29.08.2024, 23:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2024, 12:32 przez Millie Moody.)
– Okno to... okno to przyjaźń, to pomoc od przyjaciół... – zapatrzyła się nagle w to samo okno w które patrzyła Heather, jakby słyszała ten sam rytm, ten sam puls właśnie stamtąd. Mimowolnie podniosła się, zgarniając ze sobą kilka serpentyn. Powoli. Jakby ciągnął ją sznurek przeznaczenia. Nie nie, nie chciała wyskoczyć, to byłoby bardzo głupie. Księzycowy Staw nie potrzebował już więcej śmierci, potrzebował życia. Tyle życia, tyle magii, która kreuje, a nie niszczy.
– Nie wiem, czy by zamieszkał. Cały czas myślę... cały czas, że lepiej byłoby mu beze mnie – odpowiedziała z opóźnieniem na zapewnienia Thomasa, który widział to co z zewnątrz, ale nie to co kotłowało się w środku. Nie to co przynosiło w bezsenne noce czarną wodę na młyn autodestrukcyjnych myśli, a co teraz wyciekało z niej.
kap kap kap
Staw domagał się pieśni, staw, który chwilę temu wypełniał jej płuca, gdy złapana przez nieumarłego ciągnięta była na dno. Aż na dno.
Woda kapała rytmem wystukiwanym przez opuszki palców, aż nagle Millie zacisnęła pięść i kilkukrotnie zastukała w niemalowane belki, aby dać ujść negatywnej energii.
– On nas woła, chodźmy tam, weźcie ciastka, weźcie serpentyny, potrzebujemy dać mu coś od siebie. – sięgnęła po różdżkę lekko się kołysząc. Sny stawały się bardzo plastyczne, może to też był sen. Dom stawał się kolorowy, ciepły, miły. Dom rodzinny, dom w którym każdy jest chciany, każdy jest zauważany. Bezpieczny. Oddała mu swoje marzenie i ruszyła prowadząc korowód, dolewając im herbaty, na nowe wróżby, na nowy los, nucąc pieśń, którą przyzywała tu Matkę miesiąc temu, aby strzegła tych, których Millie kochała jak własną rodzinę.
Tak też się stało, że przenieśli się na zewnątrz w to popołudnie, które nie było tak złote, jak jej urodziny, ale skrzyło się wilgocią osadzoną na zieleni. Kroki Millie prowadziły w jedną stronę, na piknik, na taniec, boso tańczyła wśród traw słysząc melodię, którą chciała im dać i robiła wszystko by podzielić się nią z bliskimi, czując do cna potrzebę bycia z nimi w tym miejscu. Tak się czasami działo, że impreza przenosiła się gdzieś, ale nie pamiętałeś kroków, które Cię tam zaprowadziły. Tylko uczucie, tylko wrażenie, tylko przestrzeń.
– O tam Tomek ogarniał wiedźmę, a ja tam o... oberwałam z trupa. – opowiadała im kołysząc się nie za blisko tafli. Nie chciała pływać, nie chciała być znów pożarta przez wodę. Żywioły zbytnio lubiły ją zjadać, ale powiew powietrza od lasu był rześki i przyjemny, lekko mulisty zbiornikiem wodnym, a słońce przyjemnie dotykało skórę. Odetchnęła pełną piersią.
– Lubicie łowić ryby? Takie co pływają w wodzie, takie co... co pływają. Będą pływać, prawda? Alastor tak lub wędkować, nigdy nie oszukuje... magią. Nigdy – Ile filiżanek wlała w siebie po drodze? Dwie? Trzy? Język zdrętwiał jej lekko, serce waliło od tańca i pulsu ziemi, który stawał się coraz szybszy i szybszy. Potknęła się i upadła na ziemię. Usłyszała śmiech. Jej własny śmiech. Chyba.
– Nie wiem, czy by zamieszkał. Cały czas myślę... cały czas, że lepiej byłoby mu beze mnie – odpowiedziała z opóźnieniem na zapewnienia Thomasa, który widział to co z zewnątrz, ale nie to co kotłowało się w środku. Nie to co przynosiło w bezsenne noce czarną wodę na młyn autodestrukcyjnych myśli, a co teraz wyciekało z niej.
kap kap kap
Staw domagał się pieśni, staw, który chwilę temu wypełniał jej płuca, gdy złapana przez nieumarłego ciągnięta była na dno. Aż na dno.
kap kap kap
Woda kapała rytmem wystukiwanym przez opuszki palców, aż nagle Millie zacisnęła pięść i kilkukrotnie zastukała w niemalowane belki, aby dać ujść negatywnej energii.
– On nas woła, chodźmy tam, weźcie ciastka, weźcie serpentyny, potrzebujemy dać mu coś od siebie. – sięgnęła po różdżkę lekko się kołysząc. Sny stawały się bardzo plastyczne, może to też był sen. Dom stawał się kolorowy, ciepły, miły. Dom rodzinny, dom w którym każdy jest chciany, każdy jest zauważany. Bezpieczny. Oddała mu swoje marzenie i ruszyła prowadząc korowód, dolewając im herbaty, na nowe wróżby, na nowy los, nucąc pieśń, którą przyzywała tu Matkę miesiąc temu, aby strzegła tych, których Millie kochała jak własną rodzinę.
Tak też się stało, że przenieśli się na zewnątrz w to popołudnie, które nie było tak złote, jak jej urodziny, ale skrzyło się wilgocią osadzoną na zieleni. Kroki Millie prowadziły w jedną stronę, na piknik, na taniec, boso tańczyła wśród traw słysząc melodię, którą chciała im dać i robiła wszystko by podzielić się nią z bliskimi, czując do cna potrzebę bycia z nimi w tym miejscu. Tak się czasami działo, że impreza przenosiła się gdzieś, ale nie pamiętałeś kroków, które Cię tam zaprowadziły. Tylko uczucie, tylko wrażenie, tylko przestrzeń.
– O tam Tomek ogarniał wiedźmę, a ja tam o... oberwałam z trupa. – opowiadała im kołysząc się nie za blisko tafli. Nie chciała pływać, nie chciała być znów pożarta przez wodę. Żywioły zbytnio lubiły ją zjadać, ale powiew powietrza od lasu był rześki i przyjemny, lekko mulisty zbiornikiem wodnym, a słońce przyjemnie dotykało skórę. Odetchnęła pełną piersią.
– Lubicie łowić ryby? Takie co pływają w wodzie, takie co... co pływają. Będą pływać, prawda? Alastor tak lub wędkować, nigdy nie oszukuje... magią. Nigdy – Ile filiżanek wlała w siebie po drodze? Dwie? Trzy? Język zdrętwiał jej lekko, serce waliło od tańca i pulsu ziemi, który stawał się coraz szybszy i szybszy. Potknęła się i upadła na ziemię. Usłyszała śmiech. Jej własny śmiech. Chyba.