31.08.2024, 09:29 ✶
- Cieszę się, że to zaczyna działać. Ktoś kiedyś się na to złapie - odrzekł z niemal bezbłędnie profesjonalnym uśmiechem. Jak miał nadzieję, bo przecież się nie widział, czymś godnym propagandowej okładki czasopisma promującego szpital. "Młodzi i ambitni uzdrowiciele czekają na Ciebie! Dołącz do nich, Ojczyzna wzywa!"
- Dokładnie tak. Spróbujmy, żeby to było na ziemi, okay? - rzucił baczne spojrzenie w kierunku kobiety. Upewniał się, że rozumiała i zamierzała współpracować. Jak najmniej wizyt w szpitalu. Ostrożniejsze wykonywanie zawodu o zatrważająco wysokiej śmiertelności. Znalezienie miejsca na ziemi i poprzestanie na tym. Pod ziemią czy w ziemi panował przyjemny chłodek, ale mało kto powinien zagrzewać tam miejsce. Zdążył stwierdzić, że jej tego nie życzy. Dawno nie zaskoczył się tak co do osoby. Przynajmniej na pozór, bo łączyła ich przelotna rozmowa. Nie wiedział, co byłoby podczas kolejnej i kolejnej.
- To chyba jeden z popularniejszych tematów u magicznych chirurgów. Jak usunąć sobie po dwa żebra - odrzekł po chwili zastanowienia, ewidentnie nie pochwalając takich poczynań. Raz na jakiś czas podczas medycznych konferencji rozmawiał z czarodziejami, którzy wybrali prywatną ścieżkę magiestetyczną. Mieli niemal tyle samo absurdalnych historii co ich mniej wytworni koledzy z Munga. Ambroise niespecjalnie interesował się tą drogą kariery, ale nie był zupełnie ignorantem. Od czasu do czasu słyszał o bieżących trendach. - Natomiast u nas robimy to mniej wprawnie. Efekt nie ma znaczenia - rzucił z pozoru groźnie, bo przecież miało chodzić o lochy i takie tam sprawy a nie o chirurgię plastyczną i kanony piękna. W wizji, którą żartobliwie roztaczał na temat podziemi szpitala, miał na myśli pomieszczenia mroczniejsze od najmroczniejszych zakątków Nokturnu. Coś, co rzeczywiście mogłoby usprawiedliwić lęki kobiety przed dłuższym pobytem w budynku. Na swój sposób bawiło go, że blondynka zdawała się pałać ciekawością do otwartego niebezpieczeństwa a jednocześnie niemal dygotać na myśl o jasnej, białej sali szpitalnej.
- Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się potworem - już nie pamiętał, gdzie i kiedy to usłyszał, ale utkwiło mu to w pamięci. Na tyle mocno, że uznał, że tkwiło w tym ziarno prawdy. Oczywiście, w żadnym razie nie sugerował, że Yaxley była spaczona do granic możliwości. Natomiast nie odpowiadał za zdanie innych pracowników Munga ani nie miał okazji rozmawiać z nimi o kobiecie. Wiedział tylko tyle, ile mu zasugerowano i to nawet nie wprost, bo poprzez wciśnięcie mu teczki i posłanie go na front.
W gruncie rzeczy, chciał wiedzieć, co ta kobieta zrobiła jego koleżankom, że wolały jej unikać. Owszem, nie miała zbyt przyjaznego wyrazu twarzy, gdy zaczęli rozmowę, ale nie wyglądała odpychająco. Bez przesady. Możliwe, że mogła kogoś przytłaczać swoją posturą, ale widywali tu znacznie wyższe i bardziej postawne osoby. Prawdopodobnie musiało chodzić o coś innego, skoro wykluczył dwie najbardziej nieszkodliwe opcje oparte na powierzchowności a blondynka twierdziła, że niezmiernie ją to dziwiło. Ambroise uniósł brwi i wzruszył ramionami. Może mówiła na poważnie o tym Nokturnie?
