— Rośliny mają swój rytm jesienny, a mamy trzech specjalistów. Powiedzą nam, w jakim czasie te liście zmieniają kolor. Będziemy w stanie zawęzić czas do dwóch tygodni. Nie mając żadnego terminu, to dużo. — Wyciągnął wspomnienie ze swojej głowy, tańczyło jak zimny płomyk na szczycie jego różdżki, aby zetknąć się z niedużą myślodsiewnią i płytką nie-wodą. Wskazał gestem naczynie Brennie, w otwartym przyzwoleniu.
Srebrna nitka zawirowała, jak tancereczka, zapraszając dziewczynę w swoje objęcia, a gdy Brenna zanurzyła się w wizji, patrzyła oczyma Morpheusa. Klęczała na posadzce, podpierając się na jednej ręce, widząc krew na posadzce i wiedząc, że to ofiara, którą złożył z perliczki. Zniekształcona przeszła teraźniejszość mieściła się w jakichś ruinach, a wujek odprawiał bardzo starą formę rytuału związanego z Lammas. Krwawą. Brenna usłyszała w głowie głos, miękki głos. Zaśnij, to coś ci pokażę...
Morpheus osunął się na posadzkę, lecz umysł nie rejestrował tego, co działo się w świecie rzeczywistym. Zamiast tego widział dolinę jesienią, mokrą i szarą, oprócz drzew. Drzewa były pomarańczowe słoneczną jesienią, a później zmieniły się w płomienie. Łatwo było zrozumieć, dlaczego szukał w Dolinie liści. Szukał tych, które będą miały ten konkretny kolor żółci, czerwieni i brązów. Brenna zapłonęła, łapiąc ognie w swoją szatę — w szatę Morpheusa — i szybko zrozumiała, o co chodziło z tą śmiercią. Wujek spłonął i po sekundzie widział samego siebie, w płonącej trawie, kolejne truchło Longbottoma pozostawione w Knei na pożarcie Widmom. Zwęglona postać, którą pożarł płomień. Może nie zginie od pożaru, może zabije go Feniks.
Duch Brenny-Morpheusa wspiął się na wzgórze i mogła ujrzeć dym, płomienie i to, czego obawiali się wszyscy, znaku Lorda Voldemorta nad Doliną Godryka, który ułożył się z chmur.
Brenna zobaczyła też, jak wuj się budzi, wstaje z posadzki, a ogień ofiarnego paleniska i świece milczą, jakby jego sen wyssał z nich cały płomień.
I koniec.
— Koniecznie o tym pomyśl. Tylko nie zmuszaj matki. Jeśli Warownia opustoszeje, a później coś się wydarzy, zostaniemy kozłami ofiarnymi — podkreślił, zapalając kolejnego papierosa. Ci zwyczajni człecy mogą stać się groźni, kiedy w ich głowach zrodzi się myśl o wyrzynaniu lordów i bohaterów. Siedział na parapecie i patrzył na korony drzew, szumiące słodko o poranku razem z porannymi ptaszkami. Przez chwilę myślał, jak polityk, którym przecież przez jakiś czas chciał być, zanim przeniósł się do Departamentu Tajemnic. Praca administracyjna regionu.
— Myślałem, żeby zrobić jakąś akcję, woda dla Afryki czy inną głupotę. Za każdy galon wody zebrany w Dolinie Longbottomowie dadzą galeon na budowanie studni dla biednych dzieci, a rodzina, która zbierze najwięcej, wygra kolację w jakiejś restauracji, dogadamy się z Abottami, damy każdemu, kto weźmie udział butelkę cydru... Wiesz, zbiorniki retencyjne na małą skalę. Beczka deszczówki to zawsze więcej niż brak deszczówki.