31.08.2024, 13:26 ✶
- Zapamiętam, żeby posłać ci jakieś kwiaty - odpowiedział bez zająknięcia. Jako zielarz z dziada pradziada czuł się w obowiązku naprawić potem szkody moralne wyrządzone przez nieporadnego pacjenta. Oczywiście, odnotował, żeby unikać roślin przypominających to, co rozpościerało się w gabinecie panny Bulstrode. Gdyby pnącza przejęły jego pokój, byłby równie poirytowany i zniesmaczony, i z pewnością nie doceniłby takiego prezentu. Całe szczęście, pocieszające było, że kobieta zabezpieczyła się na podobną okoliczność. Może nie z myślą, że kiedykolwiek będzie walczyć z krwiożerczymi roślinami, ale informacje o zabezpieczeniach Ambroise przyjął z zadowoleniem. Zauważalnie pokiwał głową.
W razie czego mieli jeszcze kilka innych możliwości, jeśli oryginalny plan zawiedzie. Przezorność była czymś, co bardzo aprobował. Jako fan wszelkich teorii spiskowych był zadania, że nie istniała przesada w ilości zabezpieczeń a przezorny był zawsze ubezpieczony. To dlatego nie miał również problemu z natychmiastowym zatwierdzeniem pomysłu, na który wpadł. Nie spodziewał się, że Florence zrozumie wszystkie jego pobudki. On sam czasami nie nadążał za własnymi procesami myślowymi, ale liczył się efekt końcowy a w ten całkowicie wierzył. Magia była ostatecznością.
- Tak i nie - niemalże pokazał zęby w uśmiechu kogoś, kto był szczerze naukowo zainteresowany skutecznością proponowanej metody. Nie próbował ściemniać. To mogło być równie dobre co złe rozwiązanie. Czysta spekulacja. Dyskretnie zapomniał napomknąć, że do dzisiejszego poranka gardził tymi samymi substancjami, których chciał użyć. Nie zająknął się, że ani razu nie widział ich na oczy. Nie miał zielonego pojęcia jak się tym posługiwać (od tego były etykiety, które uwielbiali mugole). Liczył na szczęśliwy traf i szybką reakcję kogoś, kto choć trochę znał się na niemagicznym świecie. Jeśli dobrze pamiętał, oddział Florence zatrudniał co najmniej kilku całkiem uzdolnionych mugolaków. Prawie tak światłych, że gdyby byli skłonni pomóc im w tym problemie, mógłby powiedzieć, że niemal tak utalentowanych jak normalni czarodzieje.
Tak. Nie był aż takim rasistą. Miał się za człowieka progresu. Mugolaki też były ludźmi. Kto wie, może nawet mogły zasłużyć na nabyte przedwcześnie prawa wyborcze. To była kwestia najbliższej dekady.
- To jest w tym najciekawsze. Będziemy prekursorami - poinformował ją z wyraźną pewnością siebie. Albo to albo niemagiczne podpalenie roślin, w które powątpiewał. Nie sądził, aby druga opcja była skuteczna. Za to mogła przynieść im wiele niepotrzebnych zniszczeń. Tak czy inaczej, wolał nie uciekać się do najprostszego rozwiązania jakim była magia. Jego drobne testy na ławce sugerowały, że nie był to dobry pomysł. Mógłby podjąć zakład, że osoba rzucająca klątwę zabezpieczyła się na podobne okoliczności, ale była zbyt zadufana w sobie, żeby rozważyć manualne zniszczenia.
Po raz pierwszy tego dnia z jego ust wydobył się niepowstrzymany szczekliwy śmiech. Nie umiał go stłumić. Tak właściwie to nie zamierzał. Za bardzo go rozbawiła, żeby był zdolny do przerwania i nie uduszenia się jednocześnie.
- Nie powiem, chciałbym - niepoważnie zachrypiał, po czym odchrząknął. Próbował przywrócić powagę na twarz. Wdech i wydech. Florence z siekierą nie była śmieszna.
Tak właściwie to, gdyby tak pomyśleć o tym w kontekście zwykłego zachowania uzdrowicielki to Bulstrode musiałaby mieć bardzo poważny powód, żeby uciec się do podobnych rozwiązań. A to oznaczałoby, że najprawdopodobniej byłaby bardziej przerażająca niż zabawna. Niezbyt wysoka, ale zabójczo groźna mścicielka z bardzo ostrym narzędziem o umiarkowanym zasięgu. Na jego oko bardzo skuteczna.
