31.08.2024, 15:04 ✶
- Jeśli jest pani zainteresowana, nie omieszkam pani poinformować, jak źle trafiliśmy - zapewnił w podobnym tonie. Nie wiedział, czemu była tak surowa wobec siebie. Na ogół potrafił trafnie oceniać ludzi i w tym wypadku sądził, że ta kobieta mogłaby być lepszym uzdrowicielem niż sądziła. Oczywiście, wymagałaby dokładnego przeszkolenia ze szczególnym naciskiem na trwałość i postępowanie z eliksirami, ale najprawdopodobniej miała naprawdę dobre podstawy. Posiadała wiedzę teoretyczną na temat obcowania z głuszą i ze zwierzętami, więc mogłaby być nieoceniona w terenie lub na oddziale obrażeń magizoologicznych. Była również sprawna fizycznie i prezentowała pewien rodzaj postawy, który mógł wzbudzać szacunek u pacjentów. Gdyby nie jawne żarty, dałby jej szansę w Mungu. Większe niż wielu stażystom. Nie mówiąc o tym, że wbrew obawom, miałaby znacznie większe szanse dożycia późnej starości.
- A czemu nie? - odbił niewidzialną piłeczkę. Nie miał za dużego oglądu na preferencje czarownic. Wprost uważał magiczne ingerencje w ciało za głupie i niepotrzebne. Jedynym wyjątkiem były zabiegi, które ratowały zdrowie lub życie, ale magichirurgia plastyczna całkowicie nie była jego mocną stroną. Całe szczęście, do samej chirurgii dotykał się głównie w przypadku nieżyjących pacjentów, bo takich czasami musieli zabrać na sekcję. Tu nie do końca kłamał na temat tego, co robili w zamkniętych częściach szpitala.
Nie chciał niepotrzebnie sprowadzić myśli Geraldine na ścieżkę, która wzmocniłaby jej lęki. Wzruszył ramionami i popisowo zamknął usta na maleńki kluczyk, który wyrzucił przez ramię. Oczywiście niewidzialny, żeby nie mogła go znaleźć i wycisnąć z niego informacji. Mroczne sekrety szpitala nie musiały być niczyim zmartwieniem. Nawet, jeżeli Yaxley uważała, że już pogrążyła się w mroku.
- Nie mi to osądzać - mruknął, kłamiąc jak z nut. Jeśli chodzi o osądzanie ludzi, był w tym jednym z pierwszych. Może nie otwierał ust ani nie wypowiadał opinii, lecz czasami wystarczyło spojrzeć mu w twarz. W tym wypadku nie uznawał blondynki za zło wcielone. Wręcz przeciwnie, mógłby powiedzieć, że na pewno bywała łatwa w kontaktach. Może nie w szpitalu, ale poza nim. Tu najpewniej nie reagowała zbyt naturalnie. Momentami żądliła jak osa.
- Oczywiście - uniósł dłonie wierzchami w swoją stronę, jakby to miało zapewnić kobietę, że nie miał nic złego na myśli. Nie zamierzał podważać jej praw do życia na własnych zasadach. Nic o niej nie wiedział, nie mógł zasugerować się jej wiekiem ani informacjami od wspólnych znajomych. Przynajmniej tak sądził.
Pewnie lepiej mógłby skojarzyć Geraldine. W innym momencie najpewniej szybko wydałaby mu się podobną do kogoś, kogo kojarzył z jakichś wydarzeń parę lat temu. Od tego spróbowałby dojść, jakie to były zdarzenia a wtedy błyskawicznie wpadłby na to, że musiała być od niego tylko trochę młodsza, bo spędzali ze sobą szlabany w Hogwarcie. Na swoją obronę miał to, że traktować ją wtedy jak przypadkową gówniarę (tak, on, wcale nie mniejszy gówniarz) no i był już niemal półprzytomny. Schodząc z dyżuru przełączał niewidzialny pstryczek w głowie, dzięki któremu zazwyczaj wprawnie kojarzył fakty. Nawet on (a miał się za najprawdziwszego medyka nadczłowieka) musiał kiedyś zmniejszyć tempo, nawet jeśli nie był z tego dumny. Pracoholizm tak mocno wszedł mu w krew, że jakiekolwiek oznaki słabość traktował jak potwarz, będąc przy tym swoim własnym największym krytykiem.
