27.08.2024, 08:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.08.2024, 15:46 przez Charlotte Kelly.)
Charlotte bardzo rzadko gniewała się na swoje dzieci, i wtedy, gdy były małe, i gdy dorosły. Nie miała zamiaru obsztorcowywać syna za to, że późno przychodził na kolację, zwłaszcza że ona też ledwo wyszła z pracy. Zapewne gdyby nie wrócił do domu na noc wcale, to pretensje miałaby tylko o tyle, że mógł dać znać, bo czasy były niebezpieczne, a on był dzieciakiem mugolaka i zdrajczyni krwi: połączenie ściągające na niego uwagę, nieważne, jak bardzo pragnął trzymać się z boku.
Ale po prostu nie mogła przepuścić okazji do narzekania na gobliny. Wciąż nie zapomniała, jak jeden ośmielał się jej insynować, że ukradła goblińską tiarę. To był prezent ślubny! Co z tego, że ślub się nie odbył? A nawet zakładając, że niby to powinna oddać, to należałoby ją sprezentować z powrotem ciotce, a nie goblinów, tylko dlatego, że jeden z nich wykonał tę sto lat temu.
- Na wszelki wypadek część funtów trzymam w mugolskim banku - przypomniała, bardzo z siebie dumna, chociaż pomysł mugolskiej bankowości wyszedł od Neda, a ona przez lata załapała dość, aby dać radę potem z pewnym trudem (i pomocą rodzeństwa mugolaczki z pracy, którą Charlotte zmanipulowała w wiarę, że pani Kelly jest dobrą osobą), założyć konto i w Londynie. - Nie ufam tym małym draniom.
Mugolom też tak średnio ufała, ale zakładała optymistycznie, że nie zawiodą tego zaufania i jedni, i drudzy na raz. Poza tym, niestety, nie miała całych gór pieniędzy: chociaż nadwyżka była całkiem przyzwoita, pozwalała od czasu do czasu na pewne szaleństwa i w razie czego nawet na nie pracowanie przez kilka miesięcy.
Tymczasem grupka podchmielonych czarodziejów zbliżyła się do nich. Charlotte początkowo nie zwracała na nich uwagi - zdawali się raczej rozbawieni, może lekko podpici, ale nie pijani, nie wydawali się zagrożeniem, ale jeden z nich nieoczekiwanie podszedł bliżej.
- Hej, a wy jeszcze tutaj? - spytał jeden z nich, chwytając ją lekko za ramię. Już - już miała mówić, żeby zabierał tę rękę, bo mu ją inaczej połamie, gdy padły kolejne słowa... - Zaraz będą podawać tort, trzeba wracać! Podobno robiła go sama Aurora.
- Jaki tort? - wyraziła zainteresowanie Charlotte, dostrzegając, że część grupki wchodzi do restauracji Zorzą, gdzie trwało jakieś przyjęcie. A Zorza była lokalem bardzo luksusowym, znanym ze swojego wystroju, smacznych potraw oraz bogatego menu.
- Malinowo waniliowo marakujowy. Siedem pięter! Harold chciał czekoladowy, ale Patricia nalegała - westchnął mężczyzna, a Charlotte zamiast wyrwać rękę, przesunęła ją tylko, ujmując go stanowczym gestem pod ramię.
- Byłoby nieuprzejmie nie spróbować tortu, który wybrała Patricia - powiedziała, rozpływając się w uśmiechach. W końcu niecodziennie człowiek miał okazję spróbować tortu robionego przez samą Aurorę! I nie będą musieli robić kolacji. - Jessie?
Ale po prostu nie mogła przepuścić okazji do narzekania na gobliny. Wciąż nie zapomniała, jak jeden ośmielał się jej insynować, że ukradła goblińską tiarę. To był prezent ślubny! Co z tego, że ślub się nie odbył? A nawet zakładając, że niby to powinna oddać, to należałoby ją sprezentować z powrotem ciotce, a nie goblinów, tylko dlatego, że jeden z nich wykonał tę sto lat temu.
- Na wszelki wypadek część funtów trzymam w mugolskim banku - przypomniała, bardzo z siebie dumna, chociaż pomysł mugolskiej bankowości wyszedł od Neda, a ona przez lata załapała dość, aby dać radę potem z pewnym trudem (i pomocą rodzeństwa mugolaczki z pracy, którą Charlotte zmanipulowała w wiarę, że pani Kelly jest dobrą osobą), założyć konto i w Londynie. - Nie ufam tym małym draniom.
Mugolom też tak średnio ufała, ale zakładała optymistycznie, że nie zawiodą tego zaufania i jedni, i drudzy na raz. Poza tym, niestety, nie miała całych gór pieniędzy: chociaż nadwyżka była całkiem przyzwoita, pozwalała od czasu do czasu na pewne szaleństwa i w razie czego nawet na nie pracowanie przez kilka miesięcy.
Tymczasem grupka podchmielonych czarodziejów zbliżyła się do nich. Charlotte początkowo nie zwracała na nich uwagi - zdawali się raczej rozbawieni, może lekko podpici, ale nie pijani, nie wydawali się zagrożeniem, ale jeden z nich nieoczekiwanie podszedł bliżej.
- Hej, a wy jeszcze tutaj? - spytał jeden z nich, chwytając ją lekko za ramię. Już - już miała mówić, żeby zabierał tę rękę, bo mu ją inaczej połamie, gdy padły kolejne słowa... - Zaraz będą podawać tort, trzeba wracać! Podobno robiła go sama Aurora.
- Jaki tort? - wyraziła zainteresowanie Charlotte, dostrzegając, że część grupki wchodzi do restauracji Zorzą, gdzie trwało jakieś przyjęcie. A Zorza była lokalem bardzo luksusowym, znanym ze swojego wystroju, smacznych potraw oraz bogatego menu.
- Malinowo waniliowo marakujowy. Siedem pięter! Harold chciał czekoladowy, ale Patricia nalegała - westchnął mężczyzna, a Charlotte zamiast wyrwać rękę, przesunęła ją tylko, ujmując go stanowczym gestem pod ramię.
- Byłoby nieuprzejmie nie spróbować tortu, który wybrała Patricia - powiedziała, rozpływając się w uśmiechach. W końcu niecodziennie człowiek miał okazję spróbować tortu robionego przez samą Aurorę! I nie będą musieli robić kolacji. - Jessie?