- Musisz być ulubioną ciocią wszystkich dzieciaków - skomentował, bo jeśli tak było i zawsze była równie onieśmielająca, to wprost musiała być najbardziej wyluzowaną i najzabawniejszą osobą w pomieszczeniu. Oczywiście, jeśli to pomieszczenie było wcześniej puste. - Jeśli nie ukochaną matką - przyjrzał jej się nieco uważniej, bo nie umiał wyobrazić sobie, żeby Geraldine miała parę rumianych, szczęśliwych dziatek, ale równie dobrze mógł się zaskoczyć. Pochodziła z dobrego rodu, gdzie tradycje były istotne a więzy krwi jeszcze ważniejsze. Być może całą swoją delikatność przelewała w opiekę nad pociechami i to dlatego tak bała się szpitali. Małe dzieci były bardzo podatne na urazy. W takim wypadku informacja o krzyku zyskiwała zaskakujący kontekst, ale też jeszcze bardziej pasowała.
- W obu przypadkach mamy dostatecznie dużo pracy - przyznał Geraldine rację. Nie potrafił stuprocentowo powiedzieć, który przypadek był trudniejszy do wyleczenia. Oba miały swoje specyficzne cechy. Najpewniej najwięcej zależało od tego czy kończyna została nadtrawiona i czy pacjent nie wykrwawił się od razu po pożegnaniu się z kawałkiem ciała. Albo czy nikt nie zatruł go przeterminowanym eliksirem, który znacząco zmniejszał szansę przeżycia. Przynajmniej to już wyjaśnili i po cichu liczył, że ta jedna osoba miała się do tego zastosować. Tym bardziej, że poniekąd obiecała.
- Ach. Ta kultura wyższych sfer. Nasze błogosławieństwo i największe przekleństwo - pokręcił głową i przeciągle westchnął, nie kryjąc rozbawienia. Pomimo wielokrotnych przytyków z jego strony do tego, że Yaxley była damą, niemal zapomniał, z kim ma do czynienia. Pełna kultura, wysokie standardy. Wymiana zaproszeń do publicznej instytucji brzmiała tym zabawniej.
- Wymieniłbym tu jakiś rzadszy gatunek, który nie zabija, jeśli nie jest prowokowany - odmruknął za nią na tyle głośno, żeby musiała to usłyszeć, ale na tyle nieostentacyjnie, żeby czuła się w obowiązku odpowiedzieć na tę zaczepkę. O tak.
Nie znał się na smokach, ale z marszu powiedziałby, że pasował tu jakiś barwny, trochę egzotyczny gatunek. Taki, który przez większość czasu należało obserwować z daleka. Dla własnego dobra, oczywiście. Właśnie tak jak to powinien zrobić po wyjściu ze szpitala, omijając czarownicę i idąc w swoją stronę. Jakaż szkoda, że zazwyczaj dawał się ponosić potrzebie dopuszczenia do głosu tego małego głosiku w głowie. Zupełnie tak, jakby wychodząc ze szpitala zostawiał za sobą znaczną część rozsądku. Tę, która mówiłaby mu, że powinien jak najszybciej znaleźć się pod dachem w miejscu, w którym umówił się na spotkanie.
Zamiast tego stanął przed wejściem, obserwując poczynania blondynki i robiąc dla niej odrobinę miejsca pod tą częścią daszku.
- Nihilizm płynący z ust młodej, ambitnej, najpewniej odnoszącej liczne sukcesy damy? Zaskakujące - spojrzał na nią uważniej. Tak. Zupełnie, jakby nie załapał, że praktycznie przez cały czas rozmowy kręcili się wokół tego, że Geraldine nie była standardową damą. Oczywiście. Prawdopodobnie mogła nią być, gdy tego chciała, zależnie od sytuacji, ale całą sobą okazywała, że na pierwszym planie twardo stała poszukiwaczka wrażeń. Kobieta tak inna od typowej bywalczyni salonów, że aż dziwnie mocno wpasowująca się w tę rolę. Gdyby chciał mógłby wyobrazić sobie ją w obu sceneriach i w każdej nie odznaczałaby się niczym.
