zmieniało. Charlie i tak już nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. W całym natłoku emocji zapomniał, że to on pierwszy, razem z bratem, wpadł na pomysł fallusowych świeczek i gdyby te nigdy nie powstały, do niczego takiego by nie doszło. To była jednak tylko mała, śniegowa kulka, tocząca się w dół zbocza. To Robert wywołał lawinę.
Charles wysłuchał propozycji Lestrange, a kiedy ten tak dobrodusznie zaoferował oględziny mieszkania, nie wahał się objąć go ramieniem i przycisnąć twarz do jego barku.
- O tym mówiłem. Jesteś obcy, a robisz dla mnie więcej, niż rodzina. Dopiero się poznaliśmy, ale jesteś w stanie mi zaufać. - Mruknął z pewną mokrością w głosie, która zwiastowała rychły płacz. - Nie mogę przyjąć prezentu, będziemy płacić czynsz. Obiecuję. Obiecuję, że cię nie zawiodę. Nie jak rodzinę. Będę dbał i płacił!
Charles nie interesował się gośćmi lokalu, bo alkohol głośno szumiał mu w głowie. Whisky zadziałało tak, jak powinno i jeśli Rodolphus chciał uzyskać pijanego Mulcibera, to cel osiągnął.