31.08.2024, 00:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2024, 00:51 przez Anthony Shafiq.)
To było takie proste. On lubił błądzić opuszkami palców, po zmęczonej całym dniem rozgrzanej skórze, a jego gość lubił być głaskany. Czasem warto było lekko wyprostować palce, by w miękkich ruchach rozbudzić fantazyjnymi wzorkami uśpione końcówki nerwów, podrażnić pokrywające szare płaszczyzny ciemniejsze włoski, połaskotać, imitując ulotność oddechu. Czasem warto było lekko zgiąć palce, łagodnie zahaczyć paznokciami w niespiesznym drapaniu, między gęstymi włosami u nasady czaszki. Był zmęczony. Oboje byli. Erik wypełniał przestrzeń dźwiękową między nimi, przez moment Anthony był ciekaw, czy zacznie mu relacjonować, który z mieszkańców w jaki sposób ów sentymentalizm pielęgnuje. Nie miałby w sumie nic przeciwko, od czasu zakazu zbliżania się do tego domu nie miał aż tak często do czynienia z jego mieszkańcami, na pewno nie tak często jakby sobie tego życzył.
Samo wspomnienie jeziora wyprostowało jego kręgosłup, choć nie zrobił tego gwałtownie. Ot, zabrał rękę, by wyciągnąć się na powrót do drewnianego, bogato inkrustowanego stoliczka i sięgnąć do imbryka. Niespiesznie dolał sobie herbaty po to, by moment później z równą pieczołowitością, cienką struga dodać do niej białego mleka. Jego twarz nie wyrażała dezorientacji, choć pozostawało w mocy pytanie, czy Erik widział go kiedykolwiek zdezorientowanego. Longbottom nie dostrzegł też niezadowolenia czy irytacji, próżno jednak było szukać miękkości, która jeszcze przed chwilą witała go u progu rozległego ogrodu. Anthony wyglądał tak jak wtedy, gdy problem z którym spotykał się podczas ich wyjazdów nie był na tyle prosty, by rozwiązać rozgrywkę w kilku ruchach. Wyglądał jak podczas tych wieczorów, gdy zamiast oddawać się słodkim, hedonistycznym przyjemnościom, zawisał przy biurku nad dokumentami, by po godzinie przeglądania ich osadzić wzrok na ścianie. I myśleć.
Pytanie więc o jego chęci co do pływania wpław zbył milczeniem, twarz tężała mu coraz bardziej, gdy powoli upijał z cienkiej porcelany swoją herbatę. Czy nie odbyli już w tym ogrodzie podobnej rozmowy? Wzrok mimowolnie powędrował nieco w głąb wciąż zielonej przestrzeni, do miejsca w którym nie przed miesiącem, a przed dwoma, nieporadnie próbował dotrzymać Longbottomowi kroku w dyscyplinie, o której miał nader mgliste pojęcie. Łatwo było odtworzyć z pamięci tamten moment, choć słońce nie było wtedy schowane za drzewami, pozostając wciąż na umiarkowanym, czerwcowym popołudniu. I nie chodziło bynajmniej o to, jak bardzo nie szło mu wykonywanie poleceń, jak coraz śmielsze i agresywniejsze pchnięcia spychały go pod arkady. Nie chodziło nawet o kolację, która była wtedy przygotowana, a której Erik mu odmówił. Chodziło o słowa punktujące każdą wadę, każdą słabość, wszystko to, co doprowadziło go wtedy do wniosku, że jego młodszy, sprawniejszy, przebojowy gość wolałby w jego miejsce kogoś innego. Kogoś, kto na ten przykład lubi pływać.
Odetchnął głęboko, próbując rozluźnić i tak już zaciśniętą klatkę piersiową. Możliwe, że milczał zbyt długo, wspomnienie Sadu, wspomnienie lipca tylko dociążyło jego barki. Zamrugał kilkukrotnie, chcąc przegnać szczypanie niezamykanych od kilku dobrych chwil oczu, obrócił też w długich palcach trzykrotnie filiżankę z której przed momentem upił ostatni łyk. Ile by dał, by Morpheus mógł zajrzeć do niej i szepnąć na ucho dostrzeżony omen. Czyż nie sprawdzały się one, jeden po drugim? Z drugiej strony... czy nie przegnał ostatnio przyjaciela, niczym natrętną muchę odganiało się od strawy, gdy ten chciał rzeczywiście sięgnąć w przyszłość i zobaczyć kawałek tego, co miało nadejść swoim trzecim okiem?
