28.08.2024, 11:27 ✶
– Doskonale. Absolutnie nie powinni mi ufać. Chociaż pod tym względem są rozsądni, a to się im rzadko zdarza – oświadczyła Kelly, z lekkim uśmiechem na twarzy. Oczywiście, tak naprawdę ten brak zaufania wynikał z ogólnego braku zaufania do czarodziejów, ale cóż sami – byli – sobie – winni. Mogliby wreszcie przyjąć do wiadomości, że jak komuś coś sprzedajesz, to ten ktoś cię nie okrada, a poza tym zacząć lepiej się ubierać. Na twarze nic nie poradzą, ale ubiór przecież już dałoby się poprawić! A te ich marudzenia, że czarodzieje nie zdradzają im sekretów produkcji różdżek? Phi! Dlaczego mieliby to robić? Gobliny też nie dzieliły się tajnikami goblińskiego rzemiosła…
Jasper pod względem wyglądu przypominał Neda, a czasem Charlotte zdarzało się wzdychać w duchu, że był też niestety często aż zbyt dobry, zupełnie jak jego ojciec. O ile jednak krew nie była wodą, to swoje robiły też wpływy otoczenia, i chłopak spędził ze swoim ojcem chrzestnym dostatecznie wiele czasu, aby najwyraźniej przejąć pewne rzeczy także po nim. Gdyby na przykład usłyszała ten komentarz o pakowaniu się w kłopoty, pokręciłby głową nie tyleż urażona, ile zirytowana, jak bardzo był w stylu Selwyna.
Wmaszerowali razem, całą grupą, do eleganckiej restauracji. Nikt ich nie zatrzymywał. Tak jak zawsze jej ściany porastały gęste rośliny, a w samym centrum szemrała fontanna, ale tego dnia stoliki były udekorowane znacznie bardziej elegancko, a donice z kwiatami zostały zastąpione absurdalną wręcz ilością białych róż. Na długim stole pod jedną ze ścian wystawiono całą masę przekąsek: były tam różne ciasta, słodycze, napoje, krakersy cieniutkie jak papier, miseczki pełne bitej śmietany, ciasteczka wielkie jak dłoń z kawałkami czekolady, cukrowe róże, stosy makaroników w różnych kolorach i wymyślne kanapki. Były tam i wina, same z wyższej półki, i szampan, z gatunku najlepszych, a oczy Charlotte śmiały się, kiedy patrzyła na to wszystko.
– Nie jest aż tak okazale, jak podczas mojego ślubu, ale całkiem – całkiem – powiedziała, pochylając się nieco ku synowi, gdy puściła ramię osobnika, który ich tu wprowadził, bo wszyscy zaczęli oklaskiwać młodą parę. Niska, pulchna, ciemnowłosa Patricia i jej jasnowłosy, bardzo wysoki partner, zabrali się właśnie za krojenie tortu, który był równie wysoki jak sama panna młoda. – Aurora to właścicielka, uczyła się w jakiejś Francji czy Włoszech sztuki cukierniczej, ten tort wart jest z pewnością dwa razy tyle, co moje miesięczne zarobki. – A zarabiała jako Niewymowna naprawdę dobrze. Nie była może obrzydliwie bogata, jak niegdyś, ale stać ją było właściwie na wszystko, na co miała ochotę. – A już pomijając cenę, rzadko przygotowuje wypieki osobiście – uzupełniła jeszcze szeptem, gdy talerzyki z tortem zaczęły krążyć pomiędzy gośćmi, i wreszcie podsunięto je także jej i Jessiemu. Sama cena ceną, Anthony choćby na ich rodziny rok rocznie zamawiał jakieś arcydzieło sztuki cukierniczej, ale dobicie się do Aurory wcale nie było łatwe.
Jasper pod względem wyglądu przypominał Neda, a czasem Charlotte zdarzało się wzdychać w duchu, że był też niestety często aż zbyt dobry, zupełnie jak jego ojciec. O ile jednak krew nie była wodą, to swoje robiły też wpływy otoczenia, i chłopak spędził ze swoim ojcem chrzestnym dostatecznie wiele czasu, aby najwyraźniej przejąć pewne rzeczy także po nim. Gdyby na przykład usłyszała ten komentarz o pakowaniu się w kłopoty, pokręciłby głową nie tyleż urażona, ile zirytowana, jak bardzo był w stylu Selwyna.
Wmaszerowali razem, całą grupą, do eleganckiej restauracji. Nikt ich nie zatrzymywał. Tak jak zawsze jej ściany porastały gęste rośliny, a w samym centrum szemrała fontanna, ale tego dnia stoliki były udekorowane znacznie bardziej elegancko, a donice z kwiatami zostały zastąpione absurdalną wręcz ilością białych róż. Na długim stole pod jedną ze ścian wystawiono całą masę przekąsek: były tam różne ciasta, słodycze, napoje, krakersy cieniutkie jak papier, miseczki pełne bitej śmietany, ciasteczka wielkie jak dłoń z kawałkami czekolady, cukrowe róże, stosy makaroników w różnych kolorach i wymyślne kanapki. Były tam i wina, same z wyższej półki, i szampan, z gatunku najlepszych, a oczy Charlotte śmiały się, kiedy patrzyła na to wszystko.
– Nie jest aż tak okazale, jak podczas mojego ślubu, ale całkiem – całkiem – powiedziała, pochylając się nieco ku synowi, gdy puściła ramię osobnika, który ich tu wprowadził, bo wszyscy zaczęli oklaskiwać młodą parę. Niska, pulchna, ciemnowłosa Patricia i jej jasnowłosy, bardzo wysoki partner, zabrali się właśnie za krojenie tortu, który był równie wysoki jak sama panna młoda. – Aurora to właścicielka, uczyła się w jakiejś Francji czy Włoszech sztuki cukierniczej, ten tort wart jest z pewnością dwa razy tyle, co moje miesięczne zarobki. – A zarabiała jako Niewymowna naprawdę dobrze. Nie była może obrzydliwie bogata, jak niegdyś, ale stać ją było właściwie na wszystko, na co miała ochotę. – A już pomijając cenę, rzadko przygotowuje wypieki osobiście – uzupełniła jeszcze szeptem, gdy talerzyki z tortem zaczęły krążyć pomiędzy gośćmi, i wreszcie podsunięto je także jej i Jessiemu. Sama cena ceną, Anthony choćby na ich rodziny rok rocznie zamawiał jakieś arcydzieło sztuki cukierniczej, ale dobicie się do Aurory wcale nie było łatwe.