28.08.2024, 00:18 ✶
Okoliczne kamienice
Co się stało...? A co się nie stało przez tych kilka minut, które musiały odjąć mu kolejnych pięć lat życia? Rozkładał tę scenę na czynniki pierwsze, aż nie pozostał po niej w głowie Crowa jedynie popiół - garść pyłu będąca pamięcią każdej potwornej, wybiegającej daleko w przyszłość myśli. Czasami nawet kiedy żywiło się do kogoś uczucie, to niezależnie od jego siły i czystości, niektórzy ludzie po prostu nie byli sobie pisani. Wszystkim czego teraz chciał była ucieczka od tej prawdy i... od siebie. No bo to przecież on był problemem. To on ciągnął ludzi w dół, to on wymyślał sobie jakieś durne rzeczy, to on skomlał teraz jak skopany pies nad wizją Prewetta podróżującego i jedzącego jakieś rogaliki z marcepanem... z kimś kto na niego zasługiwał, a nie z umartwiającym się, izolującym od społeczeństwa idiotą dla którego niebywałym luksusem i skokiem jakości życia stało się posiadanie w pokoju okna.
Nie miał mu do zaoferowania nic oprócz kilku żałosnych historii i egzotycznego dla kogoś z jego środowiska stylu życia. Oprócz tego był jedynie chodzącym bałaganem. Człowiekiem wymagającym całodobowego martwienia się czy tym razem wróci. I pewnego dnia pewnie nie wróci, bo zginie tak jak na durnia przystało - poświęcając życie w imię idei lub cudzego bezpieczeństwa. Laurent nie był nawet kimś, komu mógłby prawdziwie osłodzić życie swoją obecnością. Każde ich spotkanie kończyło się dramatycznie. Crow sam nie wiedział co oni wszyscy w nim widzieli, że się nie potrafili z niego wyleczyć, ale tu? W tym konkretnym przypadku? Może Prewett po prostu lubił myśleć, że mógł pewne rzeczy naprawić, może był jednym z tych ludzi pragnących wyciągać takie życiowe łamagi na prostą dla własnej satysfakcji... Tylko Crowa naprawić się nie dało. Przynajmniej w jego własnej opinii.
Co się stało?
- Nic - odpowiedział. Gdzieś z tyłu głowy wybrzmiało ciche chyba się w tobie zakochałem, ale takich słów cofnąć się nie dało. - To po prostu ja. - Ja chcący wyrzucić z głowy wspomnienie ciebie siedzącego na tarasie w tej białej koszuli. Ja udający, że nie pamiętam żartu o psie sprzed chwili i że nie chciałbym leżeć na tej drewnianej podłodze, kiedy trzymasz na mnie nogi. I to wszystko po tym jak flirtowałeś przy mnie z jakimś innym gościem. - Jestem cholernie zmęczony.
Chciał odsunąć się na krok, ale nie przerwał kontaktu fizycznego sam. Zacisnął palce jednej z dłoni na materiale jego koszuli, jednocześnie uciekając wzrokiem w bok. Osiągnął dzisiaj szczyt hipokryzji, ale wciąż sądził, że to było coś zupełnie innego. Bo owszem - sam był niewierny, ale... nie złamał danej obietnicy. Zawsze wracał do jednej osoby. On Laurenta w ten sposób nie posiadał.
Rozluźnił ten uścisk.
- Powinienem wracać.
Powinien. Ale wciąż tu stał, jakby trzymany na smyczy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.