31.08.2024, 10:58 ✶
Poranki po Sabatach nigdy nie należały do tych najspokojniejszych w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Na jej biurku lądowała sterta przekazanych od Brygady sterta dokumentów, raportów z incydentów, których koniec miał jednak znaleźć miejsce na Sali Wizengamotu. Jakby nie wystarczyło, że jeden drugiemu da w mordę i się pogodzą. Nie, oni potrzebowali angażować cały aparat sądowniczy.
- (…) Czy możemy zająć chwilkę?
Jęknęła w duchu i przełknęła cisnące się na usta zwyczajne, proste „nie.” Rzeczy w tym miejscu nigdy nie zajmowały chwilki. Z reguły pierdoła okazywała się sprawą, która pochłaniała całe przedpołudnie. „Maleńkie konsultacje” zamieniały się w pełnoprawne porady, za które naprawdę powinna zacząć pobierać opłaty. Może jakby wyceniła się na symboliczne 100 galeonów za godzinę zawracania du... głowy, przestaliby ją wreszcie nachodzić.
Jesteś urzędnikiem państwowym – to ich prawo. Przypomniał jej cichy, wyjątkowo niedospany głosik zdrowego rozsądku. Może i prawo. Ale nie ze wszystkich swoich praw trzeba korzystać o… która była godzina? Na pewno jeszcze przed siódmą. Matki w sercu nie mieli, żeby człowiekowi kazać pracować w pracy.
Wzięła głęboki oddech zbierając w sobie wszystkie pokłady cierpliwości w trakcie, gdy mężczyzna mówił dalej na odpowiedź wcale nie czekając. Nie musiała zadzierać głowy - rozpoznała go po głosie i wspomnieniu stanowiska. Zamiast tego spojrzała tęsknie w czerń kawy, którą trzymała w dłoniach – właśnie dlatego znalazła się na korytarzu. Lorien wracała z pokoju dla pracowników ze swoim płynnym czarnym złotem. Uznała, że w skali od 1 do 10 upicie w tym momencie nawet łyka gorącej kawy byłoby wystarczająco niestosowne, żeby sobie odpuścić. Zwłaszcza, że w drugiej ręce trzymała nadal swoją teczkę, niewielką torebkę, różdżkę, czerwoną chustkę, a pod pachą cienki płaszcz, odpowiedni na ciepły poranek. Na ramieniu siedziała jej wrona, ewidentnie równie nierozbudzona co właścicielka.
Złapali ją zanim nawet zdążyła dotrzeć do własnego gabinetu, sądząc po tych wszystkich rzeczach.
- No cóż…- Odstawiła kubek na jeden ze stolików zawalony broszurkami Brygady Uderzeniowej. „I ty, już dziś zostań członkiem czarodziejskiej policji!” nawoływała jakaś hiperaktywna modelka, którą zatrudniono do odegrania Brygadzistki. Oczywiście – chodź do Brygady, mamy piękne blondynki o długich rozwianych włosach jak z reklamy eliksirów, walczące o twoje i moje lepsze jutro w pełnym makijażu i odprasowanym mundurku! Nad stolikiem wisiała cała szafka z dziesiątkami przegródek i wciśniętymi weń pergaminami; oznaczona lakonicznie jako „wzory wniosków i zawiadomień” i kolejnymi kodami.
Ani przez moment nie spojrzała na swoich rozmówców, ale zamiast tego bardzo usłużnie wspięła się na palcach i wyciągnęła odpowiedni papier.
