28.08.2024, 21:12 ✶
Już prawie zapomniał, jak mogło być przyjemnie, gdy nic się nie robiło. Już tylko siedzenie w dobrym, swobodnym towarzystwie z ładnym widokiem na przyrodę było wystarczające. Do tego dźwięczne stukanie zabawnie uroczego dzbanuszka, który nieodmiennie kojarzył mu się z miłymi chwilami. W tym momencie zastanawiał się, dlaczego nie robili tego częściej. To był ten czas, gdy mógł poudawać, że nie mieli żadnych zobowiązań, które w rzeczywistości uniemożliwiały ustanawianie codziennych rytuałów. Wbrew temu, co widział w twarzy siostry (kompletnie nie podatnej na wpływ czasu) nie młodnieli. Coraz częściej dopadało ich życie.
- Pani Cattermole zarzekała się, że tak. Wiesz, ta ruda z kiosku w herbaciarni - wyjaśnił przekornie, gdyby Rose zapomniała, o kogo chodziło. A zdecydowanie powinna pamiętać.
Po pierwsze, kobiecina miała złote serce, ale zerowe pojęcie o czymkolwiek innym niż towarzyskie ploteczki. Mawiano o niej, że pomyliłaby kota z konewką, gdyby tylko wyszła poza obręb własnego domu zamienionego na stoisko w klinice i na odwrót. Po drugie, poczciwa pani Cattermole może nie miała kota (to było całkiem logiczne, bo wtedy wiedziałaby, co to konewka), ale miała równie poczciwego syna. Najprawdziwszą Dobrą Partię™. Przynajmniej w oczach słabo widzącej matki. Jedyny potomek Edythe Cattermole o imieniu Edward był wątpliwego pochodzenia czystej krwi. Wątpliwego, bo matka upierała się, że miała go z pierwszego małżeństwa z nieokreślonym czarodziejem z dobrego domu. Pan Cattermole (świeć, Merlinie, nad jego duszą) nie mógł potwierdzić lub zaprzeczyć słowom żony, bo od ponad dwóch i pół dekady spoczywał pod ziemią. Z uwagi na zniszczenie dokumentów podczas wojny z Grindelwaldem, nie było nawet dowodu na to, że pani Cattermole miała jakiegokolwiek pierwszego męża. Nie przeszkadzało jej to w dopytywaniu Ambroisa o jego śliczną, młodszą siostrę. Skarb na wydaniu. Być może z jej synem!
Prawdopodobnie, gdyby zgubił pierwszy egzemplarz gazety gdzieś poza szpitalem (a nie zostawił go wewnątrz i nie miał ochoty tam wracać) mógłby wysępić dodatkową sztukę. Wystarczyłoby, że powiedziałby, że to dla Roselyn. Na polecenie matki, Edward przyniósłby jej to w zębach i na czworaka wprost do Doliny Godryka. A Greengrass dałby wiele, żeby to zobaczyć. Tym bardziej, im bardziej nie lubił tego śliskiego człowieczka. Kwestionował jego poczciwość, choć Edythe lubił. To był jeden z tych przypadków, gdzie dobra matka przesadnie rozpuściła narcystycznego synka. Tak sądził Ambroise.
Przynajmniej sprzedawali te gazety dostatecznie blisko Munga (a nawet w tym przypadku wewnątrz budynku), żeby lokalni uzdrowiciele mogli zareagować, gdyby faktycznie coś było nie tak. Co prawda Ambroise nie miał na myśli scenariusza pod tytułem "wywar z niezmiernie rzadkiego kwiatu wyhodowanego z tego nasionka zmienił mi żonę w męża, co gorsza nawet mi się to podoba". Raczej miał na myśli zatrucie pokarmowe, wymioty dalej niż zasięg widzenia, skurcze żołądka i takie tam. Nie chciał wiedzieć, co działo się w mniejszych ośrodkach mieszkalnych ze sklepem z prasą, ale bez magicznego szpitala. Wątpliwe pochodzenie nasionka i złe warunki przechowywania śmierdziały mu paroma konfliktami i jakimś pozwem.
- Tak, tak, przyprawa - parsknął z rozbawieniem - przyprawa mnie o zawrót głowy - to mówiąc, upił łyczek herbaty i zrobił zadowoloną minę. Faktycznie. Była przepyszna. Niemal lepsza od ostatniej, jaką mieli okazję wypić w tak leniwych, przyjemnych warunkach.
