Och nie, nie pchał ich w tłum. Pchał ich POZA tłum. Kierował się do celu początkowego - wyjścia stąd. Przebodźcowanie, co? Nie był wrażliwy na tłumy jak Flynn, ale dzisiaj zrozumiał, dlaczego niektórzy mówili, że najbardziej samotnym można poczuć się właśnie tu. W tłumie. Nie był więc tak wrażliwy na towarzystwo ludzi, wielu ludzi, bo przecież zawsze to lubił i chciał z ludźmi przebywać. Dom na odludziu był jego miejscem na odpoczynek i reset, żeby móc każdego dnia do nich wrócić - inaczej nie miałby rezerwatu, przy którym też mnóstwo osób pracowało. Nie był, a jednak dzisiaj też mógł powiedzieć, że był przebodźcowany. Nadmiar emocji z różnych stron, różnej kategorii, ciągle podnoszące ciśnienie w głowie, to je opadające. Przez moment było dobrze, a zaraz znowu zaczynało się źle. Kiedy sądził, że już nie ma siły na więcej, pojawiało się to więcej, które temu przeczyło. To, co działo się zaś w głowie Flynna, było tragedią.
Tragedia, która rozgrywała się na zupełnie nowej płaszczyźnie, do której dostęp Laurenta nie istniał na dany moment. Kiedy szli i kiedy na niego zerkał nie był nawet pewny, czy chciał mieć dostęp. Jakże egoistycznie z jego strony, ale chociaż chciał wiedzieć, co tłoczą trybiki głowy tego człowieka, to nie chciał zostać zarażony kolejnego dnia tym negatywem, który całkowicie dobijał i obezwładniał. Rozbrzmiewało w ciszy pytanie: co się stało? Odpowiedź wydawała nasuwać się sama. Zazdrość. Zazdrość? Kiedy ta nasuwana odpowiedź wyprowadzana była na wierz, Laurent nie bardzo potrafił ją wbić w ich relację, dopasować ten element puzzla do obrazu, jaki tworzyli. A był to karykaturalny obraz dwóch zupełnych przeciwieństw, które gdzieś pośrodku łączyła pasja tak głęboka, szalona i intensywna, że zupełnie spalała. Miłość do miłości.
Odebrał od Flynna koszyk, kiedy widział, jak się napina, jak niemal nie wie, co zrobić z rękoma. I słusznie, bo ten zaraz zacisnął dłonie na swoich uszach, jakby ta wrzawa to było już za dużo. Więc tym lepiej, że już z niej wychodzili. Właściwie to może po prostu Crow się gorzej poczuł? Miał pełne prawo, a Laurentowi brakowało informacji, jak bardzo nie tolerował nadmiaru ludzi. Oczywiście, że brakowało - przecież ten człowiek występował na scenie, więc nawet nie wpadł na to, że może mieć awersję do wpatrujących się w niego oczu! Zatrzymał się. Razem z nim, chociaż Crow leciał ewidentnie na autopilocie. Miał nawet spojrzenie człowieka, który nie widzi niczego przed sobą. Stanęli z boku drogi, nieopodal wejścia na sam jarmark, gdzie nie było już tłumów - tyle co ludzie wchodzili i wychodzili głównym wejściem na obszar Lammas. Stał i patrzył. Powinien teraz coś zrobić? Na dobry początek postawił delikatnie Divę na ziemi w koszyku, żeby mieć wolne ręce. A kiedy już oczy Flynna przewędrowały przez jego sylwetkę od samego dołu, eleganckich butów, ciemniejszych spodniach, długich palcach, z których kciuk przesuwał otrzymany pierścionek z jednej strony na drugą, nad którą to czynnością Laurent się nawet nie zastanawiał - bo właśnie intensywność jego myśli pożerały osobę Fleamonta. Przez białą, koszulę, złoty, delikatny łańcuszek, aż do jego oczu - wtedy właśnie wyciągnął ręce, żeby przytulić Flynna. Tylko odwracając nieco głowę, żeby niekoniecznie wąchać jego wątpliwie wspaniały zapach. Przesuwał palcami po jego włosach i potylicy powolutku, uspakajająco.
- Co się stało. - Zadał to pytanie, kiedy odsunął się od niego na tyle, żeby móc spoglądać na jego twarz.