29.08.2024, 20:32 ✶
– Nie, to nie ta – powiedziała Charlotte, trochę rozbawiona. Tej kuzynki Cecylii Jessie nigdy nie poznał: nie zniżyłaby się do kontaktów z krewną, która nosiła nazwisko mugolaka ani z dziećmi tegoż mugolaka. – Ale jak tak myślę, to faktycznie ma wystające zęby – dodała z odrobiną satysfakcji. – Skarbie, problem w tym, że każde było pyszne, a on nie powinien próbować dwunastu…
W końcu cierpiał na cukrzycę. Nawet jeżeli przed laty nie była tak zaawansowane, to dwanaście pięter było przesadą. To było słodko gorzkie wspomnienie: i tą słodyczą był zarówno smak malin i pistacji na jednej z warstw, jak i myśl o uwolnieniu się od rodziny, ale zrównoważoną goryczą rychłego rozstania z przyjaciółmi i świadomością, że nic nie będzie już takie same. Że nieważne, co przyniesie dobrego i złego Ameryka, nie ma już odwrotu.
Było wiele i jednego, i drugiego, ale Charlotte kochała swoje dzieci, w ostatecznym rozrachunku uważała więc, że to pierwsze przeważyło.
– Szampan czy wino? – spytała Jaspera, sama sięgając po kieliszek z szampanem, z dość wysokiej półki. Zdecydowanie, para młoda i ich rodziny nie pożałowali na to przyjęcie: ewentualnie Aurora była jakąś ich znajomą, to też było możliwe. Uniosła kieliszek wraz z innymi, a potem dopełniła toastu, smak drogiego trunku zmieszał się z tym malin i wanilii. Para młoda promieniała, i Harold ucałował swoją oblubienicę w policzek.
Charlotte rzuciła synowi rozbawione spojrzenie na to rzucone jej wyzwanie, a potem zaczęła rozglądać się po najbliższym otoczeniu, w poszukiwaniu dobrej ofiary. Odrzuciła dwójkę młodych, zbyt zapatrzonych w siebie nawzajem, i rodziców, o znękanych minach, próbujących uspokoić dziesięciolatka. Przesunęła się nieco bliżej dwóch starszych kobiet, by usłyszeć ich rozmowę, i pochyliła przy nich, odstawiając talerzyk opróżniony z tortu, niby to przypadkiem trącając jedną z nich.
– Och, bardzo panią przepraszam, naprawdę nie chciałam – zapewniła szybko, robiąc zakłopotaną minę. – Pani… przepraszam, chyba nie miałyśmy przyjemności? Są panie od strony Harolda czy Patricii?
– Nic nie szkodzi – zapewniła jedna z kobiet, nawet jeżeli druga obrzuciła ją niechętnym spojrzeniem. – My od Harolda, to mój bratanek.
– My od Patricii. Właśnie zachwycałam się tortem. Chociaż brakuje mi odrobinę czekolady, Patricia wspominała, że Harold ją sugerował…
– Musiała postawić na swoim, jak zawsze – parsknęła towarzyszka haroldowej ciotki. – Ślizgonki już tak mają.
– Moja droga, bardzo proszę, nie obrażaj żony mojego bratanka…
- Wydają się oboje bardzo szczęśliwi – powiedziała Charlotte ugodowo, zupełnie do siebie niepodobnym tonem. – Dom w Hogwarcie nie wszystko determinuje. Ja na przykład byłam Puchonką.
– Ja byłam w Gryffindorze – oświadczyła marudząca kobieta. – Jak Harold. Powinien znaleźć sobie przyzwoitą Gryfonkę.
– Trisha, proszę cię…
– Nie będę paniom już przeszkadzać – odparła Charlotte gładko, zgarnęła krakersa dla siebie i dla Jessiego, i wróciła do syna. – Gryfon, ma ciotkę, jest pod pantoflem żony.
W końcu cierpiał na cukrzycę. Nawet jeżeli przed laty nie była tak zaawansowane, to dwanaście pięter było przesadą. To było słodko gorzkie wspomnienie: i tą słodyczą był zarówno smak malin i pistacji na jednej z warstw, jak i myśl o uwolnieniu się od rodziny, ale zrównoważoną goryczą rychłego rozstania z przyjaciółmi i świadomością, że nic nie będzie już takie same. Że nieważne, co przyniesie dobrego i złego Ameryka, nie ma już odwrotu.
Było wiele i jednego, i drugiego, ale Charlotte kochała swoje dzieci, w ostatecznym rozrachunku uważała więc, że to pierwsze przeważyło.
– Szampan czy wino? – spytała Jaspera, sama sięgając po kieliszek z szampanem, z dość wysokiej półki. Zdecydowanie, para młoda i ich rodziny nie pożałowali na to przyjęcie: ewentualnie Aurora była jakąś ich znajomą, to też było możliwe. Uniosła kieliszek wraz z innymi, a potem dopełniła toastu, smak drogiego trunku zmieszał się z tym malin i wanilii. Para młoda promieniała, i Harold ucałował swoją oblubienicę w policzek.
Charlotte rzuciła synowi rozbawione spojrzenie na to rzucone jej wyzwanie, a potem zaczęła rozglądać się po najbliższym otoczeniu, w poszukiwaniu dobrej ofiary. Odrzuciła dwójkę młodych, zbyt zapatrzonych w siebie nawzajem, i rodziców, o znękanych minach, próbujących uspokoić dziesięciolatka. Przesunęła się nieco bliżej dwóch starszych kobiet, by usłyszeć ich rozmowę, i pochyliła przy nich, odstawiając talerzyk opróżniony z tortu, niby to przypadkiem trącając jedną z nich.
– Och, bardzo panią przepraszam, naprawdę nie chciałam – zapewniła szybko, robiąc zakłopotaną minę. – Pani… przepraszam, chyba nie miałyśmy przyjemności? Są panie od strony Harolda czy Patricii?
– Nic nie szkodzi – zapewniła jedna z kobiet, nawet jeżeli druga obrzuciła ją niechętnym spojrzeniem. – My od Harolda, to mój bratanek.
– My od Patricii. Właśnie zachwycałam się tortem. Chociaż brakuje mi odrobinę czekolady, Patricia wspominała, że Harold ją sugerował…
– Musiała postawić na swoim, jak zawsze – parsknęła towarzyszka haroldowej ciotki. – Ślizgonki już tak mają.
– Moja droga, bardzo proszę, nie obrażaj żony mojego bratanka…
- Wydają się oboje bardzo szczęśliwi – powiedziała Charlotte ugodowo, zupełnie do siebie niepodobnym tonem. – Dom w Hogwarcie nie wszystko determinuje. Ja na przykład byłam Puchonką.
– Ja byłam w Gryffindorze – oświadczyła marudząca kobieta. – Jak Harold. Powinien znaleźć sobie przyzwoitą Gryfonkę.
– Trisha, proszę cię…
– Nie będę paniom już przeszkadzać – odparła Charlotte gładko, zgarnęła krakersa dla siebie i dla Jessiego, i wróciła do syna. – Gryfon, ma ciotkę, jest pod pantoflem żony.