28.08.2024, 11:13 ✶
Nie obraziła go w żaden sposób. Tak właściwie, im dłużej o tym myślał, tym bardziej mógł sobie darować upominanie jej w czymkolwiek imieniu, ale nie czuł się z tym głupio. Przemawiało przez niego zmęczenie, może nieco również pogoda za oknem i konieczność wyjścia na zewnątrz. Niewątpliwie docenił sprostowanie z jej strony. Kiwnął głową na znak, że nie kryje urazy i uznał temat za zamknięty. Taka specyfika zawodu. Nie zawsze słuchał przemyślanych słów.
- To normalne - wzruszył ramionami. Czy był zły albo niezadowolony? Nie, niekoniecznie. Po prostu był zmęczony. - Działa we wszystkie strony. Możliwe, że jutro to mnie ktoś zastąpi. Nie musi się pani, panienko, tym przejmować. Nie wpływa to na podejście do pacjenta - zapewnił.
W gruncie rzeczy nawet nie był zły o to, że nie mógł wyjść o czasie. Prawie nigdy nie wychodził równo z końcem dyżuru. Tym razem było dokładnie tak jak niemal każdego dnia, ale z tą różnicą, że całkiem przyjemnie się zaskoczył. Reakcja koleżanek i to, że żadna z nich nie chciała zastąpić oryginalnego uzdrowiciela nasunęły mu na myśl, że będzie musiał ugłaskać jakiegoś wyjątkowo wściekłego członka rodziny pacjenta. Nie robił tego oficjalnie, ale w drodze tutaj szykował się na garść nieprzyjemności i możliwą awanturę. Tymczasem nie było przesadnie miło, ale ich rozmowa przebiegała względnie poprawnie. Nie mógł nie zauważyć, że momentami sam mógłby zachować się trochę dojrzałej i jak większy człowiek. Mentalnie, bo wzrostem prawie sobie dorównywali.
- Nie mogę rozmawiać o innych pacjentach, ale nikt nie broni powiedzieć, że jest mniej wykrwawiający się a trochę głupszy - uśmiechnął się porozumiewawczo. - Jeśli trafią na wspólną salę, pani towarzysz usłyszy ciekawe historie - dodał, bo to było całkowicie prawdziwe. Często łączyli przypadki o różnym podłożu, jeśli mogli to zrobić. Mimo różnej renomy i tego, co mówiono o ich szpitalu, uzdrowiciele próbowali dbać również o mentalne rany pacjentów. Nie zawsze mieli tę możliwość, ale w tym wypadku nie musieli łączyć dwóch mężczyzn po atakach zwierząt i zatruciu medykamentami. Oba przypadki były nagłe i trudne, ale miały mieć różne wspomnienia wydarzeń prowadzących na salę.
- Niech pani nie będzie dla niego zbyt surowa - powiedział nagle. Zadziwił tym sam siebie. Tak w gruncie rzeczy niewiele obchodził go dalszy los pacjenta, którego nie znał, kiedy Yaxley wyjdzie poza próg szpitala. Chodziło o coś innego, ale nie był pewny o co. - Przynajmniej nie jesteście teraz w środku głuszy - kiwnął głową w stronę okna. Ten niemalże tajfun rozwijał się mniej więcej od momentu trafienia pacjenta do szpitala. Greengrass nie wiedział zbyt wiele o całej sytuacji, ale miał wrażenie, że ta dwójka mogłaby skończyć gorzej niż marnując kilka godzin w bezpiecznym (choć stresującym) budynku. Nie raz, nie dwa widział przypadki poszukiwaczy wrażeń kompletnie zaskoczonych nagłą zmianą pogody. Nie trafiały do niego na oddział. Mknęły dalej. Często nie wracały tą samą drogą.
To była dziwna myśl, ale kobieta na pewno zdawała sobie z tego sprawę. Z dwojga złego spacer po mieście był bezpieczniejszy w tych warunkach. Można było schronić się pod jakimś zadaszeniem i spróbować przeczekać urwanie chmury. Możliwe, że nastąpi jakaś przerwa, przejaśnienie w deszczu. Ambroise pokiwał głową. Też nie czekała go zbyt krótka droga. Mentalnie szykował się na mokry, zimny trucht w miarę możliwości.