- Zgłoszenia kradzieży mienia może Pan dokonać uzupełniając pismo nr A-34 i przedkładając je w trzech egzemplarzach przy stanowisku aktualnie oddelegowanego do tego zadania funkcjonariusza Brygady Uderzeniowej, w pokoju na końcu korytarza.- Natychmiast wpadła w wyuczony trajkot prawniczy, po części licząc, że odwali swoje i będzie szybko się pożegnać, a po części, że szybka uda jej się zastosować spychologię i zrzucić wszystko na barki swoich kolegów z Departamentu.- Na pewno zadadzą też parę pytań, ale to bardzo prosta procedura. Jeśli zaś chodzi o wymiar kary, no cóż… Nasze prawo zakłada maksymalnie dziesięć lat pozbawienia wolności w zakładzie karnym Clerkenwell o ile nie wystąpiły okoliczności łagodzące lub przeciwnie – nie doszło do popełnienia współistniejących przestępstw, które karę mogłyby zaostrzyć. Jeśli jednak mówimy o kradzieży ban…- zamilkła z wyciągniętym w ich stronę wnioskiem A-34.
I właśnie w tym momencie i Lestrange i goblin mieli okazję na żywo obserwować jak w umyśle pani Mulciber dochodzi do lekkiego zwarcia systemu. Gdyby była jedną z tych "genialnych maszyn i cudów elektroniki" którymi ostatnimi czasy chwalili się mugole, w tym momencie okazałaby się całkiem wadliwym modelem. Zamrugała parokrotnie, poruszyła usta w bezgłośnym "co do...". Zaraz potem podniosła wzrok na Rodolphusa.
Nie. Na pewno dobrze go usłyszała. Może było wcześnie rano, może była przed pierwszą kawą, ale na Merlina nie była głucha. Czy to był jakiś żart? Dziwny eksperyment Niewymownych? Odruchowo poszukała wzrokiem jego okradzionego towarzysza i szczerze mówiąc… no nie spodziewała się że będzie musiała spojrzeć w dół.
Goblin.
W dodatku nieźle czymś poruszony goblin. Zacisnęła usta w wąską kreskę. Pięknie. Lestrange jej przywlókł jakiegoś szajbusa, zamiast go zamknąć w piwnicach Departamentu Tajemnic, gdzie najwyraźniej było miejsce tej… tej istoty. Przywołała na twarz tak profesjonalny uśmiech jak tylko zdołała biorąc pod uwagę okoliczności.
- Przepraszam… Co Panu dokładnie ukradli?- Zapytała. Musiała się upewnić.
- (…) Czy możemy zająć chwilkę?
Jęknęła w duchu i przełknęła cisnące się na usta zwyczajne, proste „nie.” Rzeczy w tym miejscu nigdy nie zajmowały chwilki. Z reguły pierdoła okazywała się sprawą, która pochłaniała całe przedpołudnie. „Maleńkie konsultacje” zamieniały się w pełnoprawne porady, za które naprawdę powinna zacząć pobierać opłaty. Może jakby wyceniła się na symboliczne 100 galeonów za godzinę zawracania du... głowy, przestaliby ją wreszcie nachodzić.
Jesteś urzędnikiem państwowym – to ich prawo. Przypomniał jej cichy, wyjątkowo niedospany głosik zdrowego rozsądku. Może i prawo. Ale nie ze wszystkich swoich praw trzeba korzystać o… która była godzina? Na pewno jeszcze przed siódmą. Matki w sercu nie mieli, żeby człowiekowi kazać pracować w pracy.
Wzięła głęboki oddech zbierając w sobie wszystkie pokłady cierpliwości w trakcie, gdy mężczyzna mówił dalej na odpowiedź wcale nie czekając. Nie musiała zadzierać głowy - rozpoznała go po głosie i wspomnieniu stanowiska. Zamiast tego spojrzała tęsknie w czerń kawy, którą trzymała w dłoniach – właśnie dlatego znalazła się na korytarzu. Lorien wracała z pokoju dla pracowników ze swoim płynnym czarnym złotem. Uznała, że w skali od 1 do 10 upicie w tym momencie nawet łyka gorącej kawy byłoby wystarczająco niestosowne, żeby sobie odpuścić. Zwłaszcza, że w drugiej ręce trzymała nadal swoją teczkę, niewielką torebkę, różdżkę, czerwoną chustkę, a pod pachą cienki płaszcz, odpowiedni na ciepły poranek. Na ramieniu siedziała jej wrona, ewidentnie równie nierozbudzona co właścicielka.
