29.08.2024, 00:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2024, 00:56 przez Lorraine Malfoy.)
Magiczne różności
Na twarzy Lorraine malowało się skupienie, kiedy z uwagą przysłuchiwała barwnej relacji Olivii. Pracując w zakładzie pogrzebowym, trzeba było być gotowym na wszystko: począwszy od roszczeniowych klientów, którzy kłócili się, gdzie rozsypać prochy znienawidzonej babci (i dlaczego powinna to być studzienka uliczna przed Necronomiconem), po zmarłych, którzy wracali do życia jako krwiożercze ghoule, ledwie Lorraine zdążyła sfinalizować wszystkie procedury tanatokosmetyczne. Czasami trzeba było uspokajać rozhisteryzowaną rodzinę nad rozczłonkowanym ciałem denata, czasami przymknąć oko na recydywistę, który ukrywał się w trumnie wyposażonej w podwójne dno i zaczynał płakać, gdy orientował się, że musi spędzić noc wśród trupów, a czasami – czasami trzeba było po prostu spalić kolejną gnijącą abominację przywleczoną do kostnicy, udając, że nie słyszy się demonicznego skowytu, gdy jej obmierzły zewłok trawił ogień zaczarowanego pieca krematoryjnego. Lorraine nigdy nie spodziewałaby się, że handel rękodziełem może być równie ryzykownym zajęciem.
Wyraz szczerego oburzenia przemknął przez twarz Lorraine, gdy usłyszała, że agresywna przedstawicielka konkurencji zaatakowała Olivię i szarpała się z nią tak wściekle, że ucierpiały aż włosy kobiety. Rozejrzała się konspiracyjnie na boki – styl bycia wiły często cechowała podobna teatralność – a upewniwszy się, że nikt w tłumie nie zwraca uwagi na toczącą się wymianę zdań, nachyliła się bliżej rudowłosej z cieniem złośliwego uśmiechu przyczajonego w kącikach ust, niby kot szykujący się do skoku. Chyba zbyt wiele czasu spędzała z Rookwoodem, pomyślała z irytacją, zaczynała przejmować jego manieryzmy.
– Trzeba ją było oskalpować – poradziła słodko – i zaoferować w ramach rekompensaty eliksir na porost włosów. Reklamację mogłaby wtedy zgłosić co najwyżej w najbliższym zakładzie fryzjerskim. – Mimowolnie zaplotła rękę w swoje długie włosy i bawiła się nimi bezwiednie, nawijając na palce kolejne srebrnoblond pasma okalające jej szczupłą twarz: zarówno kobiety jak i wile były przecież z natury stworzeniami próżnymi, a zaproponowana przez Lorraine zemsta była wprost proporcjonalna do dzieła destrukcji, jakie ich otaczało. Co prawda, Lorraine wątpiła, by wszystkie zniszczenia powstały z winy jednej osoby – tak samo, jak wątpiła, by para handlarzy bezczynnie przyglądała się, jak ktoś niszczy ich dobytek… – ale nie zamierzała potępiać ciężko pracujących ludzi, którzy bronili owoców swojej pracy przed wściekłością nieznajomej furiatki. Mogła kiedyś zgrywać świętą przy Desmondzie, powtarzając kuzynowi truizmy o tym, że agresja nie służy rozwiązywaniu problemów, a jedynie napędza błędne koło wzajemnej wrogości, ale prawda była taka, że Lorraine, jakkolwiek brzydziła się przemocą, tak była nią także szczerze zafascynowana – i wierzyła, że ta, odpowiednio zastosowana, potrafi rozwiązać bardzo wiele problemów.
Zerknęła współczująco na Tristana, zajmującego się porządkowaniem ocalałych towarów, ale skupiała się przede wszystkim na Olivii, która była najbardziej poszkodowana, jako przypadkowa ofiara prezentująca swoje wyroby pod wspólnym szyldem z wyjątkowo, jak widać, pechową nazwą.
– To chyba nie do końca moje klimaty – odpowiedziała już normalnym tonem na pytanie o występ Eloise – nie słucham zbyt często współczesnych artystów, choć muszę przyznać, że Eloise ma przepiękny głos. Przyszłam na kiermasz w samą porę, by obejrzeć gorący występ cyrku – zachichotała z lekko rozmarzoną miną – spotkałam paru znajomych, przeszłam się pośród straganów, nie wiadomo kiedy zaczęło się ściemniać, a ja przypomniałam sobie, że muszę jeszcze załatwić parę sprawunków. Liczyłam, że zdołam nabyć eliksir nasenny, kończą mi się zapasy specyfiku, który zaproponowałaś mi miesiąc temu – sprawdził się wyśmienicie, więc nie szukałam żadnych zamienników, tylko przyszłam prosto do ciebie.