- Chodzi o brak kontroli - rozwinął niemal pewny, że była w stanie zrozumieć, o czym dokładnie mówił. - Większość z nas wolałaby wyznawać zasadę lekarzu, lecz się sam, ale to nie zawsze możliwe. Na ogół najlepiej odciąć nas od głębszych informacji dla naszego dobra. Fiksacje na punkcie własnych dolegliwości bywają trudniejsze do wyleczenia od ran - uśmiechnął się porozumiewawczo - ale to sprawia, że większość uzdrowicieli zaczyna czuć się nieswojo. Bliskie otoczenia stają się nieznane. Brak kontroli rozregulowuje. Na pewno to pani rozumie.
Blondynka wspominała o polowaniach. Ambroise nigdy nie był na żadnym. Nie miał zamiaru tego zmieniać, nie w najbliższej przyszłości, ale domyślał się, że wiedziała o czym mówił. Dla niej to był całkowicie znany teren (las, dolina, podnóża góry), który odwiedzała już wiele razy. Przedtem poznała go tak dobrze, że sądziła, że nic jej nie zaskoczy. Tymczasem któregoś dnia to wszystko stało się inne. Znajome drzewa wyglądały tak samo, ale inaczej. Zapach był ten sam, ale tym razem drażnił nozdrza i przyprawiał o wymioty. Kręciło się w głowie, więc kierunki zaczynały się zlewać. Na domiar złego, ktoś inny trzymał mapę ze wszystkimi instrukcjami. Ten ktoś nie chciał oddać dowodzenia ani nie rozmawiał na temat obranej drogi. Nie chciał mówić o tym, co odczuwała. Słuchał o jej zagubieniu. Natomiast przez ten cały czas odnotowywał coś w swoim dzienniku. Pisał o niej? Miała wrażenie, że tak. Wreszcie posadził ją na kamieniu, mówiąc o tym, że miała prawo czuć się zagubiona. Zaraz zrobią wszystko, żeby pozbyć się tego uczucia. Zostanie wyleczona ze wszystkich dolegliwości, ale musi współpracować i nie zadawać zbyt wielu pytań. Niech odpowiada, ale sama dostanie wyłącznie telegraficzny skrót spostrzeżeń i to bez medycznych interpretacji.
Z drugiej strony jest ktoś, kto w tej samej sytuacji mówi jej o wszystkim. Podejrzewa, że to skutek nieznanego zioła, przez które przedzierała się chwilę wcześniej, gdy inni uczestnicy wyprawy poszli dłuższą drogą. Nie wiadomo, co to była za roślina. Ktoś wróci i zbierze próbki, ale to jasne, że najpierw muszą poczekać. Nie należy od razu rzucać się na głęboką wodę bez przygotowania. Tymczasem muszą obserwować każdy efekt uboczny. Kobieta musi dawać znać o wszystkim. Mówi, że drzewa zaczynają robić się czerwone i gubić liście? To bardzo niepokojące, bo w rzeczywistości nic się nie zmieniło. Być może to wynik uszkodzenia mózgu a może bardziej krótkotrwałe działanie halucynogenne oparów. Powinni to dokładnie przeanalizować.
Żaden scenariusz nie był wyraźnie pozytywny. Natomiast to było znacznie większe szaleństwo, aby dzielić się całą wiedzą z pacjentem, nawet jeśli był w stanie pomóc. Dopóki ludzie zajmujący się leczeniem nie mieli stuprocentowej pewności, dopóty nie dawali chorym współpracownikom całego planu działania i wszystkich informacji. Oczywiście. Jak zawsze bywały wyjątki, czasami puszczali parę z ust, żeby leczeni uzdrowiciele przestali głośno sami się diagnozować. Na pewno nie było to w standardzie. To dlatego wielu uzdrowicieli nie lubiło przychodzić tu prywatnie. Nagle nie mogli robić tego do czego przywykli i znaczny kawałek wiedzy był poza ich zasięgiem, nawet jeśli wiedzieli, gdzie mogliby szukać.
Poza tym bywali też rodziną i bliskimi pacjentów, których nie mogli leczyć. Przychodzili do swojego drugiego domu, ale nie mogli zachowywać się jak gospodarze. Doradzali dyżurującym kolegom, ale to nie od nich zależały podejmowane decyzje. Czasami byli bezsilni i bezradni w miejscu, w którym chwilę wcześniej czuli się panami życia i śmierci. Mung potrafił sprowadzić na ziemię. Tu nie było miejsca na brak pokory.
