Przy Laurencie nie czuła, że ten zrobi cokolwiek, co miałoby wystraszyć małą nieporadną kicię, którą ewidentnie rozpierała energia, by za chwilę padła gdzieś zwinięta w kłębek, żeby podładować te swoje małe bateryjki do życia. Luna zdawała się go nie zauważać, chociaż delikatnie poruszała noskiem, zbierając nowe, nieznane zapachy. Ale w tym domu ciągle było coś nowego, co dopiero odkrywała i jedynym tym już znanym i stałym punktem była Victoria, do której się właśnie tuliła. Nie znały się długo, bo raptem te kilka dni, ale tyle wystarczyło, by stać się całym światem małej kici, a ciemnowłosa brała tę rolę bardzo na poważnie. Pogłaskała ją, ucałowała mały łebek, przytulając do siebie delikatnie, prawie jakby była ludzkim dzieckiem, a nie kociakiem, po czym położyła ją z powrotem na podłodze, pozwalając, by dalej hasała i robiła te wszystkie swoje słodkie rzeczy. Zainteresowała się w końcu Laurentem i podeszła do niego ostrożnie, pomału zapoznając się z jego zapachem.
– Czuję, że to będzie prawdziwa katastrofa – przyznała z uśmiechem, bo nawet nie zamierzała nikogo tutaj oszukiwać, że ma jakiekolwiek pojęcie co robi, jeśli chodziło o gotowanie. Wychodziło jednak na to, że mieli w tym dokładnie takie samo doświadczenie: nikłe i gówniane, co z jakiegoś powodu bawiło ją jeszcze bardziej. Była perfekcjonistką, która lubiła działać wedle planu, zgoda, ale do gotowania zabierała się jak do szturchania żaby kijem, dzisiaj czuła ku temu jednak natchnienie. – Pewnie cię tym zaskoczę, ale nie do końca tak jest. Z eliksirami. Czasami odejście od receptury daje jeszcze lepszy efekt – Victoria akurat lubiła eksperymentować z eliksirami (co mogło być w sumie oczywiste, skoro wzięła na siebie sprawę mikstur dla wampirów), mieszać nie jak wedle przepisu, tylko na odwrót, inaczej zabrać się do pozyskania soku z jakiegoś składnika, niż to było napisane w książce i tak dalej. Czasami była to klapa, a czasami okazywało się, że efekt jest jeszcze lepszy.
Ciemne włosy poruszały się, kiedy Lestrange wzruszyła ramionami. Gazeta, a i owszem, leżała na blacie przy ścianie, najwyraźniej czekając, aż zostanie użyta – a był to numer Czarownicy.
– W zasadzie to podoba mi się, że przyszedłeś i nawet nie próbujesz się wymiksować z niczego, a od razu zakładasz, że tak, zaraz będziemy się brać za robienie chleba – zaśmiała się dźwięcznie, mrużąc oczy do Laurenta. Tegoż samego, który wpadł tu niezapowiedziany z kwiatami i tak po prostu wsunął się w rytm tego domu, jakby był tutaj cały czas, a na wspólne pieczenie chleba umawiali się od tygodnia. Ale tak chyba było normalnie? Kiedy się z kimś przyjaźnisz i jesteś gdzieś mile widziany, niezależnie od wszystkiego. Tak jak Laurent, który potrzebował ucieczki i teraz tak po prostu pojawił się na Pokątnej u Victorii, przyjmując wszystko takim, jakim było. Może tego właśnie potrzebował – tego oddechu i naładowaniu się przy kimś, kto ewidentnie jaśniał od radości, a powodem była ta malutka kotka, która teraz obwąchiwała z przejęciem dłoń Laurenta, po czym kuchenka i zaczęła się o niego ocierać.
– A czemu to miałby być problem? – zdumiała się odrobinę, odwracając się do Laurenta. – Możesz tutaj być tak długo jak chcesz przecież – dodała, żeby nie było wątpliwości, że naprawdę jest tutaj mile widziany. I prawdę mówiąc, to było jej całkiem miło, że Laurent chciał ją odwiedzić, nawet jeśli wcale nie do końca bezinteresownie. – Coś się stało? – brzmiała miękko, bo też wydało jej się, że gdyby się nie stało, to nie pytałby, czy może zostać na noc.