29.08.2024, 00:18 ✶
Sama sugestia, że zgromadzeni tutaj kapłani biorą pieniądze za swoją działalność, sprawiła, że nieco pobladł, a na czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Czy ludzie naprawdę myśleli, że kowen przy pierwszej nadarzającej się okazji wyciągał rękę po pieniądze? Wprawdzie na niektórych festynach i sabatach ich handlarze faktycznie nie oddawali swoich wyrobów za darmo, ale to przecież był protest! W imię czegoś... Czegoś większego!
A pieniądze przecież nie decydują o tym, czy ktoś jest lepszy, czy gorszy. Każda osoba zasługiwała na wsparcie ze strony kowenu. Bądź co bądź, wokół tego obracała się ich działalność. Pomagali tym na ziemi, kiedy dopadał ich kryzys wiary, tak samo, jak pomagali ludzkim duszom po opuszczeniu ludzkiej powłoki, wspierając rodziny czarodziejów przy pogrzebach, a czasem też odprawiając co bardziej niepokorne duszyczki do Limbo, aby tam mogły zasmakować spokoju zaświatów.
— My też nie — odparł równie mądrze, przeskakując wzrokiem między garścią drobiazgów a ich właścicielem. — Ale nie martw się, jakoś się dogadamy.
Uśmiech chłopaka nie zrobił na nim wrażenia, a właściwie to nawet zaniepokoił. Tak wysoko uniesione kąciki ust... Na bogów, czyżby miał do czynienia z ekstrawertykiem? Gdyby nie to, że dzieliła ich właściwie tylko szerokość lady, to prawdopodobnie przeżegnałby się, modląc o wybawienie z tej sytuacji. Z drugiej strony... Mógł się tego przecież spodziewać. Jak już ktoś wychodził protestować, to zazwyczaj byli to ludzie głośni, którzy potrafili zorganizować się w większą grupę i cechujący się naturalną towarzyskością. Introwertycy buntowali się po cichu, agitując w znajomych sobie czterech ścianach.
— To co...? — zapytał niemrawo, przekierowując kolejnego protestującego do innego pracownika stoiska. — Ekhm… Jagnięco-wołowa chyba będzie lepsza, prawda? Jeśli będziesz protestował na przedzie, to będziesz musiał mieć siłę. Albo też nie za dużo siły... Chyba nikt nie chce, żeby zaczęły się tutaj jakieś zamieszki.
Przekrzywił lekko głowę w bok, jakby próbował ocenić, w jakim właściwie stanie znajduje się Felix. Był wysoki, szczupły, ale czy wychudzony? Obecność bluzy mocno utrudniała potwierdzenie tej tezy, toteż Macmillan postanowił zabawić się w katastrofistę i założyć, że chłopak faktycznie potrzebował sytego posiłku. Westchnął ciężko, potwierdzając w ten sposób podjętą decyzję, po czym odszedł na bok. Po chwili wrócił, przynosząc mu miskę z parującą jeszcze zupą. Nalał jej praktycznie po same brzegi, a między kawałkami marchewki, półplasterków cebuli i ziół chłopak mógł znaleźć ponadprzeciętnie dużo mięsa. Oczywiście za taki stan rzeczy odpowiadała Matka, która odpowiednio pokierowała chochlą operowaną przez Sebastiana.
— Smacznego — rzucił z dobrotliwą nutką w głosie, posyłając mu półuśmiech. Podsunął też chłopakowi sztućce i ciepłą herbatę. — Chcesz... To znaczy, przygotować ci coś jeszcze? — Rozejrzał się po stoisku, nie chcąc stać bezczynnie nad gościem. — Ten protest trwa już od kilku dobrych godzin, ale coś się nie zapowiada, żeby miało się to szybko skończyć...
Podejrzewał, że marsz w jakiejś formie będzie kontynuowany do późnych godzin nocnych, o ile zawczasu nikt nie rozgoni tłumu. A nawet wtedy ''impreza'' mogła przenieść się, chociażby do Dziurawego Kotła czy innych lokali rozsianych w magicznej dzielnicy miasta. Nie zazdroszczę dzisiaj tym wszystkim barmanom i kelnerkom, pomyślał, wzdrygając się na myśl, w jakim stanie co poniektórzy klienci tych lokali mogli zawitać do ich progów.