- Zgadza się. Cieszy nas to równie mocno, co zwiększanie populacji chochlików kornwalijskich - odpowiedział nie kryjąc sarkazmu. Żaden uzdrowiciel spytany o podejście do rosnącej liczby pacjentów Munga nie powiedziałby, że cieszy się z natłoku pracy. Mieli bardzo duże braki kadrowe i często pracowali za kilka osób. W tym za własnych asystentów i pomocników. Porównanie ilości zajęć do nieustającej walki z magicznymi szkodnikami było tu chyba na miejscu. Był względnie zadowolony z tej riposty, bo (jak już wspominał) nie świecił wiedzą w tematach magicznych bestii.
Nie miał zielonego pojęcia, czym różniły się oba smoki ani jak wyglądały. Jeśli Geraldine twierdziła, że mogłaby być jednym z nich, zapewne miała rację. Nie odpowiedział. Skwitował to wzruszeniem ramion i odprowadzeniem kobiety wzrokiem do drzwi.
Nie spodziewał się, że ich pożegnanie będzie tak nietrwałe.
- Tak powiedziałby nihilista - odrzekł unosząc kącik ust. W swoich oczach niemal każdy był realistą. Wyłącznie skrajni optymiści uważali się za ludzi, którzy jako jedyni doceniali piękno świata. Byli też jedynymi, którzy oburzali się na sugestię, że mieliby być wyłącznie realistami. To właśnie z tego powodu nie zwykł obracać się w gronie artystów. Byli zbyt łatwi do urażenia. Mieli się za kolorowe ptaki, ale przerażało ich twierdzenie, że mogliby być tylko trochę inni niż wszyscy.
Pesymiści to co innego. Widzieli świat od ponurej, podłej strony. Macerowali się w każdym przejawie zła na tym świecie aż do momentu, kiedy tym przesiąkli i nic nie mogło przekonać ich, że życie nie jest wyłącznie szare. Ani białe. Ani czarne. Lubili mówić, że są realistami, bo dzięki temu wszyscy inni mogli być przesadnymi optymistami i niedoświadczonymi dziećmi. Nie raz łapał się na bagatelizowaniu cudzych doświadczeń poprzez nazywanie ich czczymi igraszkami.
Tacy ludzie jak on czy najpewniej Geraldine byli na to szczególnie podatni. Obcowanie ze śmiercią otwierało i jednocześnie zamykało oczy. Łatwo było popaść w mrok. Szczególnie, jeśli nie szukało się światła.
- Wciąż żyjesz a to znaczący sukces - ocenił od razu, skoro już wcześniej ustalili, że musiała mieć bardzo duże szczęście w życiu. W jej zawodzie albo gryzło się piach, albo osiągało sukces przetrwania. Brzmiał lekko, można powiedzieć nonszalancko. Mimo to nie dało się ukryć, że mówił poważnie. To, że tu stali i rozmawiali, gdy jej kuzyn walczył z najgorszymi mdłościami w życiu, było niezaprzeczalnym sukcesem.
Zaciągając się papierosem, pokiwał głową, jakby nigdy nie rozważał niczego innego. Nie znała się na roślinach. Teoretycznie nie musiała. W praktyce to też było oznaką jej życiowego sukcesu. Na co dzień obcowała z naturą i świadomość, że nie zdołała wejść w żadne śmiertelnie trujące gąszcze była bardzo pocieszająca.
- Rzeczywiście nie widać jej ogromu - przytaknął zamykając papierośnicę i chowając ją przed deszczem. Spojrzał na Geraldine pociemniałymi oczami. - Ale miasto w burzy też potrafi być imponujące - jakby na zawołanie, podmuch wiatru zgrał się z kolejnym rozbłyskiem na niebie. Tym razem gdzieś bliżej, bo odgłos grzmotu przetoczył się niemal w tym samym momencie.
Gorące lato było już tylko wspomnieniem. Londyńska pogoda nie pozwalała słońcu rozgościć się na zbyt długo. Zazwyczaj wystarczyło, żeby ktoś pochwalił bardzo ciepły, słoneczny dzień i momentalnie zaczynało robić się pochmurno. Mimo to, dało się zauważyć, że jesień na dobre zagościła na ulicach. To nie było tymczasowe zarwanie chmury. Ziąb nie próbował wkradać się pod płaszcze. Lodowaty wiatr bez pardonu rwał płaszcze i zwiewał kapelusze. W jednej chwili Ambroise wykazał się niemałym refleksem, wychylając się i łapiąc ciemnozielony szalik. Wiatr musiał ponieść go z czyjejś szyi, ale jeśli właścicielka nie zrezygnowała z szukania zguby, to przynajmniej nie było jej w zasięgu wzroku. Na dotyk, to musiała być naprawdę dobra, mięsista wełna. Praktycznie bez śladów użytkowania. Coś, czego nie dało się kupić w pierwszym lepszym mugolskim sklepie z odzieżą. Greengrass nie znał się na damskiej modzie, ale trudno było tego nie zauważyć.