- Większość potencjalnie zainteresowanych usługą -tych, których było stać, a więc pewnie również Yaxleyów, tego już nie dodał w ramach kultury - korzysta z regularnych usług jednego uzdrowiciela. W dobie prywatnych pakietów medycznych nie reklamujemy tej możliwości, ale jak najbardziej istnieje - odpowiedział. To było nieco brutalne, ale bogaci czarodzieje zazwyczaj mieli własnych medyków. Z usług Munga korzystali wyłącznie w nagłych wypadkach albo od wielkiego dzwonu. Tymczasem ci biedniejsi przychodzili tu znacznie częściej. Nie było ich stać na zewnętrzną usługę. Szerokie rozreklamowanie wizyt domowych i uczynienie ich darmowymi mogłoby napotkać ścianę. Mógłby być na nie zbyt duży popyt przy za małej podaży. Bardzo możliwe, że zabrakłoby im uzdrowicieli na miejscu lub do wychodzenia w teren. To dlatego ta usługa istniała, ale kosztowała swoje. Brutalne, lecz prawdziwe było, że kierowali ją do grupy, która mogła sobie na to pozwolić. Resztę można było policzyć na palcach jednej ręki. Z ramienia Munga, Ambroise był na dwóch czy trzech darmowych wizytach domowych a to wyłącznie z powodu braku możliwości leczenia pacjentów na miejscu w szpitalu. Wszystkie inne bezpłatne przypadki były jego dobrą wolą. Tak samo było w przypadku większości uzdrowicieli, którzy korzystali z prywatnego czasu i własnych zasobów, żeby pomagać poza szpitalem.
Były przypadki celowego przyjmowania eliksirów po terminie, żeby wyleczyć się jak najmniejszym kosztem. Nawet ryzykując zdrowie. A potem były takie jak ten stojący przed nim. Nie mógł takiego skrytykować podejścia, bo było (w gruncie rzeczy) całkiem poprawne. Jedynie dołożył swoje trzy knuty.
- Proszę zadbać o bezpieczną utylizację. Niech nikt nie wygrzebie eliksirów z kosza - powiedział. Nokturn i biedniejsze dzielnice przygotowały go na podobną okoliczność.
- To normalne - wzruszył ramionami. Czy był zły albo niezadowolony? Nie, niekoniecznie. Po prostu był zmęczony. - Działa we wszystkie strony. Możliwe, że jutro to mnie ktoś zastąpi. Nie musi się pani, panienko, tym przejmować. Nie wpływa to na podejście do pacjenta - zapewnił.
W gruncie rzeczy nawet nie był zły o to, że nie mógł wyjść o czasie. Prawie nigdy nie wychodził równo z końcem dyżuru. Tym razem było dokładnie tak jak niemal każdego dnia, ale z tą różnicą, że całkiem przyjemnie się zaskoczył. Reakcja koleżanek i to, że żadna z nich nie chciała zastąpić oryginalnego uzdrowiciela nasunęły mu na myśl, że będzie musiał ugłaskać jakiegoś wyjątkowo wściekłego członka rodziny pacjenta. Nie robił tego oficjalnie, ale w drodze tutaj szykował się na garść nieprzyjemności i możliwą awanturę. Tymczasem nie było przesadnie miło, ale ich rozmowa przebiegała względnie poprawnie. Nie mógł nie zauważyć, że momentami sam mógłby zachować się trochę dojrzałej i jak większy człowiek. Mentalnie, bo wzrostem prawie sobie dorównywali.
- Nie mogę rozmawiać o innych pacjentach, ale nikt nie broni powiedzieć, że jest mniej wykrwawiający się a trochę głupszy - uśmiechnął się porozumiewawczo. - Jeśli trafią na wspólną salę, pani towarzysz usłyszy ciekawe historie - dodał, bo to było całkowicie prawdziwe. Często łączyli przypadki o różnym podłożu, jeśli mogli to zrobić. Mimo różnej renomy i tego, co mówiono o ich szpitalu, uzdrowiciele próbowali dbać również o mentalne rany pacjentów. Nie zawsze mieli tę możliwość, ale w tym wypadku nie musieli łączyć dwóch mężczyzn po atakach zwierząt i zatruciu medykamentami. Oba przypadki były nagłe i trudne, ale miały mieć różne wspomnienia wydarzeń prowadzących na salę.
