Morpheus nie spał. Nie spał całą noc, próbując zrozumieć, co właściwie zobaczył podczas rytuału. Podczas Lammas wyparł całkowicie nerwy. Czas był określony bardzo dokładnie, jak na wizję profetyczną, które lubiły być zamglone i niejasne. Przynajmniej dla niego.
Otworzył drzwi sekundę po tym, jak Brenna zapukała. On też był bardziej po domowemu, zdjął koszulę i miał na sobie jedynie podkoszulek, świeży, pachnący typowym dla Malwy detergentem, a szelki wizytowych spodni zostały zdjęte. Na szyi na łańcuszku lśnił czasozmieniacz. Czasami miał ochotę założyć go bratanicy i zmusić do snu w przeszłości, ale sam z tego tak nie korzystał, więc wolał nie ryzykować. Jednak to nie on wyglądał dziwnie, a jego pokój.
Całe łóżko zostało zajęte przez różne liście, ułożone w rzędach, liście lokalnego drzewostanu, jeszcze zielone. Każdy z nich otrzymał etykietę, część z nich była zapisana, lecz część nie, ta dużo większa. Morpheus nie znał się na roślinach. To też tłumaczył atlas drzew leżący na stoliku nocnym oraz Encyklopedia Magicznych Gatunków Anglii: Tom III, Dendrologia.
Na stoliku, gdzie jeszcze niedawno leżało ciasto, teraz został rozłożony tarot, jednak koszulkami do góry, tak że Brenna nie mogła zobaczyć, jakie karty towarzyszyły Morpheusowi. Na pewno towarzyszyło mu dużo stresu, bo popielniczka przy otwartym oknie była wypełniona resztkami po papierosach, a Morpheus trzymał jednego między palcami, a drugiego, niezapłaconego, za uchem i śmierdział dymem tytoniowym.
— Wejdź— wyszeptał. Na jego biurku leżało wiele notatek, poukładanych w równiutkich stosikach, razem z kalendarzem. Zmęczony opadł na fotel przy oknie, wskazując drugi bratanicy. Nie zaproponował jej papierosa, ale podsunął jej drugą filiżankę i nalał z dzbanka kawy, w którą zaopatrzył się wcześniej. Teraz mogli chwilę pomilczeć nad parującym napojem bogów zmęczenia i pracy i udawać, że nie przybyło im siwych włosów w ciągu kilku godzin.