- Szlachetny - poprawił ją odruchowo - najpewniej, skoro nie ma już tak dużych problemów z dostawami - zawyrokował, choć mógł się nieznacznie mylić. Bywało, że wykorzystywano inną, mniej powszechną odmianę, która nie była aż tak opłacalna. Co prawda od wieków nie kupował gotowego tytoniu, bo rodzinne uprawy roślin miały i ten, ale doskonale pamiętał, że cięższe czasy nadszarpnęły sytuację przemysłu tytoniowego.
Korzystając z okazji, mogli się na tym dorobić, ale niespecjalnie chcieli wchodzić w drogę innym rodzinom. Tym, którzy kontrolowali przepływ produktów. Nie tylko na Nokturnie. Natomiast zwykłe pośrednictwo i produkcja bez opłacalnych korzyści niespecjalnie ich interesowały. Może od czasu do czasu robili swoje szemrane interesiki, ale przez większość czasu byli Hodowcami. Dumnymi i skupionymi na roślinach oraz odkryciach botanicznych.
Bez słowa wyciągnął papierośnicę w kierunku Geraldine, częstując ją jej własną sztuką ziołowego papierosa, z którego jakości mógł być dumny, gdyby przykładał do tego teraz uwagę. A tak nie było. Niemal całe zasoby poznawcze Greengrassa były skupione na monitorowaniu otoczenia. Burza i zawierucha wprawiały go w dziwny, nieco specyficzny stan. Wyostrzały zmysły, hipnotyzowały niebezpiecznym, nieokiełznanym pięknem.
- Żałujesz, że nie jesteś teraz w głuszy? - Spytał z zaciekawienia, nie po to, żeby udowodnić jej, że burza w mieście była równie imponująca, co gdzieś w dziczy. Dobrze wiedział, że to były dwa zupełnie inne, nieporównywalne doznania. Po prostu zastanawiał się, co myślała.
- Dokładnie tak. Spróbujmy, żeby to było na ziemi, okay? - rzucił baczne spojrzenie w kierunku kobiety. Upewniał się, że rozumiała i zamierzała współpracować. Jak najmniej wizyt w szpitalu. Ostrożniejsze wykonywanie zawodu o zatrważająco wysokiej śmiertelności. Znalezienie miejsca na ziemi i poprzestanie na tym. Pod ziemią czy w ziemi panował przyjemny chłodek, ale mało kto powinien zagrzewać tam miejsce. Zdążył stwierdzić, że jej tego nie życzy. Dawno nie zaskoczył się tak co do osoby. Przynajmniej na pozór, bo łączyła ich przelotna rozmowa. Nie wiedział, co byłoby podczas kolejnej i kolejnej.
- To chyba jeden z popularniejszych tematów u magicznych chirurgów. Jak usunąć sobie po dwa żebra - odrzekł po chwili zastanowienia, ewidentnie nie pochwalając takich poczynań. Raz na jakiś czas podczas medycznych konferencji rozmawiał z czarodziejami, którzy wybrali prywatną ścieżkę magiestetyczną. Mieli niemal tyle samo absurdalnych historii co ich mniej wytworni koledzy z Munga. Ambroise niespecjalnie interesował się tą drogą kariery, ale nie był zupełnie ignorantem. Od czasu do czasu słyszał o bieżących trendach. - Natomiast u nas robimy to mniej wprawnie. Efekt nie ma znaczenia - rzucił z pozoru groźnie, bo przecież miało chodzić o lochy i takie tam sprawy a nie o chirurgię plastyczną i kanony piękna. W wizji, którą żartobliwie roztaczał na temat podziemi szpitala, miał na myśli pomieszczenia mroczniejsze od najmroczniejszych zakątków Nokturnu. Coś, co rzeczywiście mogłoby usprawiedliwić lęki kobiety przed dłuższym pobytem w budynku. Na swój sposób bawiło go, że blondynka zdawała się pałać ciekawością do otwartego niebezpieczeństwa a jednocześnie niemal dygotać na myśl o jasnej, białej sali szpitalnej.
- Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się potworem - już nie pamiętał, gdzie i kiedy to usłyszał, ale utkwiło mu to w pamięci. Na tyle mocno, że uznał, że tkwiło w tym ziarno prawdy. Oczywiście, w żadnym razie nie sugerował, że Yaxley była spaczona do granic możliwości. Natomiast nie odpowiadał za zdanie innych pracowników Munga ani nie miał okazji rozmawiać z nimi o kobiecie. Wiedział tylko tyle, ile mu zasugerowano i to nawet nie wprost, bo poprzez wciśnięcie mu teczki i posłanie go na front.
W gruncie rzeczy, chciał wiedzieć, co ta kobieta zrobiła jego koleżankom, że wolały jej unikać. Owszem, nie miała zbyt przyjaznego wyrazu twarzy, gdy zaczęli rozmowę, ale nie wyglądała odpychająco. Bez przesady. Możliwe, że mogła kogoś przytłaczać swoją posturą, ale widywali tu znacznie wyższe i bardziej postawne osoby. Prawdopodobnie musiało chodzić o coś innego, skoro wykluczył dwie najbardziej nieszkodliwe opcje oparte na powierzchowności a blondynka twierdziła, że niezmiernie ją to dziwiło. Ambroise uniósł brwi i wzruszył ramionami. Może mówiła na poważnie o tym Nokturnie?
- Musisz być ulubioną ciocią wszystkich dzieciaków - skomentował, bo jeśli tak było i zawsze była równie onieśmielająca, to wprost musiała być najbardziej wyluzowaną i najzabawniejszą osobą w pomieszczeniu. Oczywiście, jeśli to pomieszczenie było wcześniej puste. - Jeśli nie ukochaną matką - przyjrzał jej się nieco uważniej, bo nie umiał wyobrazić sobie, żeby Geraldine miała parę rumianych, szczęśliwych dziatek, ale równie dobrze mógł się zaskoczyć. Pochodziła z dobrego rodu, gdzie tradycje były istotne a więzy krwi jeszcze ważniejsze. Być może całą swoją delikatność przelewała w opiekę nad pociechami i to dlatego tak bała się szpitali. Małe dzieci były bardzo podatne na urazy. W takim wypadku informacja o krzyku zyskiwała zaskakujący kontekst, ale też jeszcze bardziej pasowała.
- W obu przypadkach mamy dostatecznie dużo pracy - przyznał Geraldine rację. Nie potrafił stuprocentowo powiedzieć, który przypadek był trudniejszy do wyleczenia. Oba miały swoje specyficzne cechy. Najpewniej najwięcej zależało od tego czy kończyna została nadtrawiona i czy pacjent nie wykrwawił się od razu po pożegnaniu się z kawałkiem ciała. Albo czy nikt nie zatruł go przeterminowanym eliksirem, który znacząco zmniejszał szansę przeżycia. Przynajmniej to już wyjaśnili i po cichu liczył, że ta jedna osoba miała się do tego zastosować. Tym bardziej, że poniekąd obiecała.
- Ach. Ta kultura wyższych sfer. Nasze błogosławieństwo i największe przekleństwo - pokręcił głową i przeciągle westchnął, nie kryjąc rozbawienia. Pomimo wielokrotnych przytyków z jego strony do tego, że Yaxley była damą, niemal zapomniał, z kim ma do czynienia. Pełna kultura, wysokie standardy. Wymiana zaproszeń do publicznej instytucji brzmiała tym zabawniej.