- Albo nie chciałbym tego zobaczyć - poprawił się. Bez dwóch zdań nie chciał. Mógłby wysłuchać jakiegoś skrótu wydarzeń, ale wolał nie podchodzić pod ostrze szatynce. Zasadniczo unikał wszystkiego, co mogło jeszcze bardziej poharatać mu nerwy w ciele. Nawet, jeśli tylko w kostkach. Pokręcił głową. Należało jej się sprostowanie. - Ja to zrobię. Jeśli nam się nie powiedzie, będę potrzebować osłony - to była rola, która mogła przypaść Florence. W ostateczności woleli mieć magię w pogotowiu, nawet jeżeli Ambroise sądził, że mogli poradzić sobie bez dodatkowego ryzyka.
W razie czego mieli jeszcze kilka innych możliwości, jeśli oryginalny plan zawiedzie. Przezorność była czymś, co bardzo aprobował. Jako fan wszelkich teorii spiskowych był zadania, że nie istniała przesada w ilości zabezpieczeń a przezorny był zawsze ubezpieczony. To dlatego nie miał również problemu z natychmiastowym zatwierdzeniem pomysłu, na który wpadł. Nie spodziewał się, że Florence zrozumie wszystkie jego pobudki. On sam czasami nie nadążał za własnymi procesami myślowymi, ale liczył się efekt końcowy a w ten całkowicie wierzył. Magia była ostatecznością.
- Tak i nie - niemalże pokazał zęby w uśmiechu kogoś, kto był szczerze naukowo zainteresowany skutecznością proponowanej metody. Nie próbował ściemniać. To mogło być równie dobre co złe rozwiązanie. Czysta spekulacja. Dyskretnie zapomniał napomknąć, że do dzisiejszego poranka gardził tymi samymi substancjami, których chciał użyć. Nie zająknął się, że ani razu nie widział ich na oczy. Nie miał zielonego pojęcia jak się tym posługiwać (od tego były etykiety, które uwielbiali mugole). Liczył na szczęśliwy traf i szybką reakcję kogoś, kto choć trochę znał się na niemagicznym świecie. Jeśli dobrze pamiętał, oddział Florence zatrudniał co najmniej kilku całkiem uzdolnionych mugolaków. Prawie tak światłych, że gdyby byli skłonni pomóc im w tym problemie, mógłby powiedzieć, że niemal tak utalentowanych jak normalni czarodzieje.
Tak. Nie był aż takim rasistą. Miał się za człowieka progresu. Mugolaki też były ludźmi. Kto wie, może nawet mogły zasłużyć na nabyte przedwcześnie prawa wyborcze. To była kwestia najbliższej dekady.
- To jest w tym najciekawsze. Będziemy prekursorami - poinformował ją z wyraźną pewnością siebie. Albo to albo niemagiczne podpalenie roślin, w które powątpiewał. Nie sądził, aby druga opcja była skuteczna. Za to mogła przynieść im wiele niepotrzebnych zniszczeń. Tak czy inaczej, wolał nie uciekać się do najprostszego rozwiązania jakim była magia. Jego drobne testy na ławce sugerowały, że nie był to dobry pomysł. Mógłby podjąć zakład, że osoba rzucająca klątwę zabezpieczyła się na podobne okoliczności, ale była zbyt zadufana w sobie, żeby rozważyć manualne zniszczenia.
Po raz pierwszy tego dnia z jego ust wydobył się niepowstrzymany szczekliwy śmiech. Nie umiał go stłumić. Tak właściwie to nie zamierzał. Za bardzo go rozbawiła, żeby był zdolny do przerwania i nie uduszenia się jednocześnie.
- Nie powiem, chciałbym - niepoważnie zachrypiał, po czym odchrząknął. Próbował przywrócić powagę na twarz. Wdech i wydech. Florence z siekierą nie była śmieszna.
Tak właściwie to, gdyby tak pomyśleć o tym w kontekście zwykłego zachowania uzdrowicielki to Bulstrode musiałaby mieć bardzo poważny powód, żeby uciec się do podobnych rozwiązań. A to oznaczałoby, że najprawdopodobniej byłaby bardziej przerażająca niż zabawna. Niezbyt wysoka, ale zabójczo groźna mścicielka z bardzo ostrym narzędziem o umiarkowanym zasięgu. Na jego oko bardzo skuteczna.
- Albo nie chciałbym tego zobaczyć - poprawił się. Bez dwóch zdań nie chciał. Mógłby wysłuchać jakiegoś skrótu wydarzeń, ale wolał nie podchodzić pod ostrze szatynce. Zasadniczo unikał wszystkiego, co mogło jeszcze bardziej poharatać mu nerwy w ciele. Nawet, jeśli tylko w kostkach. Pokręcił głową. Należało jej się sprostowanie. - Ja to zrobię. Jeśli nam się nie powiedzie, będę potrzebować osłony - to była rola, która mogła przypaść Florence. W ostateczności woleli mieć magię w pogotowiu, nawet jeżeli Ambroise sądził, że mogli poradzić sobie bez dodatkowego ryzyka.