- Za kolejkę do kominków - powiedział, prostując się i wyciągając szal w kierunku Geraldine. To była ładna rzecz, ale jednoznacznie damska a on nie miał nikogo, komu mógłby bez przyczyny sprezentować coś takiego. Najbliższą osobą była siostra, ale Roselyn raczej nie gustowała w takich rzeczach. Ani nie miała przed sobą drogi w deszczu i nawałnicy.
- A czemu nie? - odbił niewidzialną piłeczkę. Nie miał za dużego oglądu na preferencje czarownic. Wprost uważał magiczne ingerencje w ciało za głupie i niepotrzebne. Jedynym wyjątkiem były zabiegi, które ratowały zdrowie lub życie, ale magichirurgia plastyczna całkowicie nie była jego mocną stroną. Całe szczęście, do samej chirurgii dotykał się głównie w przypadku nieżyjących pacjentów, bo takich czasami musieli zabrać na sekcję. Tu nie do końca kłamał na temat tego, co robili w zamkniętych częściach szpitala.
Nie chciał niepotrzebnie sprowadzić myśli Geraldine na ścieżkę, która wzmocniłaby jej lęki. Wzruszył ramionami i popisowo zamknął usta na maleńki kluczyk, który wyrzucił przez ramię. Oczywiście niewidzialny, żeby nie mogła go znaleźć i wycisnąć z niego informacji. Mroczne sekrety szpitala nie musiały być niczyim zmartwieniem. Nawet, jeżeli Yaxley uważała, że już pogrążyła się w mroku.
- Nie mi to osądzać - mruknął, kłamiąc jak z nut. Jeśli chodzi o osądzanie ludzi, był w tym jednym z pierwszych. Może nie otwierał ust ani nie wypowiadał opinii, lecz czasami wystarczyło spojrzeć mu w twarz. W tym wypadku nie uznawał blondynki za zło wcielone. Wręcz przeciwnie, mógłby powiedzieć, że na pewno bywała łatwa w kontaktach. Może nie w szpitalu, ale poza nim. Tu najpewniej nie reagowała zbyt naturalnie. Momentami żądliła jak osa.
- Oczywiście - uniósł dłonie wierzchami w swoją stronę, jakby to miało zapewnić kobietę, że nie miał nic złego na myśli. Nie zamierzał podważać jej praw do życia na własnych zasadach. Nic o niej nie wiedział, nie mógł zasugerować się jej wiekiem ani informacjami od wspólnych znajomych. Przynajmniej tak sądził.
Pewnie lepiej mógłby skojarzyć Geraldine. W innym momencie najpewniej szybko wydałaby mu się podobną do kogoś, kogo kojarzył z jakichś wydarzeń parę lat temu. Od tego spróbowałby dojść, jakie to były zdarzenia a wtedy błyskawicznie wpadłby na to, że musiała być od niego tylko trochę młodsza, bo spędzali ze sobą szlabany w Hogwarcie. Na swoją obronę miał to, że traktować ją wtedy jak przypadkową gówniarę (tak, on, wcale nie mniejszy gówniarz) no i był już niemal półprzytomny. Schodząc z dyżuru przełączał niewidzialny pstryczek w głowie, dzięki któremu zazwyczaj wprawnie kojarzył fakty. Nawet on (a miał się za najprawdziwszego medyka nadczłowieka) musiał kiedyś zmniejszyć tempo, nawet jeśli nie był z tego dumny. Pracoholizm tak mocno wszedł mu w krew, że jakiekolwiek oznaki słabość traktował jak potwarz, będąc przy tym swoim własnym największym krytykiem.
- Zgadza się. Cieszy nas to równie mocno, co zwiększanie populacji chochlików kornwalijskich - odpowiedział nie kryjąc sarkazmu. Żaden uzdrowiciel spytany o podejście do rosnącej liczby pacjentów Munga nie powiedziałby, że cieszy się z natłoku pracy. Mieli bardzo duże braki kadrowe i często pracowali za kilka osób. W tym za własnych asystentów i pomocników. Porównanie ilości zajęć do nieustającej walki z magicznymi szkodnikami było tu chyba na miejscu. Był względnie zadowolony z tej riposty, bo (jak już wspominał) nie świecił wiedzą w tematach magicznych bestii.
Nie miał zielonego pojęcia, czym różniły się oba smoki ani jak wyglądały. Jeśli Geraldine twierdziła, że mogłaby być jednym z nich, zapewne miała rację. Nie odpowiedział. Skwitował to wzruszeniem ramion i odprowadzeniem kobiety wzrokiem do drzwi.