A pieniądze przecież nie decydują o tym, czy ktoś jest lepszy, czy gorszy. Każda osoba zasługiwała na wsparcie ze strony kowenu. Bądź co bądź, wokół tego obracała się ich działalność. Pomagali tym na ziemi, kiedy dopadał ich kryzys wiary, tak samo, jak pomagali ludzkim duszom po opuszczeniu ludzkiej powłoki, wspierając rodziny czarodziejów przy pogrzebach, a czasem też odprawiając co bardziej niepokorne duszyczki do Limbo, aby tam mogły zasmakować spokoju zaświatów.
— My też nie — odparł równie mądrze, przeskakując wzrokiem między garścią drobiazgów a ich właścicielem. — Ale nie martw się, jakoś się dogadamy.
Uśmiech chłopaka nie zrobił na nim wrażenia, a właściwie to nawet zaniepokoił. Tak wysoko uniesione kąciki ust... Na bogów, czyżby miał do czynienia z ekstrawertykiem? Gdyby nie to, że dzieliła ich właściwie tylko szerokość lady, to prawdopodobnie przeżegnałby się, modląc o wybawienie z tej sytuacji. Z drugiej strony... Mógł się tego przecież spodziewać. Jak już ktoś wychodził protestować, to zazwyczaj byli to ludzie głośni, którzy potrafili zorganizować się w większą grupę i cechujący się naturalną towarzyskością. Introwertycy buntowali się po cichu, agitując w znajomych sobie czterech ścianach.
— To co...? — zapytał niemrawo, przekierowując kolejnego protestującego do innego pracownika stoiska. — Ekhm… Jagnięco-wołowa chyba będzie lepsza, prawda? Jeśli będziesz protestował na przedzie, to będziesz musiał mieć siłę. Albo też nie za dużo siły... Chyba nikt nie chce, żeby zaczęły się tutaj jakieś zamieszki.
Przekrzywił lekko głowę w bok, jakby próbował ocenić, w jakim właściwie stanie znajduje się Felix. Był wysoki, szczupły, ale czy wychudzony? Obecność bluzy mocno utrudniała potwierdzenie tej tezy, toteż Macmillan postanowił zabawić się w katastrofistę i założyć, że chłopak faktycznie potrzebował sytego posiłku. Westchnął ciężko, potwierdzając w ten sposób podjętą decyzję, po czym odszedł na bok. Po chwili wrócił, przynosząc mu miskę z parującą jeszcze zupą. Nalał jej praktycznie po same brzegi, a między kawałkami marchewki, półplasterków cebuli i ziół chłopak mógł znaleźć ponadprzeciętnie dużo mięsa. Oczywiście za taki stan rzeczy odpowiadała Matka, która odpowiednio pokierowała chochlą operowaną przez Sebastiana.
— Smacznego — rzucił z dobrotliwą nutką w głosie, posyłając mu półuśmiech. Podsunął też chłopakowi sztućce i ciepłą herbatę. — Chcesz... To znaczy, przygotować ci coś jeszcze? — Rozejrzał się po stoisku, nie chcąc stać bezczynnie nad gościem. — Ten protest trwa już od kilku dobrych godzin, ale coś się nie zapowiada, żeby miało się to szybko skończyć...
Podejrzewał, że marsz w jakiejś formie będzie kontynuowany do późnych godzin nocnych, o ile zawczasu nikt nie rozgoni tłumu. A nawet wtedy ''impreza'' mogła przenieść się, chociażby do Dziurawego Kotła czy innych lokali rozsianych w magicznej dzielnicy miasta. Nie zazdroszczę dzisiaj tym wszystkim barmanom i kelnerkom, pomyślał, wzdrygając się na myśl, w jakim stanie co poniektórzy klienci tych lokali mogli zawitać do ich progów.