- Wymieniłbym tu jakiś rzadszy gatunek, który nie zabija, jeśli nie jest prowokowany - odmruknął za nią na tyle głośno, żeby musiała to usłyszeć, ale na tyle nieostentacyjnie, żeby czuła się w obowiązku odpowiedzieć na tę zaczepkę. O tak.
Nie znał się na smokach, ale z marszu powiedziałby, że pasował tu jakiś barwny, trochę egzotyczny gatunek. Taki, który przez większość czasu należało obserwować z daleka. Dla własnego dobra, oczywiście. Właśnie tak jak to powinien zrobić po wyjściu ze szpitala, omijając czarownicę i idąc w swoją stronę. Jakaż szkoda, że zazwyczaj dawał się ponosić potrzebie dopuszczenia do głosu tego małego głosiku w głowie. Zupełnie tak, jakby wychodząc ze szpitala zostawiał za sobą znaczną część rozsądku. Tę, która mówiłaby mu, że powinien jak najszybciej znaleźć się pod dachem w miejscu, w którym umówił się na spotkanie.
Zamiast tego stanął przed wejściem, obserwując poczynania blondynki i robiąc dla niej odrobinę miejsca pod tą częścią daszku.
- Nihilizm płynący z ust młodej, ambitnej, najpewniej odnoszącej liczne sukcesy damy? Zaskakujące - spojrzał na nią uważniej. Tak. Zupełnie, jakby nie załapał, że praktycznie przez cały czas rozmowy kręcili się wokół tego, że Geraldine nie była standardową damą. Oczywiście. Prawdopodobnie mogła nią być, gdy tego chciała, zależnie od sytuacji, ale całą sobą okazywała, że na pierwszym planie twardo stała poszukiwaczka wrażeń. Kobieta tak inna od typowej bywalczyni salonów, że aż dziwnie mocno wpasowująca się w tę rolę. Gdyby chciał mógłby wyobrazić sobie ją w obu sceneriach i w każdej nie odznaczałaby się niczym.
- Szlachetny - poprawił ją odruchowo - najpewniej, skoro nie ma już tak dużych problemów z dostawami - zawyrokował, choć mógł się nieznacznie mylić. Bywało, że wykorzystywano inną, mniej powszechną odmianę, która nie była aż tak opłacalna. Co prawda od wieków nie kupował gotowego tytoniu, bo rodzinne uprawy roślin miały i ten, ale doskonale pamiętał, że cięższe czasy nadszarpnęły sytuację przemysłu tytoniowego.
Korzystając z okazji, mogli się na tym dorobić, ale niespecjalnie chcieli wchodzić w drogę innym rodzinom. Tym, którzy kontrolowali przepływ produktów. Nie tylko na Nokturnie. Natomiast zwykłe pośrednictwo i produkcja bez opłacalnych korzyści niespecjalnie ich interesowały. Może od czasu do czasu robili swoje szemrane interesiki, ale przez większość czasu byli Hodowcami. Dumnymi i skupionymi na roślinach oraz odkryciach botanicznych.
Bez słowa wyciągnął papierośnicę w kierunku Geraldine, częstując ją jej własną sztuką ziołowego papierosa, z którego jakości mógł być dumny, gdyby przykładał do tego teraz uwagę. A tak nie było. Niemal całe zasoby poznawcze Greengrassa były skupione na monitorowaniu otoczenia. Burza i zawierucha wprawiały go w dziwny, nieco specyficzny stan. Wyostrzały zmysły, hipnotyzowały niebezpiecznym, nieokiełznanym pięknem.
- Żałujesz, że nie jesteś teraz w głuszy? - Spytał z zaciekawienia, nie po to, żeby udowodnić jej, że burza w mieście była równie imponująca, co gdzieś w dziczy. Dobrze wiedział, że to były dwa zupełnie inne, nieporównywalne doznania. Po prostu zastanawiał się, co myślała.