Nie spodziewał się, że ich pożegnanie będzie tak nietrwałe.
- Tak powiedziałby nihilista - odrzekł unosząc kącik ust. W swoich oczach niemal każdy był realistą. Wyłącznie skrajni optymiści uważali się za ludzi, którzy jako jedyni doceniali piękno świata. Byli też jedynymi, którzy oburzali się na sugestię, że mieliby być wyłącznie realistami. To właśnie z tego powodu nie zwykł obracać się w gronie artystów. Byli zbyt łatwi do urażenia. Mieli się za kolorowe ptaki, ale przerażało ich twierdzenie, że mogliby być tylko trochę inni niż wszyscy.
Pesymiści to co innego. Widzieli świat od ponurej, podłej strony. Macerowali się w każdym przejawie zła na tym świecie aż do momentu, kiedy tym przesiąkli i nic nie mogło przekonać ich, że życie nie jest wyłącznie szare. Ani białe. Ani czarne. Lubili mówić, że są realistami, bo dzięki temu wszyscy inni mogli być przesadnymi optymistami i niedoświadczonymi dziećmi. Nie raz łapał się na bagatelizowaniu cudzych doświadczeń poprzez nazywanie ich czczymi igraszkami.
Tacy ludzie jak on czy najpewniej Geraldine byli na to szczególnie podatni. Obcowanie ze śmiercią otwierało i jednocześnie zamykało oczy. Łatwo było popaść w mrok. Szczególnie, jeśli nie szukało się światła.
- Wciąż żyjesz a to znaczący sukces - ocenił od razu, skoro już wcześniej ustalili, że musiała mieć bardzo duże szczęście w życiu. W jej zawodzie albo gryzło się piach, albo osiągało sukces przetrwania. Brzmiał lekko, można powiedzieć nonszalancko. Mimo to nie dało się ukryć, że mówił poważnie. To, że tu stali i rozmawiali, gdy jej kuzyn walczył z najgorszymi mdłościami w życiu, było niezaprzeczalnym sukcesem.
Zaciągając się papierosem, pokiwał głową, jakby nigdy nie rozważał niczego innego. Nie znała się na roślinach. Teoretycznie nie musiała. W praktyce to też było oznaką jej życiowego sukcesu. Na co dzień obcowała z naturą i świadomość, że nie zdołała wejść w żadne śmiertelnie trujące gąszcze była bardzo pocieszająca.
- Rzeczywiście nie widać jej ogromu - przytaknął zamykając papierośnicę i chowając ją przed deszczem. Spojrzał na Geraldine pociemniałymi oczami. - Ale miasto w burzy też potrafi być imponujące - jakby na zawołanie, podmuch wiatru zgrał się z kolejnym rozbłyskiem na niebie. Tym razem gdzieś bliżej, bo odgłos grzmotu przetoczył się niemal w tym samym momencie.
Gorące lato było już tylko wspomnieniem. Londyńska pogoda nie pozwalała słońcu rozgościć się na zbyt długo. Zazwyczaj wystarczyło, żeby ktoś pochwalił bardzo ciepły, słoneczny dzień i momentalnie zaczynało robić się pochmurno. Mimo to, dało się zauważyć, że jesień na dobre zagościła na ulicach. To nie było tymczasowe zarwanie chmury. Ziąb nie próbował wkradać się pod płaszcze. Lodowaty wiatr bez pardonu rwał płaszcze i zwiewał kapelusze. W jednej chwili Ambroise wykazał się niemałym refleksem, wychylając się i łapiąc ciemnozielony szalik. Wiatr musiał ponieść go z czyjejś szyi, ale jeśli właścicielka nie zrezygnowała z szukania zguby, to przynajmniej nie było jej w zasięgu wzroku. Na dotyk, to musiała być naprawdę dobra, mięsista wełna. Praktycznie bez śladów użytkowania. Coś, czego nie dało się kupić w pierwszym lepszym mugolskim sklepie z odzieżą. Greengrass nie znał się na damskiej modzie, ale trudno było tego nie zauważyć.
- Za kolejkę do kominków - powiedział, prostując się i wyciągając szal w kierunku Geraldine. To była ładna rzecz, ale jednoznacznie damska a on nie miał nikogo, komu mógłby bez przyczyny sprezentować coś takiego. Najbliższą osobą była siostra, ale Roselyn raczej nie gustowała w takich rzeczach. Ani nie miała przed sobą drogi w deszczu i nawałnicy.