29.08.2024, 13:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2024, 14:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- To wewnętrzny sekret - powiedział w przypływie wisielczego humoru - którym nie dzielimy się na prawo i lewo, bo nikt by tu nie pracował. Potrzebujemy utrzymać złudzenie, że każdy pracuje w swoich godzinach i trzyma się grafiku - wyjaśniając, nieznacznie nachylił się do kobiety. - Widzi pani, dzieląc się z panią tymi informacjami, właśnie podpisaliśmy ustny angaż w Mungu. Zaczyna pani jutro od wypisania kolegi - mrugnął do niej. Oczywiście, nie było to prawdą. Niewątpliwie chciałby, żeby szpital z taką łatwością wmanewrował kilka dodatkowych osób do pomocy, bo oddział Greengrassa miał duże braki kadrowe. Bywało, że mieli więcej rezygnacji w miesiącu niż przyjęć nowych pracowników. Starsi uzdrowiciele odchodzili na emeryturę, niektórzy wybierali prywatną praktykę. Nowi stażyści woleli dużo bardziej ekscytujące łamanie klątw albo bardziej krwawe urazy magizoologiczne. Na wszystkich tych oddziałach korzystało się z eliksirów, ale mało kto chciał leczyć nudne zatrucia.
- Tak czy siak nie można się dziwić, że ludzie nie mają tej wiedzy. Najpewniej nie ma szans, abym ja odróżnił powiedzmy - zmarszczył czoło, szukając odpowiedniego porównania - takiego bagnowyja od błotoryja albo od czegoś zbliżonego - powiedział wreszcie. Te szufladki w mózgu, w których składował wiedzę odnośnie magicznych bestii były, łagodnie mówiąc, dosyć mocno zakurzone. Wepchnął tam całą wiedzę z Hogwartu i trochę tematów poruszanych podczas stażu. Następnie zamknął to na cztery spusty i uznał sprawę za niebyłą.
Nieczęsto musiał korzystać z tej wewnętrznej encyklopedii fauny. Prawdopodobnie już w tym momencie udało mu się popełnić elementarny błąd klasyfikacyjny. Spojrzał na ubłocone buty blondynki i przywołał dwie nazwy, które kojarzyły mu się z moczarami. Czy te bestie tam bywały? Nie miał pojęcia. Ponadto na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie miały zbyt wielu zbieżnych cech w wyglądzie czy w zachowaniu. Niemniej przynajmniej próbował wyjść z jakimś kreatywnym porównaniem.
- Może jednak warto rozważyć angaż w Mungu? Szybko zweryfikuje pani wiedzę na temat głupoty - odpowiedział na jej uśmiech. Tak, potrafił podśmiewać się z rodziną pacjentów. Szczególnie, gdy zainteresowanych nie było w okolicy. - Na miejscu pani rodziny obawiałbym się tego spotkania. Kto wie, jacy mogą być w duecie, jeśli znajdą wspólny język - z jednej strony mówił tak w żartach. Nie wspomniał za to, że takie sytuacje bywały nader częste. Pacjenci połączeni wspólną niedolą nawiązywali różne zażyłości. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, ile relacji powstawało podczas rekonwalescencji.
Jeżeli to miał być kolejny taki przypadek, to Ambroise naprawdę współczuł bliskim Yaxleya. Z tego, co do tej pory powiedziała mu kobieta, mieli wystarczająco po dziurki w nosie wybryków kuzyna. Tymczasem mogło być jeszcze bardziej barwnie i ekscentrycznie. Oczywiście, o ile te dwa kolorowe ptaki nawiążą nić porozumienia a nie wejdą na drogę przechwałek na temat własnych osiągnięć, co poskutkuje kłótnią i bijatyką o to, kto jest lepszy. Takie sytuacje również miały miejsce. Częściej niż ktokolwiek mógłby pomyśleć.
Zamknięcie w czterech ścianach szpitala różnie działało na ludzi. Nawet krótkotrwała konieczność pobytu w miejscu, w którym nie chciało się być, wpływała na ludzi. Czarownica, z którą w tym momencie rozmawiał, najpewniej miała o tym bardzo duże pojęcie, bo z chwili na chwilę widział u niej coraz większe napięcie. Mimo to rozmowa zadziwiająco się kleiła i Ambroise z zaskakującą przyjemnością mógł powoli kwestionować przesadne nerwy koleżanek z pracy. Obawiając się kłótni, całkowicie niepotrzebnie posłały go na pole bitwy, która nie miała nadejść. Raczej nie miała.