Na twarzy Lorraine malowało się skupienie, kiedy z uwagą przysłuchiwała barwnej relacji Olivii. Pracując w zakładzie pogrzebowym, trzeba było być gotowym na wszystko: począwszy od roszczeniowych klientów, którzy kłócili się, gdzie rozsypać prochy znienawidzonej babci (i dlaczego powinna to być studzienka uliczna przed Necronomiconem), po zmarłych, którzy wracali do życia jako krwiożercze ghoule, ledwie Lorraine zdążyła sfinalizować wszystkie procedury tanatokosmetyczne. Czasami trzeba było uspokajać rozhisteryzowaną rodzinę nad rozczłonkowanym ciałem denata, czasami przymknąć oko na recydywistę, który ukrywał się w trumnie wyposażonej w podwójne dno i zaczynał płakać, gdy orientował się, że musi spędzić noc wśród trupów, a czasami – czasami trzeba było po prostu spalić kolejną gnijącą abominację przywleczoną do kostnicy, udając, że nie słyszy się demonicznego skowytu, gdy jej obmierzły zewłok trawił ogień zaczarowanego pieca krematoryjnego. Lorraine nigdy nie spodziewałaby się, że handel rękodziełem może być równie ryzykownym zajęciem.
Wyraz szczerego oburzenia przemknął przez twarz Lorraine, gdy usłyszała, że agresywna przedstawicielka konkurencji zaatakowała Olivię i szarpała się z nią tak wściekle, że ucierpiały aż włosy kobiety. Rozejrzała się konspiracyjnie na boki – styl bycia wiły często cechowała podobna teatralność – a upewniwszy się, że nikt w tłumie nie zwraca uwagi na toczącą się wymianę zdań, nachyliła się bliżej rudowłosej z cieniem złośliwego uśmiechu przyczajonego w kącikach ust, niby kot szykujący się do skoku. Chyba zbyt wiele czasu spędzała z Rookwoodem, pomyślała z irytacją, zaczynała przejmować jego manieryzmy.
– Trzeba ją było oskalpować – poradziła słodko – i zaoferować w ramach rekompensaty eliksir na porost włosów. Reklamację mogłaby wtedy zgłosić co najwyżej w najbliższym zakładzie fryzjerskim. – Mimowolnie zaplotła rękę w swoje długie włosy i bawiła się nimi bezwiednie, nawijając na palce kolejne srebrnoblond pasma okalające jej szczupłą twarz: zarówno kobiety jak i wile były przecież z natury stworzeniami próżnymi, a zaproponowana przez Lorraine zemsta była wprost proporcjonalna do dzieła destrukcji, jakie ich otaczało. Co prawda, Lorraine wątpiła, by wszystkie zniszczenia powstały z winy jednej osoby – tak samo, jak wątpiła, by para handlarzy bezczynnie przyglądała się, jak ktoś niszczy ich dobytek… – ale nie zamierzała potępiać ciężko pracujących ludzi, którzy bronili owoców swojej pracy przed wściekłością nieznajomej furiatki. Mogła kiedyś zgrywać świętą przy Desmondzie, powtarzając kuzynowi truizmy o tym, że agresja nie służy rozwiązywaniu problemów, a jedynie napędza błędne koło wzajemnej wrogości, ale prawda była taka, że Lorraine, jakkolwiek brzydziła się przemocą, tak była nią także szczerze zafascynowana – i wierzyła, że ta, odpowiednio zastosowana, potrafi rozwiązać bardzo wiele problemów.
Zerknęła współczująco na Tristana, zajmującego się porządkowaniem ocalałych towarów, ale skupiała się przede wszystkim na Olivii, która była najbardziej poszkodowana, jako przypadkowa ofiara prezentująca swoje wyroby pod wspólnym szyldem z wyjątkowo, jak widać, pechową nazwą.
– To chyba nie do końca moje klimaty – odpowiedziała już normalnym tonem na pytanie o występ Eloise – nie słucham zbyt często współczesnych artystów, choć muszę przyznać, że Eloise ma przepiękny głos. Przyszłam na kiermasz w samą porę, by obejrzeć gorący występ cyrku – zachichotała z lekko rozmarzoną miną – spotkałam paru znajomych, przeszłam się pośród straganów, nie wiadomo kiedy zaczęło się ściemniać, a ja przypomniałam sobie, że muszę jeszcze załatwić parę sprawunków. Liczyłam, że zdołam nabyć eliksir nasenny, kończą mi się zapasy specyfiku, który zaproponowałaś mi miesiąc temu – sprawdził się wyśmienicie, więc nie szukałam żadnych zamienników, tylko przyszłam prosto do ciebie.