26.08.2024, 20:08 ✶
Jako uzdrowiciel przywykł do różnych reakcji. Zdenerwowani i zmartwieni ludzie zachowywali się w bardzo różny sposób. Podczas swojej kariery był świadkiem całego przekroju reakcji. Włącznie z próbami pobicia go pośrodku korytarza. To dlatego z czasem uczył się coraz lepiej ignorować wszystkie niepasujące mu odzywki i nie brać ich do siebie. Daleko mu było do perfekcji, ale tym razem obdarzył nieznajomą (odnotował w pamięci, że nie skorzystała z możliwości przedstawienia się) pobłażliwym spojrzeniem.
- To zależy - od tego jak bardzo chce pani stąd uciec już teraz - od tego, ile pani ma czasu, żeby wysłuchać dłuższą lub krótszą informację - stwierdził. Mógł odgryźć się za tę niewielką uszczypliwość, ale postanowił być większym człowiekiem. To nie był jego pacjent. Ponadto Ambroise miał tego wieczoru plany. Nieczęsto tak się działo, ale tym razem miał.
- Najważniejsze wieści są takie, że pacjent wyjdzie stąd jutro na własnych nogach. Możemy przebrnąć przez dodatkowe, jeśli pani tego chce - nieznacznie wzruszył ramionami. Nie uważał tego za konieczne, ale zaniepokojeni bliscy często potrzebowali całego przekroju raportu. Szczególnie, jeśli mieli wyrzuty sumienia. Tłumaczenie się z intencji brzmiało jak zalążek poczucia winy, nawet jeśli maskowanego tycimi złośliwościami. Tak malutkimi jak plamki na butach czarownicy. Błoto? Krew? Krew z błotem? Mikroskopowe fragmenty ich podopiecznego?
- Nasi bardziej wiekowi pacjenci przyklejają dodatkową datę ważności w widocznym miejscu - odpowiedział niepomny tego, że chwilę wcześniej postanowił postarać się nie zabrzmieć mało empatycznie. Kobieta sugerowała istnienie problemu. Ambroise dawał rozwiązanie. Zwykłe "marzec 1965" napisane tłustym drukiem pod nazwą eliksiru albo przyklejone na małej kartce za pomocą zaklęcia przylepca.
Oczywiście, ci sami, którzy korzystali z tego pomysłu byli również tymi, którzy często trafiali do szpitala, ale czasami słabego wzroku się nie oszuka. Starość, choć odwleczona w przypadku czarodziejów, nadal była trudna i pełna wyzwań. Prócz tego Greengrass (i nie tylko on) był zdania, że niektórzy celowo mylili mniej groźne eliksiry, żeby trafić do miejsca pełnego zainteresowania i okazji do pogawędki. Dużą część dnia na oddziale zajmowały rozwleczone historie o przeszłych osiągnięciach i straconych możliwościach.
Wspominając o tym, nie sposób było nie zauważyć, że czarownica przed nim wyznawała zupełnie przeciwną zasadę. Nie czuła się komfortowo prowadząc rozmowę w tych warunkach i emanowała tym pewnie znacznie bardziej niż chciała.
- Zatem niewątpliwie osiągnęła pani swój cel. Nie wykrwawił się - odrzekł z bardzo nieznacznie wyczuwalnym przekąsem, na którym mógłby zakończyć, gdyby nie ten mały wewnętrzny głosik odzywający się w głowie na widok uśmieszku kobiety. - Zamiast tego prawie wypluł wnętrzności, ale wymioty na szczęście są już - spojrzał w kartę w ramach przerywnika, też potrafił być trochę teatralny. Wcześniej nie skomentował przytyku, ale teraz też był na to czas.- niemal zażegnane.
Zmagania z mniej przyjemnymi aspektami ludzkiej fizjonomii były na porządku dziennym. Na oddziale zatruć nie bywało dnia, podczas którego oszczędzono by im widoku treści żołądkowych albo innych płynów fizjologicznych. Całe szczęście Ambroise miał staż za sobą i nie musiał już wspomagać personelu pomocniczego w pozbywaniu się nieczystości. Z karty wynikało, że w przypadku tego pacjenta mogło być ich bardzo wiele i to na różnych etapach odtruwania.