- Naprawdę jesteśmy tacy niebezpieczni? Wydawało mi się, że poprawiliśmy opinie na nasz temat - uśmiechnął się porozumiewawczo. - W zeszłym roku obiecaliśmy, że zmniejszymy liczbę lochów dla pacjentów i niemal dotrzymaliśmy słowa.
W pewnym sensie rozumiał podejście panienki (prawdopodobnie, skoro była kuzynką pacjenta) Yaxley. Bywały chwile, kiedy najbezpieczniej czuł się w dziczy niedaleko Doliny Godryka. Chcąc odpocząć od konwenansów i pobyć sam na sam z myślami, wybierał się do lasu, gdzie spędzał kilka dni urlopu. W takich chwilach również nie obawiał się złych warunków pogodowych. Potrafił poradzić sobie z gniewem natury. Zazwyczaj wystarczyło nie bagatelizować siły żywiołu i odnosić się z należytym szacunkiem, znajdując schronienie i nie podejmując głupiego ryzyka. To był element, który odróżniał go od poszukiwaczy wrażeń. Ambroise był niemalże pewny, że rozmówczyni...
...Geraldine nie wyznawała tej ostatniej zasady. Mógłby założyć się, że to właśnie w tych najniebezpieczniejszych warunkach pogodowych znajdowała największą satysfakcję.
- Ambroise - odpowiedział w równie uprzejmy sposób. Nie spoufalał się z ludźmi, których przyjmował w szpitalu (wyjątkiem były wyłącznie dzieci, aczkolwiek je niespecjalnie lubił i musiał zmuszać się do niektórych reakcji), ale nie było potrzeby bycia niekulturalnym. - Ambroise Bertrand Greengrass, miło mi - instynktownie poprawił identyfikator, który niemal zagubił się w połach płaszcza.
Wychowano go jak na bywalca salonów przystało.
Geraldine wyciągnęła rękę w jego stronę, więc ją uścisnął. Konkretnie, trochę sztywno, jednak wcale nie przez oficjalność. Gdyby chciał być oficjalny, musiałby ucałować ją w rękę, a (słusznie, jak sądził po paru minutach rozmowy) założył, że to nie spotkałoby się z entuzjazmem. Poszukiwaczki przygód na ogół nie lubiły konwenansów, nawet te czystej krwi jak Yaxleyówny.
Miewał problemy z zaciśnięciem dłoni, więc wkładał w to znacznie więcej siły niż jeszcze kilka lat wcześniej. Postępująca choroba sprawiała, że z rozrzewnieniem wspominał czasy szkoły i beztroskiego latania na miotle. W tamtym okresie brał za pewnik to, czego już nie miał. Zadziwiające jak szybko życie weryfikowało plany, drwiąc z założeń, że pewne rzeczy były na wieczność. Może nie powinien być aż tak ostry dla kogoś, kto tę wieczność przypisał dacie ważności eliksirów.
On sam popełnił większy błąd, kiedy przypisywał sobie młodzieńcze zdrowie, którego utraty nie dało się wyleczyć. Tu nic nie dało otoczenie się uzdrowicielami. Nawet takimi prywatnymi, których w młodości załatwiał mu ojciec. Obecnie Ambroise nie miał swojego prywatnego medyka nie z uwagi na to, że nie było go stać (zdecydowanie było) a z faktu, że nie chciał czuć się jak małpka w cyrku. Tymczasowo zaleczał się sam. Co jak co, ale znał maksymalne dawki różnych substancji. To one czyniły truciznę.
- Tym lepiej - kiwnął głową. Dostęp do prywatnego medyka ułatwiał sprawę z kontrolą stanu pacjenta. - Na pewno nie zaszkodziłoby, gdyby mogła pa... - zreflektował się i niemal natychmiast poprawił - gdybyś mogła poprosić swoją uzdrowicielkę o skontrolowanie kuzyna po kilku dniach od wyjścia ze szpitala. W miarę możliwości tak od trzech dni do tygodnia - objaśnił. Nie wykluczał, że panicz Yaxley miał własnego prywatnego lekarza, ale prawdopodobnie zażyła, wieloletnia relacja między Geraldine a jej uzdrowicielką mogła być lepiej wykorzystana. W końcu to blondynka była naocznym świadkiem wypadku, więc mogła wyjaśnić wszystko to, czego nie powiedziałby wypis.