Możliwe, że milczał zbyt długo, więc w końcu powiedział, sucho i nieco ochryple, patrząc się wciąż w brud wątpliwie zdobiący piękną chińską biel naczynia:
– Nie rozmawialiśmy wtedy.
Samo wspomnienie jeziora wyprostowało jego kręgosłup, choć nie zrobił tego gwałtownie. Ot, zabrał rękę, by wyciągnąć się na powrót do drewnianego, bogato inkrustowanego stoliczka i sięgnąć do imbryka. Niespiesznie dolał sobie herbaty po to, by moment później z równą pieczołowitością, cienką struga dodać do niej białego mleka. Jego twarz nie wyrażała dezorientacji, choć pozostawało w mocy pytanie, czy Erik widział go kiedykolwiek zdezorientowanego. Longbottom nie dostrzegł też niezadowolenia czy irytacji, próżno jednak było szukać miękkości, która jeszcze przed chwilą witała go u progu rozległego ogrodu. Anthony wyglądał tak jak wtedy, gdy problem z którym spotykał się podczas ich wyjazdów nie był na tyle prosty, by rozwiązać rozgrywkę w kilku ruchach. Wyglądał jak podczas tych wieczorów, gdy zamiast oddawać się słodkim, hedonistycznym przyjemnościom, zawisał przy biurku nad dokumentami, by po godzinie przeglądania ich osadzić wzrok na ścianie. I myśleć.
Pytanie więc o jego chęci co do pływania wpław zbył milczeniem, twarz tężała mu coraz bardziej, gdy powoli upijał z cienkiej porcelany swoją herbatę. Czy nie odbyli już w tym ogrodzie podobnej rozmowy? Wzrok mimowolnie powędrował nieco w głąb wciąż zielonej przestrzeni, do miejsca w którym nie przed miesiącem, a przed dwoma, nieporadnie próbował dotrzymać Longbottomowi kroku w dyscyplinie, o której miał nader mgliste pojęcie. Łatwo było odtworzyć z pamięci tamten moment, choć słońce nie było wtedy schowane za drzewami, pozostając wciąż na umiarkowanym, czerwcowym popołudniu. I nie chodziło bynajmniej o to, jak bardzo nie szło mu wykonywanie poleceń, jak coraz śmielsze i agresywniejsze pchnięcia spychały go pod arkady. Nie chodziło nawet o kolację, która była wtedy przygotowana, a której Erik mu odmówił. Chodziło o słowa punktujące każdą wadę, każdą słabość, wszystko to, co doprowadziło go wtedy do wniosku, że jego młodszy, sprawniejszy, przebojowy gość wolałby w jego miejsce kogoś innego. Kogoś, kto na ten przykład lubi pływać.
Odetchnął głęboko, próbując rozluźnić i tak już zaciśniętą klatkę piersiową. Możliwe, że milczał zbyt długo, wspomnienie Sadu, wspomnienie lipca tylko dociążyło jego barki. Zamrugał kilkukrotnie, chcąc przegnać szczypanie niezamykanych od kilku dobrych chwil oczu, obrócił też w długich palcach trzykrotnie filiżankę z której przed momentem upił ostatni łyk. Ile by dał, by Morpheus mógł zajrzeć do niej i szepnąć na ucho dostrzeżony omen. Czyż nie sprawdzały się one, jeden po drugim? Z drugiej strony... czy nie przegnał ostatnio przyjaciela, niczym natrętną muchę odganiało się od strawy, gdy ten chciał rzeczywiście sięgnąć w przyszłość i zobaczyć kawałek tego, co miało nadejść swoim trzecim okiem?
Możliwe, że milczał zbyt długo, więc w końcu powiedział, sucho i nieco ochryple, patrząc się wciąż w brud wątpliwie zdobiący piękną chińską biel naczynia:
– Nie rozmawialiśmy wtedy.