- Po ustąpieniu wszystkich efektów ubocznych zażytych eliksirów i antidotum pacjenta czeka raczej parszywy poranek - poinformował ogólnikowo. Czy na podstawie takiej wypowiedzi można było zawyrokować o odebraniu Jacka Yaxleya ze szpitala? - Może pani pomyśleć o niedzielnym przedpołudniu po weekendowym zatruciu alkoholem - przybliżył. To było najbliższe temu, co miał odczuwać pacjent. Przykre konsekwencje dwudniowej balangi, ale bez balangi. Yaxley mógł zapomnieć o przyjemnym haju przed bolesnym upadkiem z powrotem w rzeczywistość. Wsparcie pacjenta w powrocie do domu było wskazane. Za to nie było niezbędne. Zapewne zależało od tego jak lubiany był ten człowiek. Na oko uzdrowiciela, skoro na tyle, żeby niechętnie i w stresie czekać w szpitalu na informację, to pewnie także na tyle, żeby wysłać po niego wsparcie.
Ambroise powstrzymał się od komentarza, że z wyrazu twarzy kobiety dało się powiedzieć, że każdy moment był doskonały, żeby opuścić szpital. Zbytnio szanował własną regułę o niespoufalaniu się z pacjentami i ich bliskimi. W swojej pracy miał leczyć, badać, a teraz przekazać informację i spadać. Tym szybciej, im bardziej zapowiadało się na burzę.
- Może być problem ze skorzystaniem. Przy tej pogodzie i o tej godzinie bywa gorąco. Co najmniej pół godziny oczekiwania. A tam lepiej nie będzie - zawyrokował na podstawie szybkiego spojrzenia w okno, które znowu rozbłysło. - Na zewnątrz, oczywiście.
Kilka suchych liści przeleciało tuż za szybą, przez moment przypominając małe, żółto-złote tornado. Niecałą minutę później rozległ się grzmot, który przetoczył się przez pomieszczenie mimo standardowego wiecznego gwaru szpitala. Jeżeli coś miało być oblegane to była tym najwygodniejsza droga wyjścia z Munga.
- To zależy - od tego jak bardzo chce pani stąd uciec już teraz - od tego, ile pani ma czasu, żeby wysłuchać dłuższą lub krótszą informację - stwierdził. Mógł odgryźć się za tę niewielką uszczypliwość, ale postanowił być większym człowiekiem. To nie był jego pacjent. Ponadto Ambroise miał tego wieczoru plany. Nieczęsto tak się działo, ale tym razem miał.
- Najważniejsze wieści są takie, że pacjent wyjdzie stąd jutro na własnych nogach. Możemy przebrnąć przez dodatkowe, jeśli pani tego chce - nieznacznie wzruszył ramionami. Nie uważał tego za konieczne, ale zaniepokojeni bliscy często potrzebowali całego przekroju raportu. Szczególnie, jeśli mieli wyrzuty sumienia. Tłumaczenie się z intencji brzmiało jak zalążek poczucia winy, nawet jeśli maskowanego tycimi złośliwościami. Tak malutkimi jak plamki na butach czarownicy. Błoto? Krew? Krew z błotem? Mikroskopowe fragmenty ich podopiecznego?
- Nasi bardziej wiekowi pacjenci przyklejają dodatkową datę ważności w widocznym miejscu - odpowiedział niepomny tego, że chwilę wcześniej postanowił postarać się nie zabrzmieć mało empatycznie. Kobieta sugerowała istnienie problemu. Ambroise dawał rozwiązanie. Zwykłe "marzec 1965" napisane tłustym drukiem pod nazwą eliksiru albo przyklejone na małej kartce za pomocą zaklęcia przylepca.