Miał wrażenie, że to było całe wieki temu. Jeszcze zanim stracili prywatność w Kniei i zanim wydarzyły się te wszystkie rzeczy, które zaburzyły im poczucie bezpieczeństwa na własnych terenach. W tym momencie cofnął się do trochę prostszych czasów a nostalgia zrobiła resztę. Wygodnie pozbyła się złych elementów i wyostrzyła miłe wspomnienia. W nich wszystko było prostsze niż faktycznie. To prawda, że czas leczył rany. Przynajmniej w pewnym sensie. Po wielu miesiącach można było zapomnieć ból, który kiedyś wydawał się wieczny.
- Jeszcze nie wiem. Myślę o tym albo o gęsiach w parku, ale wolałbym, żebyś nie stała się agresywna - posłał jej uśmiech, pozwalając sobie na przywołanie czegoś, co w przeciwieństwie do czekoladowych fasolek (do tej pory przepadał za konsumowaniem ich w ten sposób) było przerażająco zabawnym wspomnieniem. No, kto by pomyślał, że źle nakarmione zwierzęta tak łatwo się rozjuszą. Nie on. Niezaprzeczalnie nie Ambroise. Pół dnia oglądał się za siebie. Do tej pory nie lubił gęsi. Były dowodem na to, że nie dogadywał się z tą częścią natury. Rośliny? Jak najbardziej, ale nie zwierzęta.
- Kupiłem dwa - zacisnął wargi, bo naprawdę mocno próbował powstrzymać śmiech. Nie miał zamiaru mówić nic więcej o powodach zakupu. Mogła myśleć dokładnie to, co chciała. Tym zabawniejsza była ta sytuacja.
Czy dał się naciągnąć, bo był naiwniakiem marzącym o skarbie zdobytym w śmieciowych czytadłach?
Czy kupił ten drugi egzemplarz, żeby wmanewrować w to siostrę?
Czy był tylko ślepy i zapominalski, zostawiając czasopismo w pracy, ale chcąc mieć je w prezencie do domu?
Tego Rosie się nie dowie. Po jego trupie. Tak było śmieszniej, choć normalnie oburzył by się za sugestię, że mógł być frajerem. To był wyjątkowy przypadek. Rosie jako nieliczna miała przepustkę na bycie nieco upierdliwą, nadaktywną i ukradkiem (bo przecież nie otwarcie!) przezeń rozpieszczaną.
- Okay, okay. Masz punkt - teatralnie podniósł ręce w obronnym geście, ale zaraz kontynuował, wpychając je do kieszeni. - Mówię tylko, że ta tajemnica nie może iść z tobą do grobu. Nie tylko dlatego, że nie chodzi. Jeszcze - zaakcentował. Kij wiedział. Mogła zaraz zacząć. Jego siostra miała prawdziwy talent.
- Pani Cattermole zarzekała się, że tak. Wiesz, ta ruda z kiosku w herbaciarni - wyjaśnił przekornie, gdyby Rose zapomniała, o kogo chodziło. A zdecydowanie powinna pamiętać.
Po pierwsze, kobiecina miała złote serce, ale zerowe pojęcie o czymkolwiek innym niż towarzyskie ploteczki. Mawiano o niej, że pomyliłaby kota z konewką, gdyby tylko wyszła poza obręb własnego domu zamienionego na stoisko w klinice i na odwrót. Po drugie, poczciwa pani Cattermole może nie miała kota (to było całkiem logiczne, bo wtedy wiedziałaby, co to konewka), ale miała równie poczciwego syna. Najprawdziwszą Dobrą Partię™. Przynajmniej w oczach słabo widzącej matki. Jedyny potomek Edythe Cattermole o imieniu Edward był wątpliwego pochodzenia czystej krwi. Wątpliwego, bo matka upierała się, że miała go z pierwszego małżeństwa z nieokreślonym czarodziejem z dobrego domu. Pan Cattermole (świeć, Merlinie, nad jego duszą) nie mógł potwierdzić lub zaprzeczyć słowom żony, bo od ponad dwóch i pół dekady spoczywał pod ziemią. Z uwagi na zniszczenie dokumentów podczas wojny z Grindelwaldem, nie było nawet dowodu na to, że pani Cattermole miała jakiegokolwiek pierwszego męża. Nie przeszkadzało jej to w dopytywaniu Ambroisa o jego śliczną, młodszą siostrę. Skarb na wydaniu. Być może z jej synem!
