Kiedy cierpiało się od lat na bezsenność, zaś pracowało na bardzo nieregularne zmiany, to jakoś nagle w losowych momentach miało się sporo czasu na robienie różnych rzeczy. Bo Victoria nie chodziła na nadgodziny, jeśli nie musiała, nie robiła tego dla sportu jak Brenna i nie poświęcała się tak dla ludzi jak ona. No i przez lata się już nauczyła, ze jeśli sen nie przyjdzie szybko, to musi wziąć leki, albo zająć się czym innym… A eliksiry nieco chętniej zaczęła brać dopiero po wypadku z typem, który zaatakował ją we śnie… Nie znaczyło to, że Victoria zawsze, gdy nie mogła spać, to robiła w ogrodzie zamiast ich ogrodnika (natomiast było to dla niej bardzo odprężające zajęcie, a gdy już było zrobione, to skrzaty dobrze sobie same radziły przecież z podlewaniem roślin…), albo że sprzątała w całym domu, Skrzatka by się przecież załamała. Po prostu Victoria, prócz tego, że znała chyba te wszystkie zaklęcia i wiedziała co się lepiej sprawdzi na co, to po prostu nie znosiła brudu i nieporządku, siłą rzeczy więc czasami tu coś starła, tam wypucowała, tu machnęła różdżką, żeby przestawić – knut do knuta i robiło się samo.
– Na razie nie… Wiesz, w sumie to tak na pełen etat mieszkam tu od niedawna i swoje myśli kierowałam gdzie indziej – przecież oboje wiedzieli gdzie: na kwestię Zimnych, ale też sprawy sercowe nie dawały Victorii nadmiernego spokoju, skoro tak wiele rzeczy w jej życiu wywróciło się do góry nogami i musiała się wziąć w garść, albo siedzieć i się nad sobą użalać. Poza tym zajmowała się też kwestią wampirów, tak całkowicie prywatnie, no i teraz jej uwaga w dużej mierze kierowała się na tego małego szkraba, który tak bardzo odgonił wszystkie smutki, zatopił lody i po prostu stał się jasnym punktem jej życia. Słońcem, wokół którego wszystko się kręciło. Nie miała nawet za bardzo okazji powiedzieć Laurentowi, że chyba przez tego kociaka, udało jej się znowu zacząć rozmawiać z Saurielem… Ale teraz o tym nie myślała. Po prostu kucnęła, kiedy Luna głośno dała o sobie znać, a kiedy kicia zauważyła, że ma atencję, to podbiegła do Victorii, która wzięła ją na ręce i przytuliła do piersi najdelikatniej jak tylko się dało.
– Słuchaj, mogłabym to zrobić szybciej zaklęciami, to wcale nie takie trudne, ale nie mogłam odmówić Lunie zabawy – i sobie tej chwili dla siebie, w której całkowicie bezwstydnie mogła oddać się rozmyśleniu na najróżniejsze tematy. Było w tym coś odprężającego, jak w zajmowaniu się ogrodem, którego tutaj nie miała (jego namiastką zaś było to mrowie roślin w donicach). Victoria rzeczywiście oderwała jedną rękę od kotka, by przyjąć miotłę, którą oparła w rogu kuchni, po czym złapała za swoja różdżkę, wprawiając w ruch wszystkie inne miotły, miotełki i inne piórka, nie poświęcając teraz temu już uwagi, skoro miała przed sobą Laurenta. – Poradzimy sobie we dwójkę – stwierdziła po prostu po krótkiej chwili zastanowienia. Nie miała co prawda pojęcia jak to wyjdzie… i w ogóle… Ale nie mogło być trudniejsze od eliksirów, nie? A to też była robota jednoosobowa i dało się to robić we dwójkę. – Od… dzisiaj? – powiedziała niepewnie i uśmiechnęła się niemalże rozbrajająco. – Raz piekłam babeczki z ciasta marchewkowego, bo się założyłam z Saurielem… Ale pozwolił, żeby mi pomagała Strzałka. Ale chleb nie może być trudniejszy od eliksirów, tam też jest przepis i po prostu trzeba go wykonywać po kolei… – a w eliksirach byłą przecież naprawdę niezła. No to chleb ją pokona? Nie ma mowy. Już się zresztą uparła, a kiedy się uparła, to nie było zmiłuj. – Chciałam, wiesz… Poczuć ducha świąt, czy coś. Normalnie poszłabym do cukierni, albo piekarni, ale to nie to samo – no i normalnie tak się właśnie żywiła: nie gotowała sama… bo nie umiała. A przepis, jaki miała, znalazła w gazecie.
W ciągu tej pogaduszki, woda się zagotowała i czajnik sobie podleciał nad dzbanek wypełniony białą herbatą, by ją zalać. Na stole zatańczyły też dwa komplety filiżanek i zastawy, gotowe, by mogli sobie usiąść i się napić.