- W razie czego zapraszam na oddział - jakoś powątpiewał, że miała skorzystać. - Przyjmiemy i zutylizujemy wszystkie substancje - zapewnił. Na początku nie świadczyli podobnych przysług, ale zwiększona liczba zatruć i wypadków wymusiła na nich taką okoliczność. Na dodatek całkowicie nieodpłatną, wbrew niektórym głosom zarządu. Dużo łatwiejsze i zarazem tańsze było pozbywanie się eliksirów niż leczenie konsekwencji.
- Tak czy siak nie można się dziwić, że ludzie nie mają tej wiedzy. Najpewniej nie ma szans, abym ja odróżnił powiedzmy - zmarszczył czoło, szukając odpowiedniego porównania - takiego bagnowyja od błotoryja albo od czegoś zbliżonego - powiedział wreszcie. Te szufladki w mózgu, w których składował wiedzę odnośnie magicznych bestii były, łagodnie mówiąc, dosyć mocno zakurzone. Wepchnął tam całą wiedzę z Hogwartu i trochę tematów poruszanych podczas stażu. Następnie zamknął to na cztery spusty i uznał sprawę za niebyłą.
Nieczęsto musiał korzystać z tej wewnętrznej encyklopedii fauny. Prawdopodobnie już w tym momencie udało mu się popełnić elementarny błąd klasyfikacyjny. Spojrzał na ubłocone buty blondynki i przywołał dwie nazwy, które kojarzyły mu się z moczarami. Czy te bestie tam bywały? Nie miał pojęcia. Ponadto na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie miały zbyt wielu zbieżnych cech w wyglądzie czy w zachowaniu. Niemniej przynajmniej próbował wyjść z jakimś kreatywnym porównaniem.
- Może jednak warto rozważyć angaż w Mungu? Szybko zweryfikuje pani wiedzę na temat głupoty - odpowiedział na jej uśmiech. Tak, potrafił podśmiewać się z rodziną pacjentów. Szczególnie, gdy zainteresowanych nie było w okolicy. - Na miejscu pani rodziny obawiałbym się tego spotkania. Kto wie, jacy mogą być w duecie, jeśli znajdą wspólny język - z jednej strony mówił tak w żartach. Nie wspomniał za to, że takie sytuacje bywały nader częste. Pacjenci połączeni wspólną niedolą nawiązywali różne zażyłości. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, ile relacji powstawało podczas rekonwalescencji.
Jeżeli to miał być kolejny taki przypadek, to Ambroise naprawdę współczuł bliskim Yaxleya. Z tego, co do tej pory powiedziała mu kobieta, mieli wystarczająco po dziurki w nosie wybryków kuzyna. Tymczasem mogło być jeszcze bardziej barwnie i ekscentrycznie. Oczywiście, o ile te dwa kolorowe ptaki nawiążą nić porozumienia a nie wejdą na drogę przechwałek na temat własnych osiągnięć, co poskutkuje kłótnią i bijatyką o to, kto jest lepszy. Takie sytuacje również miały miejsce. Częściej niż ktokolwiek mógłby pomyśleć.
Zamknięcie w czterech ścianach szpitala różnie działało na ludzi. Nawet krótkotrwała konieczność pobytu w miejscu, w którym nie chciało się być, wpływała na ludzi. Czarownica, z którą w tym momencie rozmawiał, najpewniej miała o tym bardzo duże pojęcie, bo z chwili na chwilę widział u niej coraz większe napięcie. Mimo to rozmowa zadziwiająco się kleiła i Ambroise z zaskakującą przyjemnością mógł powoli kwestionować przesadne nerwy koleżanek z pracy. Obawiając się kłótni, całkowicie niepotrzebnie posłały go na pole bitwy, która nie miała nadejść. Raczej nie miała.
- Naprawdę jesteśmy tacy niebezpieczni? Wydawało mi się, że poprawiliśmy opinie na nasz temat - uśmiechnął się porozumiewawczo. - W zeszłym roku obiecaliśmy, że zmniejszymy liczbę lochów dla pacjentów i niemal dotrzymaliśmy słowa.