Złapali ją zanim nawet zdążyła dotrzeć do własnego gabinetu, sądząc po tych wszystkich rzeczach.
- No cóż…- Odstawiła kubek na jeden ze stolików zawalony broszurkami Brygady Uderzeniowej. „I ty, już dziś zostań członkiem czarodziejskiej policji!” nawoływała jakaś hiperaktywna modelka, którą zatrudniono do odegrania Brygadzistki. Oczywiście – chodź do Brygady, mamy piękne blondynki o długich rozwianych włosach jak z reklamy eliksirów, walczące o twoje i moje lepsze jutro w pełnym makijażu i odprasowanym mundurku! Nad stolikiem wisiała cała szafka z dziesiątkami przegródek i wciśniętymi weń pergaminami; oznaczona lakonicznie jako „wzory wniosków i zawiadomień” i kolejnymi kodami.
Ani przez moment nie spojrzała na swoich rozmówców, ale zamiast tego bardzo usłużnie wspięła się na palcach i wyciągnęła odpowiedni papier.
- Zgłoszenia kradzieży mienia może Pan dokonać uzupełniając pismo nr A-34 i przedkładając je w trzech egzemplarzach przy stanowisku aktualnie oddelegowanego do tego zadania funkcjonariusza Brygady Uderzeniowej, w pokoju na końcu korytarza.- Natychmiast wpadła w wyuczony trajkot prawniczy, po części licząc, że odwali swoje i będzie szybko się pożegnać, a po części, że szybka uda jej się zastosować spychologię i zrzucić wszystko na barki swoich kolegów z Departamentu.- Na pewno zadadzą też parę pytań, ale to bardzo prosta procedura. Jeśli zaś chodzi o wymiar kary, no cóż… Nasze prawo zakłada maksymalnie dziesięć lat pozbawienia wolności w zakładzie karnym Clerkenwell o ile nie wystąpiły okoliczności łagodzące lub przeciwnie – nie doszło do popełnienia współistniejących przestępstw, które karę mogłyby zaostrzyć. Jeśli jednak mówimy o kradzieży ban…- zamilkła z wyciągniętym w ich stronę wnioskiem A-34.
I właśnie w tym momencie i Lestrange i goblin mieli okazję na żywo obserwować jak w umyśle pani Mulciber dochodzi do lekkiego zwarcia systemu. Gdyby była jedną z tych "genialnych maszyn i cudów elektroniki" którymi ostatnimi czasy chwalili się mugole, w tym momencie okazałaby się całkiem wadliwym modelem. Zamrugała parokrotnie, poruszyła usta w bezgłośnym "co do...". Zaraz potem podniosła wzrok na Rodolphusa.
Nie. Na pewno dobrze go usłyszała. Może było wcześnie rano, może była przed pierwszą kawą, ale na Merlina nie była głucha. Czy to był jakiś żart? Dziwny eksperyment Niewymownych? Odruchowo poszukała wzrokiem jego okradzionego towarzysza i szczerze mówiąc… no nie spodziewała się że będzie musiała spojrzeć w dół.
Goblin.
W dodatku nieźle czymś poruszony goblin. Zacisnęła usta w wąską kreskę. Pięknie. Lestrange jej przywlókł jakiegoś szajbusa, zamiast go zamknąć w piwnicach Departamentu Tajemnic, gdzie najwyraźniej było miejsce tej… tej istoty. Przywołała na twarz tak profesjonalny uśmiech jak tylko zdołała biorąc pod uwagę okoliczności.
- Przepraszam… Co Panu dokładnie ukradli?- Zapytała. Musiała się upewnić.