- Niech pani nie będzie dla niego zbyt surowa - powiedział nagle. Zadziwił tym sam siebie. Tak w gruncie rzeczy niewiele obchodził go dalszy los pacjenta, którego nie znał, kiedy Yaxley wyjdzie poza próg szpitala. Chodziło o coś innego, ale nie był pewny o co. - Przynajmniej nie jesteście teraz w środku głuszy - kiwnął głową w stronę okna. Ten niemalże tajfun rozwijał się mniej więcej od momentu trafienia pacjenta do szpitala. Greengrass nie wiedział zbyt wiele o całej sytuacji, ale miał wrażenie, że ta dwójka mogłaby skończyć gorzej niż marnując kilka godzin w bezpiecznym (choć stresującym) budynku. Nie raz, nie dwa widział przypadki poszukiwaczy wrażeń kompletnie zaskoczonych nagłą zmianą pogody. Nie trafiały do niego na oddział. Mknęły dalej. Często nie wracały tą samą drogą.
To była dziwna myśl, ale kobieta na pewno zdawała sobie z tego sprawę. Z dwojga złego spacer po mieście był bezpieczniejszy w tych warunkach. Można było schronić się pod jakimś zadaszeniem i spróbować przeczekać urwanie chmury. Możliwe, że nastąpi jakaś przerwa, przejaśnienie w deszczu. Ambroise pokiwał głową. Też nie czekała go zbyt krótka droga. Mentalnie szykował się na mokry, zimny trucht w miarę możliwości.
- Chodzi o brak kontroli - rozwinął niemal pewny, że była w stanie zrozumieć, o czym dokładnie mówił. - Większość z nas wolałaby wyznawać zasadę lekarzu, lecz się sam, ale to nie zawsze możliwe. Na ogół najlepiej odciąć nas od głębszych informacji dla naszego dobra. Fiksacje na punkcie własnych dolegliwości bywają trudniejsze do wyleczenia od ran - uśmiechnął się porozumiewawczo - ale to sprawia, że większość uzdrowicieli zaczyna czuć się nieswojo. Bliskie otoczenia stają się nieznane. Brak kontroli rozregulowuje. Na pewno to pani rozumie.
Blondynka wspominała o polowaniach. Ambroise nigdy nie był na żadnym. Nie miał zamiaru tego zmieniać, nie w najbliższej przyszłości, ale domyślał się, że wiedziała o czym mówił. Dla niej to był całkowicie znany teren (las, dolina, podnóża góry), który odwiedzała już wiele razy. Przedtem poznała go tak dobrze, że sądziła, że nic jej nie zaskoczy. Tymczasem któregoś dnia to wszystko stało się inne. Znajome drzewa wyglądały tak samo, ale inaczej. Zapach był ten sam, ale tym razem drażnił nozdrza i przyprawiał o wymioty. Kręciło się w głowie, więc kierunki zaczynały się zlewać. Na domiar złego, ktoś inny trzymał mapę ze wszystkimi instrukcjami. Ten ktoś nie chciał oddać dowodzenia ani nie rozmawiał na temat obranej drogi. Nie chciał mówić o tym, co odczuwała. Słuchał o jej zagubieniu. Natomiast przez ten cały czas odnotowywał coś w swoim dzienniku. Pisał o niej? Miała wrażenie, że tak. Wreszcie posadził ją na kamieniu, mówiąc o tym, że miała prawo czuć się zagubiona. Zaraz zrobią wszystko, żeby pozbyć się tego uczucia. Zostanie wyleczona ze wszystkich dolegliwości, ale musi współpracować i nie zadawać zbyt wielu pytań. Niech odpowiada, ale sama dostanie wyłącznie telegraficzny skrót spostrzeżeń i to bez medycznych interpretacji.