W pewnym sensie rozumiał podejście panienki (prawdopodobnie, skoro była kuzynką pacjenta) Yaxley. Bywały chwile, kiedy najbezpieczniej czuł się w dziczy niedaleko Doliny Godryka. Chcąc odpocząć od konwenansów i pobyć sam na sam z myślami, wybierał się do lasu, gdzie spędzał kilka dni urlopu. W takich chwilach również nie obawiał się złych warunków pogodowych. Potrafił poradzić sobie z gniewem natury. Zazwyczaj wystarczyło nie bagatelizować siły żywiołu i odnosić się z należytym szacunkiem, znajdując schronienie i nie podejmując głupiego ryzyka. To był element, który odróżniał go od poszukiwaczy wrażeń. Ambroise był niemalże pewny, że rozmówczyni...
...Geraldine nie wyznawała tej ostatniej zasady. Mógłby założyć się, że to właśnie w tych najniebezpieczniejszych warunkach pogodowych znajdowała największą satysfakcję.
- Ambroise - odpowiedział w równie uprzejmy sposób. Nie spoufalał się z ludźmi, których przyjmował w szpitalu (wyjątkiem były wyłącznie dzieci, aczkolwiek je niespecjalnie lubił i musiał zmuszać się do niektórych reakcji), ale nie było potrzeby bycia niekulturalnym. - Ambroise Bertrand Greengrass, miło mi - instynktownie poprawił identyfikator, który niemal zagubił się w połach płaszcza.
Wychowano go jak na bywalca salonów przystało.
Geraldine wyciągnęła rękę w jego stronę, więc ją uścisnął. Konkretnie, trochę sztywno, jednak wcale nie przez oficjalność. Gdyby chciał być oficjalny, musiałby ucałować ją w rękę, a (słusznie, jak sądził po paru minutach rozmowy) założył, że to nie spotkałoby się z entuzjazmem. Poszukiwaczki przygód na ogół nie lubiły konwenansów, nawet te czystej krwi jak Yaxleyówny.
Miewał problemy z zaciśnięciem dłoni, więc wkładał w to znacznie więcej siły niż jeszcze kilka lat wcześniej. Postępująca choroba sprawiała, że z rozrzewnieniem wspominał czasy szkoły i beztroskiego latania na miotle. W tamtym okresie brał za pewnik to, czego już nie miał. Zadziwiające jak szybko życie weryfikowało plany, drwiąc z założeń, że pewne rzeczy były na wieczność. Może nie powinien być aż tak ostry dla kogoś, kto tę wieczność przypisał dacie ważności eliksirów.
On sam popełnił większy błąd, kiedy przypisywał sobie młodzieńcze zdrowie, którego utraty nie dało się wyleczyć. Tu nic nie dało otoczenie się uzdrowicielami. Nawet takimi prywatnymi, których w młodości załatwiał mu ojciec. Obecnie Ambroise nie miał swojego prywatnego medyka nie z uwagi na to, że nie było go stać (zdecydowanie było) a z faktu, że nie chciał czuć się jak małpka w cyrku. Tymczasowo zaleczał się sam. Co jak co, ale znał maksymalne dawki różnych substancji. To one czyniły truciznę.
- Tym lepiej - kiwnął głową. Dostęp do prywatnego medyka ułatwiał sprawę z kontrolą stanu pacjenta. - Na pewno nie zaszkodziłoby, gdyby mogła pa... - zreflektował się i niemal natychmiast poprawił - gdybyś mogła poprosić swoją uzdrowicielkę o skontrolowanie kuzyna po kilku dniach od wyjścia ze szpitala. W miarę możliwości tak od trzech dni do tygodnia - objaśnił. Nie wykluczał, że panicz Yaxley miał własnego prywatnego lekarza, ale prawdopodobnie zażyła, wieloletnia relacja między Geraldine a jej uzdrowicielką mogła być lepiej wykorzystana. W końcu to blondynka była naocznym świadkiem wypadku, więc mogła wyjaśnić wszystko to, czego nie powiedziałby wypis.
- W razie czego zapraszam na oddział - jakoś powątpiewał, że miała skorzystać. - Przyjmiemy i zutylizujemy wszystkie substancje - zapewnił. Na początku nie świadczyli podobnych przysług, ale zwiększona liczba zatruć i wypadków wymusiła na nich taką okoliczność. Na dodatek całkowicie nieodpłatną, wbrew niektórym głosom zarządu. Dużo łatwiejsze i zarazem tańsze było pozbywanie się eliksirów niż leczenie konsekwencji.