29.08.2024, 23:17 ✶
Lot nie koił.
Lot był tylko zapewnieniem bezpieczeństwa dla niego. Dla niej. Dla innych.
Lot był tylko odsuwaniem w czasie upadku.
Jak to się stało, że znalazł się w Londynie? Chyba kominek u Longbottomów. Chyba rozbił się o warsztat w którym mieli razem żyć, o domek ogrodnika, który przyniósł mu tyle samo radości co zgryzoty, co radości co...
Miał tam eliksiry uspokajające, ale nie był pewien czy wystarczą. W końcu kominek, kominek był drogą, niemal się do niego wczołgał, a potem dalej do kuchni, do serca domu, gdzie działo się wiele, ale klątwa nie przyszła. Może było to głupie z jego strony, skoro pomyślał, że tam będzie bezpieczny, z dala od Kniei, która wcale nie była winna, ale zakorzenione w dziecku przekonania były tak trudne do wykorzenienia, nawet gdy stanął w obliczu prawdy. Był przesądny, ale to może przecież mogło go uratować, mogło osłonić.
A więc kuchnia, kuchnia pachnąca Norą, mająca całą jej miłość, całe oddanie, będąca jej największym marzeniem, które on chciał ochronić za wszelką cenę, kosztem samego siebie. Schował się właśnie tam, na dnie serca swojej ukochanej, jak przed ośmiu laty, gdy je połamał kłamiąc o tym, że nie chce z nią dłużej być. Schował się właśnie tam, w kuchni w której pierwszy raz po latach powiedział jej prawdę, powiedział, że ją kocha. Wtedy trafił tu przypadkiem, anomalią. Teraz zupełnie celowo zaszył się w kącie osuszając butelka za butelką, otumaniając zmysły, odkładając cichutko szkło obok szkła w mroku, opierając skroń o szafkę i rozpaczliwie próbując nie myśleć o tym wszystkim. Jakie miało to znaczenie? Przecież chciał być ojcem dla Mabel. A jednak... jego matka okłamywała go całe życie, czego nie potrafił jej wybaczyć. Czy nie mówienie prawdy też było kłamstwem? Nie potrafił tego rozsądzić. Brenna na pewno znałaby odpowiedź, ale to nie był czas by zawracać jej głowę. Musiał poradzić sobie z tym sam. Zupełnie sam.
Skulił się bardziej, czując zbierające się łzy. Może jeśli zaśnie i obudzi się, to świat znów będzie milszym i prostszym miejscem? Może jeśli da się ponieść temu odrętwieniu rozchodzącemu się po członkach, może wtedy to wszystko przestanie tak boleć?
Nie zanotował w pierwszej chwili tego, że ktokolwiek pojawił się w środku. Podkulił nogi bardziej, twarz docisnął do kolan, ukrywając piekące oczy przed światłem, licząc na cud, licząc na to, że nikt go nie przegoni z miejsca w którym nie stanowił zagrożenia, do którego klątwa nie znała drogi.
Lot był tylko zapewnieniem bezpieczeństwa dla niego. Dla niej. Dla innych.
Lot był tylko odsuwaniem w czasie upadku.
Jak to się stało, że znalazł się w Londynie? Chyba kominek u Longbottomów. Chyba rozbił się o warsztat w którym mieli razem żyć, o domek ogrodnika, który przyniósł mu tyle samo radości co zgryzoty, co radości co...
Miał tam eliksiry uspokajające, ale nie był pewien czy wystarczą. W końcu kominek, kominek był drogą, niemal się do niego wczołgał, a potem dalej do kuchni, do serca domu, gdzie działo się wiele, ale klątwa nie przyszła. Może było to głupie z jego strony, skoro pomyślał, że tam będzie bezpieczny, z dala od Kniei, która wcale nie była winna, ale zakorzenione w dziecku przekonania były tak trudne do wykorzenienia, nawet gdy stanął w obliczu prawdy. Był przesądny, ale to może przecież mogło go uratować, mogło osłonić.
A więc kuchnia, kuchnia pachnąca Norą, mająca całą jej miłość, całe oddanie, będąca jej największym marzeniem, które on chciał ochronić za wszelką cenę, kosztem samego siebie. Schował się właśnie tam, na dnie serca swojej ukochanej, jak przed ośmiu laty, gdy je połamał kłamiąc o tym, że nie chce z nią dłużej być. Schował się właśnie tam, w kuchni w której pierwszy raz po latach powiedział jej prawdę, powiedział, że ją kocha. Wtedy trafił tu przypadkiem, anomalią. Teraz zupełnie celowo zaszył się w kącie osuszając butelka za butelką, otumaniając zmysły, odkładając cichutko szkło obok szkła w mroku, opierając skroń o szafkę i rozpaczliwie próbując nie myśleć o tym wszystkim. Jakie miało to znaczenie? Przecież chciał być ojcem dla Mabel. A jednak... jego matka okłamywała go całe życie, czego nie potrafił jej wybaczyć. Czy nie mówienie prawdy też było kłamstwem? Nie potrafił tego rozsądzić. Brenna na pewno znałaby odpowiedź, ale to nie był czas by zawracać jej głowę. Musiał poradzić sobie z tym sam. Zupełnie sam.
Skulił się bardziej, czując zbierające się łzy. Może jeśli zaśnie i obudzi się, to świat znów będzie milszym i prostszym miejscem? Może jeśli da się ponieść temu odrętwieniu rozchodzącemu się po członkach, może wtedy to wszystko przestanie tak boleć?
Nie zanotował w pierwszej chwili tego, że ktokolwiek pojawił się w środku. Podkulił nogi bardziej, twarz docisnął do kolan, ukrywając piekące oczy przed światłem, licząc na cud, licząc na to, że nikt go nie przegoni z miejsca w którym nie stanowił zagrożenia, do którego klątwa nie znała drogi.