Z drugiej strony jest ktoś, kto w tej samej sytuacji mówi jej o wszystkim. Podejrzewa, że to skutek nieznanego zioła, przez które przedzierała się chwilę wcześniej, gdy inni uczestnicy wyprawy poszli dłuższą drogą. Nie wiadomo, co to była za roślina. Ktoś wróci i zbierze próbki, ale to jasne, że najpierw muszą poczekać. Nie należy od razu rzucać się na głęboką wodę bez przygotowania. Tymczasem muszą obserwować każdy efekt uboczny. Kobieta musi dawać znać o wszystkim. Mówi, że drzewa zaczynają robić się czerwone i gubić liście? To bardzo niepokojące, bo w rzeczywistości nic się nie zmieniło. Być może to wynik uszkodzenia mózgu a może bardziej krótkotrwałe działanie halucynogenne oparów. Powinni to dokładnie przeanalizować.
Żaden scenariusz nie był wyraźnie pozytywny. Natomiast to było znacznie większe szaleństwo, aby dzielić się całą wiedzą z pacjentem, nawet jeśli był w stanie pomóc. Dopóki ludzie zajmujący się leczeniem nie mieli stuprocentowej pewności, dopóty nie dawali chorym współpracownikom całego planu działania i wszystkich informacji. Oczywiście. Jak zawsze bywały wyjątki, czasami puszczali parę z ust, żeby leczeni uzdrowiciele przestali głośno sami się diagnozować. Na pewno nie było to w standardzie. To dlatego wielu uzdrowicieli nie lubiło przychodzić tu prywatnie. Nagle nie mogli robić tego do czego przywykli i znaczny kawałek wiedzy był poza ich zasięgiem, nawet jeśli wiedzieli, gdzie mogliby szukać.
Poza tym bywali też rodziną i bliskimi pacjentów, których nie mogli leczyć. Przychodzili do swojego drugiego domu, ale nie mogli zachowywać się jak gospodarze. Doradzali dyżurującym kolegom, ale to nie od nich zależały podejmowane decyzje. Czasami byli bezsilni i bezradni w miejscu, w którym chwilę wcześniej czuli się panami życia i śmierci. Mung potrafił sprowadzić na ziemię. Tu nie było miejsca na brak pokory.
- Większość potencjalnie zainteresowanych usługą -tych, których było stać, a więc pewnie również Yaxleyów, tego już nie dodał w ramach kultury - korzysta z regularnych usług jednego uzdrowiciela. W dobie prywatnych pakietów medycznych nie reklamujemy tej możliwości, ale jak najbardziej istnieje - odpowiedział. To było nieco brutalne, ale bogaci czarodzieje zazwyczaj mieli własnych medyków. Z usług Munga korzystali wyłącznie w nagłych wypadkach albo od wielkiego dzwonu. Tymczasem ci biedniejsi przychodzili tu znacznie częściej. Nie było ich stać na zewnętrzną usługę. Szerokie rozreklamowanie wizyt domowych i uczynienie ich darmowymi mogłoby napotkać ścianę. Mógłby być na nie zbyt duży popyt przy za małej podaży. Bardzo możliwe, że zabrakłoby im uzdrowicieli na miejscu lub do wychodzenia w teren. To dlatego ta usługa istniała, ale kosztowała swoje. Brutalne, lecz prawdziwe było, że kierowali ją do grupy, która mogła sobie na to pozwolić. Resztę można było policzyć na palcach jednej ręki. Z ramienia Munga, Ambroise był na dwóch czy trzech darmowych wizytach domowych a to wyłącznie z powodu braku możliwości leczenia pacjentów na miejscu w szpitalu. Wszystkie inne bezpłatne przypadki były jego dobrą wolą. Tak samo było w przypadku większości uzdrowicieli, którzy korzystali z prywatnego czasu i własnych zasobów, żeby pomagać poza szpitalem.
Były przypadki celowego przyjmowania eliksirów po terminie, żeby wyleczyć się jak najmniejszym kosztem. Nawet ryzykując zdrowie. A potem były takie jak ten stojący przed nim. Nie mógł takiego skrytykować podejścia, bo było (w gruncie rzeczy) całkiem poprawne. Jedynie dołożył swoje trzy knuty.
- Proszę zadbać o bezpieczną utylizację. Niech nikt nie wygrzebie eliksirów z kosza - powiedział. Nokturn i biedniejsze dzielnice przygotowały go na podobną okoliczność.