27.08.2024, 02:59 ✶
Południowe stragany
Crow się nie zaśmiał. Nie raczył się też uśmiechnąć ani przy pierwszym użyciu tego żartu, ani przy drugim. Nie był zły, bo sam był jego twórcą, a raczej... był zły, właściwie to był wkurwiony, ale nie o bycie nazwanym psem, a o całą tę sytuację. Mówienie do tego człowieka słodkim głosikiem, a później żartowanie o nim w taki sposób. Jak jeżdżenie kredą po tablicy...
Paliło go w gardło i bardzo, ale to bardzo chciał wyrzygać z siebie kolejną niewybredną obelgę - skoro on miał zniszczony nastrój, to równie dobrze na piękne zakończenie dnia mógł rozjebać go wszystkim. I temu dzieciakowi, który najwyraźniej wpadł Laurentowi w oko i staremu dziadowi wiszącemu nad nim jak przyzwoitka i Laurentowi, który żył normalnie, zamiast traktować go jak gwiazdkę z nieba, a... on nie miał przy sobie nikogo innego, kto wypełniłby tę pustkę. Był niesamowicie uzależniony od innych ludzi, od ich ciepła, od ciepłych spojrzeń. Wkradał się do ich żyć i przyciągał ich do siebie, bo bez nich nie istniał. I było to teraz widać - Prewett chodził tutaj po tym cholernym jarmarku i zachowywał się jak lokalny polityk, a Crow nie potrafił nawet unieść w górę kącików ust, ani skinąć głową. Chuj z tym przedstawieniem. Zdawał sobie sprawę z tego, że normalnie wyglądał przez to groźnie - mało ludzi zadzierało z człowiekiem trzymającym nóż, nawet jeżeli milczał - tylko że teraz nie miał noża, trzymał wielki kosz z drzemiącym w nim kiciusiem i towarzyszył w zakupach księżniczce. Jego gburowatość nie była zastraszająca tylko odstręczająca.
Nie było mu miło poznać Charlesa. Właściwie, to bardzo szybko wpakował go w swoim sercu do grona osób, którym chętnie wcisnąłby te jego chujowe wyroby głęboko w dupę. Albo kazałby mu to zeżreć.
Nie, nie kazałby, dotarło do niego, kiedy po nie powiedzeniu Mulciberom ani słowa, oddalił się z Laurentem w głąb gęstniejącego tłumu. Znowu to robił. Zamiast przeżywać wszystko po trochu, on pożerał te wszystkie zdarzenia i związane z nimi emocje w całości i nie próbował ich przetrawić. Jeżeli się cieszył, to do przesady, jeżeli czuł się żałośnie - chciał od razu uciekać. Zazdrość, jako coś niesamowicie złożonego, odbiła się na nim tak mocno, że aż go zemdliło. Dopiero kiedy w tłumie zacisnął oczy i zakrył uszy dłońmi, dotarło do niego jak był przebodźcowany. Powinien po tym występie wrócić do Fantasmagorii i odpocząć, ale oczywiście, że tu został - leciał do tego chłopaka jak ćma do lampy. Czy to było najlepsze, kim mógł się stać? Spędził w ten sposób kilkanaście długich sekund, podczas których starał się oddychać i myśleć o czymkolwiek co mogło go uspokoić - ostatecznie udało mu się dojść do siebie, kiedy przywołał wspomnienie zanurzania się w bezkresnej, morskiej toni. Może i towarzystwo śmierci przerażało, ale wiązała się z tym cisza - to po nią sięgnął i próbował zaszczepić w swojej głowie mimo głośnych rozmów, stukotu obcasów i śpiewającej głośno wokalistki.
Oderwał dłonie od uszu i spojrzał na Prewetta. Jego wzrok wędrował od dołu, od butów, przez palce, na których doszukiwał się pierścionka, dopiero na końcu odważył się spojrzeć mu w oczy. Powiedzieć, o czym myślał przez tych kilkanaście sekund, odwagi już nie miał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.