– Albo nie było się czym chwalić – tak też mogło być, że woleli pominąć milczeniem tak hańbiącą rzecz, jak uszkodzenie któregoś władcy będącego na wiecznej warcie. – Obecna forma świąt też nie wzięła się z niczego. Nie wiem też czy zauważyłeś, ale nazwy i daty świąt pokrywają się w różnych miejscach, w przeciwieństwie do mugolskich religii – ona była Egipcjanką i obchodziła święta i obrzędy takie, jakie były w Egipcie, z mocną naleciałością starożytnych wierzeń, a jednak te wszystkie nazwy sabatów były znane i jej. To znaczy tych sabatów, które obchodzono w Anglii. Odległość i czas, a także kompletnie inna kultura, nie wpłynęły na to, że zatraciła się jakaś magiczna tożsamość wiary. – Ale nie jestem żadnym religioznawcą, ani nie jestem obeznana jakkolwiek z historią ludów zamieszkujących Ameryki – machnęła ręką, jakby dawała znać, że w tym wypadku nie warto ją słuchać. Mogła mówić na temat tych dwóch światów, które znała i o których się uczyła: Afryka w ogólności, Egipt i bliski wschód w szczególności. No i Anglia.
– Zgadzam się – Guinevere miała prawdziwą słabość do kotów, uważała je za zwierzęta dostojne i doskonałe, podzielała tutaj miłość starożytnych Egipcjan do mruczących zwierzaków. – Kot zawsze pozostanie kotem, nawet lew – zachichotała pod nosem, bo kilka razy widziała wielkiego groźnego tygrysa, którego można było poskromić głaskaniem i tulankami. Wszystkie koty były na to łase w mniejszym czy większym stopniu, a te duże były w gruncie rzeczy nadal koteczkami. Zdolnymi cię rozszarpać, ale koteczkami.
– Potrafię sobie wyobrazić taki scenariusz, w którym koledzy nie dają ci z tego powodu spokoju przez kolejne pół roku i wypominają przy każdej nadarzającej się okazji – ciągnęła nadal ten żarcik, odwołując się do ludzkiej natury, która w dużej mierze sprawiała, że kto się czubił, ten się lubił. A wielu archeologów w ramach rozrywki nie dawała spokoju tym, którym przydarzył się jakiś wyjątkowo głupawy wypadek. Jak na przykład zostanie pokonanym przez paluszek… – Ale ten wypadek pozostanie naszą słodką tajemnicą – bo nic się nie stało, ot skaleczenie, nic nadzwyczajnego w trakcie odkrywek tak po prawdzie. Kto nie zranił się chociaż raz w takich warunkach, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ginewra nie nawet by go nie podniosła.
– Siłą woli – odparła mu i uśmiechnęła się niewinnie, może nawet trochę jak taki chochlik, który znalazł sobie zabawę. – A tak naprawdę to jestem animagiem – to może powinno wyjaśnić tę małą zagadkę, ale znając życie to nie do końca. Bo normalni animagowie albo przemieniali się cali w zwierzę, albo wcale, a Guinevere potrafiła zmienić tylko jedną część ciała, albo przejść niepełną transformację (co wyglądało wtedy naprawdę dziwacznie…). Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że takie pośrednie formy to coś całkowicie odjechanego i niewidzianego na co dzień, pozwoliła sobie więc na moment pławienia się we własnej zajebistości. – Nie przeszkadza mi to, że się patrzysz – dodała jeszcze, całkowicie niezmieszana, w przeciwieństwie do Thomasa, tym, że przed chwilą bardzo intensywnie się jej przyglądał. – I bardzo, ale to bardzo lubię koty – wiedziała też, że w większości animag wcale nie ma wpływu na to, w jakie zwierzę będzie się zmieniał, jednak to dlatego, że ludzie nie przechodzili odpowiedniego szkolenia. Można było to ograniczenie pokonać, trzeba było tylko wiedzieć jak to zrobić, a miała to szczęście, że chodziła do szkoły, która wypuściła zdecydowanie więcej absolwentów, którzy opanowali animagię, niż każda inna placówka, poza tym pochodziła z rodziny animagów… Byłoby dziwne, gdyby nie pokonali takiej tajemnicy, skoro potrafili zakrzywiać znane prawa transmutacji.
Po czym nadal się uśmiechając, złapała za swoją różdżkę i po krótkiej chwili przed Thomasem nie siedziała już Guinevere, a… kot o złotych oczach. I całkowicie bezwstydnie gapił się na Thomasa.