Oczywiście, ci sami, którzy korzystali z tego pomysłu byli również tymi, którzy często trafiali do szpitala, ale czasami słabego wzroku się nie oszuka. Starość, choć odwleczona w przypadku czarodziejów, nadal była trudna i pełna wyzwań. Prócz tego Greengrass (i nie tylko on) był zdania, że niektórzy celowo mylili mniej groźne eliksiry, żeby trafić do miejsca pełnego zainteresowania i okazji do pogawędki. Dużą część dnia na oddziale zajmowały rozwleczone historie o przeszłych osiągnięciach i straconych możliwościach.
Wspominając o tym, nie sposób było nie zauważyć, że czarownica przed nim wyznawała zupełnie przeciwną zasadę. Nie czuła się komfortowo prowadząc rozmowę w tych warunkach i emanowała tym pewnie znacznie bardziej niż chciała.
- Zatem niewątpliwie osiągnęła pani swój cel. Nie wykrwawił się - odrzekł z bardzo nieznacznie wyczuwalnym przekąsem, na którym mógłby zakończyć, gdyby nie ten mały wewnętrzny głosik odzywający się w głowie na widok uśmieszku kobiety. - Zamiast tego prawie wypluł wnętrzności, ale wymioty na szczęście są już - spojrzał w kartę w ramach przerywnika, też potrafił być trochę teatralny. Wcześniej nie skomentował przytyku, ale teraz też był na to czas.- niemal zażegnane.
Zmagania z mniej przyjemnymi aspektami ludzkiej fizjonomii były na porządku dziennym. Na oddziale zatruć nie bywało dnia, podczas którego oszczędzono by im widoku treści żołądkowych albo innych płynów fizjologicznych. Całe szczęście Ambroise miał staż za sobą i nie musiał już wspomagać personelu pomocniczego w pozbywaniu się nieczystości. Z karty wynikało, że w przypadku tego pacjenta mogło być ich bardzo wiele i to na różnych etapach odtruwania.
- Po ustąpieniu wszystkich efektów ubocznych zażytych eliksirów i antidotum pacjenta czeka raczej parszywy poranek - poinformował ogólnikowo. Czy na podstawie takiej wypowiedzi można było zawyrokować o odebraniu Jacka Yaxleya ze szpitala? - Może pani pomyśleć o niedzielnym przedpołudniu po weekendowym zatruciu alkoholem - przybliżył. To było najbliższe temu, co miał odczuwać pacjent. Przykre konsekwencje dwudniowej balangi, ale bez balangi. Yaxley mógł zapomnieć o przyjemnym haju przed bolesnym upadkiem z powrotem w rzeczywistość. Wsparcie pacjenta w powrocie do domu było wskazane. Za to nie było niezbędne. Zapewne zależało od tego jak lubiany był ten człowiek. Na oko uzdrowiciela, skoro na tyle, żeby niechętnie i w stresie czekać w szpitalu na informację, to pewnie także na tyle, żeby wysłać po niego wsparcie.
Ambroise powstrzymał się od komentarza, że z wyrazu twarzy kobiety dało się powiedzieć, że każdy moment był doskonały, żeby opuścić szpital. Zbytnio szanował własną regułę o niespoufalaniu się z pacjentami i ich bliskimi. W swojej pracy miał leczyć, badać, a teraz przekazać informację i spadać. Tym szybciej, im bardziej zapowiadało się na burzę.
- Może być problem ze skorzystaniem. Przy tej pogodzie i o tej godzinie bywa gorąco. Co najmniej pół godziny oczekiwania. A tam lepiej nie będzie - zawyrokował na podstawie szybkiego spojrzenia w okno, które znowu rozbłysło. - Na zewnątrz, oczywiście.
Kilka suchych liści przeleciało tuż za szybą, przez moment przypominając małe, żółto-złote tornado. Niecałą minutę później rozległ się grzmot, który przetoczył się przez pomieszczenie mimo standardowego wiecznego gwaru szpitala. Jeżeli coś miało być oblegane to była tym najwygodniejsza droga wyjścia z Munga.