Nikt nie musiał mu mówić o tym, że niedługo umrze.
Umarł tamtego dnia, na polu hiacyntów, kiedy wyrwał sobie sam serce, zgodnie z treścią przepowiedni. Książę Sparty uderzony własnym dyskiem, zdmuchnietym z trasy przez zazdrosny wiatr. Ironiczna historia, która pisała się sama przed nim, a on mając wszystkie puzzle, nie zauważył, że to obraz do ułożenia, nie partia szachów, którą da się wygrać. Myślał też o innej przepowiedni, wizji z początku sierpnia, o tym jednym detalu, kiedy patrzy na własną osobę, spopielone truchło, nie do rozpoznania na pierwszy rzut oka, skóra spalona na czerń, resztki szaty dookoła, zlepione z tkanką. Rozum mu podpowiadał, że to nie jest część dosłownego widzenia, że może to interpretować na wiele sposobów, ale Neil przywołał palenie i ciąg myślowy popłynął do oczywistych stwierdzeń. Pewnie dostanie raka i jego nałóg spali go od środka. Może jednak umrze razem z Doliną, próbując ratować z promieni kogo się da.
— Taki jest plan — oznajmił połowicznie zgodnie z prawdą. Potrzebował papierosów, aby ukryć inny zapach. Woń czarnej magii, gdy już zacznie nią pachnieć, a wiedział, że tak będzie. Wojownik, co złem dla dobra wojuje. Przechylił głowę na bok, zaskoczony stanem i zachowanim Neila. Był dziwnie opryskliwy.
— Bo nie widziałem cię ani u Nory ani nigdzie indziej od początku sierpnia i zastanawiałem się, czy coś się zmieniło w twoim życiu. Gdyby Erik mi nie powiedział, że widział cię w Ministerstwie Magii zacząłbym cię szukać.
Powaga rozbiła pozornie swobodną pozę Longbottoma, okraszona obawą. Zacisnął jedną dłoń na płocie, który tak pięknie wyremontował Samuel z Kniei.
— Ja wiem, że teraz tego nie widać, ale trwa wojna Neil. Bałem się, że cię zabili. Moje papierosy mogą sprawić, że będę żyć krócej, ale ich rzucenie nie daje mi gwarancji, że jutro nie zobaczysz mojego nekrologu, bo jestem zdrajcą krwi. Albo Erika. Albo Brenny. Demony w Kniei to najmniejszy problem... Będzie gorzej. Dużo gorzej.