Prawdopodobnie, gdyby zgubił pierwszy egzemplarz gazety gdzieś poza szpitalem (a nie zostawił go wewnątrz i nie miał ochoty tam wracać) mógłby wysępić dodatkową sztukę. Wystarczyłoby, że powiedziałby, że to dla Roselyn. Na polecenie matki, Edward przyniósłby jej to w zębach i na czworaka wprost do Doliny Godryka. A Greengrass dałby wiele, żeby to zobaczyć. Tym bardziej, im bardziej nie lubił tego śliskiego człowieczka. Kwestionował jego poczciwość, choć Edythe lubił. To był jeden z tych przypadków, gdzie dobra matka przesadnie rozpuściła narcystycznego synka. Tak sądził Ambroise.
Przynajmniej sprzedawali te gazety dostatecznie blisko Munga (a nawet w tym przypadku wewnątrz budynku), żeby lokalni uzdrowiciele mogli zareagować, gdyby faktycznie coś było nie tak. Co prawda Ambroise nie miał na myśli scenariusza pod tytułem "wywar z niezmiernie rzadkiego kwiatu wyhodowanego z tego nasionka zmienił mi żonę w męża, co gorsza nawet mi się to podoba". Raczej miał na myśli zatrucie pokarmowe, wymioty dalej niż zasięg widzenia, skurcze żołądka i takie tam. Nie chciał wiedzieć, co działo się w mniejszych ośrodkach mieszkalnych ze sklepem z prasą, ale bez magicznego szpitala. Wątpliwe pochodzenie nasionka i złe warunki przechowywania śmierdziały mu paroma konfliktami i jakimś pozwem.
- Tak, tak, przyprawa - parsknął z rozbawieniem - przyprawa mnie o zawrót głowy - to mówiąc, upił łyczek herbaty i zrobił zadowoloną minę. Faktycznie. Była przepyszna. Niemal lepsza od ostatniej, jaką mieli okazję wypić w tak leniwych, przyjemnych warunkach.
Miał wrażenie, że to było całe wieki temu. Jeszcze zanim stracili prywatność w Kniei i zanim wydarzyły się te wszystkie rzeczy, które zaburzyły im poczucie bezpieczeństwa na własnych terenach. W tym momencie cofnął się do trochę prostszych czasów a nostalgia zrobiła resztę. Wygodnie pozbyła się złych elementów i wyostrzyła miłe wspomnienia. W nich wszystko było prostsze niż faktycznie. To prawda, że czas leczył rany. Przynajmniej w pewnym sensie. Po wielu miesiącach można było zapomnieć ból, który kiedyś wydawał się wieczny.
- Jeszcze nie wiem. Myślę o tym albo o gęsiach w parku, ale wolałbym, żebyś nie stała się agresywna - posłał jej uśmiech, pozwalając sobie na przywołanie czegoś, co w przeciwieństwie do czekoladowych fasolek (do tej pory przepadał za konsumowaniem ich w ten sposób) było przerażająco zabawnym wspomnieniem. No, kto by pomyślał, że źle nakarmione zwierzęta tak łatwo się rozjuszą. Nie on. Niezaprzeczalnie nie Ambroise. Pół dnia oglądał się za siebie. Do tej pory nie lubił gęsi. Były dowodem na to, że nie dogadywał się z tą częścią natury. Rośliny? Jak najbardziej, ale nie zwierzęta.
- Kupiłem dwa - zacisnął wargi, bo naprawdę mocno próbował powstrzymać śmiech. Nie miał zamiaru mówić nic więcej o powodach zakupu. Mogła myśleć dokładnie to, co chciała. Tym zabawniejsza była ta sytuacja.
Czy dał się naciągnąć, bo był naiwniakiem marzącym o skarbie zdobytym w śmieciowych czytadłach?
Czy kupił ten drugi egzemplarz, żeby wmanewrować w to siostrę?
Czy był tylko ślepy i zapominalski, zostawiając czasopismo w pracy, ale chcąc mieć je w prezencie do domu?
Tego Rosie się nie dowie. Po jego trupie. Tak było śmieszniej, choć normalnie oburzył by się za sugestię, że mógł być frajerem. To był wyjątkowy przypadek. Rosie jako nieliczna miała przepustkę na bycie nieco upierdliwą, nadaktywną i ukradkiem (bo przecież nie otwarcie!) przezeń rozpieszczaną.
- Okay, okay. Masz punkt - teatralnie podniósł ręce w obronnym geście, ale zaraz kontynuował, wpychając je do kieszeni. - Mówię tylko, że ta tajemnica nie może iść z tobą do grobu. Nie tylko dlatego, że nie chodzi. Jeszcze - zaakcentował. Kij wiedział. Mogła zaraz zacząć. Jego siostra miała prawdziwy talent.