31.08.2024, 21:06 ✶
- Nie powiedzą, że nie próbowałem - wzruszył ramionami, nie komentując tego, kim byli ci Oni. Z kontekstu dało się wyłapać, że najprawdopodobniej chodziło mu o zarząd szpitala i tych, którzy odpowiadali za dodatkowe etaty. Ambroise miał czyste sumienie, nawet jeśli nigdy nie planował zrekrutować blondynki do swojego personelu pomocniczego. W tych wszystkich zaletach, jakie u niej widział, nie mógł zapomnieć, że najpewniej miałaby problemy z przyjmowaniem zwierzchnictwa. Coś mu mówiło, że była niezaprzeczalnie, całkowicie swoja i tylko swoja. Miała własne reguły i zdanie. Chodziła własnymi ścieżkami.
- A co, jeśli nie było w tym żadnego powodu? - jeszcze raz odbił odbite pytanie. Na swój sposób podobał mu się brak oczywistej odpowiedzi.
Dobrze wiedział jak to wyglądało z anatomicznego punktu widzenia. Wszystkie żebra miały swoje ochronne funkcje, ale czemu nie było ich na przykład... o trzy więcej? Dokładnie tak. Nierówno względem drugiej strony. Czemu nie były z innego materiału? Albo nie tworzyły innego wzoru? Nie wierzył w żadne samoświadome siły, które podjęły taką decyzję. To było dzieło przypadku. Wymagało wielu procesów i wieków, ale nie uważał, że było częścią większego planu. Urodzili się tacy a nie inni, bo tak się stało.
Jak na ironię, nie widział problemu w tym, żeby jednocześnie wykluczać wpływ przypadku na pierwsze rozdanie magicznych zdolności. Owszem, skłaniał się ku temu, że mugolaki zostały obdarowane bez powodu. Przez tę samą siłę przypadku. Ot, raz na jakiś czas i ślepej kurze trafiało się ziarno. Natomiast przodkowie czystokrwistych czarodziejów musieli być inną klasą człowieka, która rozwijała się równocześnie z mugolami, ale naturalnie się z nimi nie łączyła. Nie mieli wspólnych praprzodków. Koegzystowali. Najlepiej bez wchodzenia sobie w naturalne role.
Prawdopodobnie, gdyby wypowiedział te teorie na głos (nie teraz, ale kiedyś w towarzystwie Geraldine) kobieta cofnęła by najnowsze słowa. To było osądzanie w najczystszej postaci i przychodziło mu równie łatwo, co oddychanie. Co najlepsze, uważał się za czarodzieja idącego z duchem czasów. Nie całkiem antymugolskiego. Tak właściwie to nawet postępowego, bo przecież bez pretensji szkolił również stażystów mugolskiego pochodzenia.
Traf chciał, że nie było ich zbyt wielu. Mógł być świecie przekonany, że pochwała ze strony panny Yaxley trafiła na silny grunt. Szlamy zasługiwały na wiele dobrego. Szczególnie te, które dzielnie pracowały, aby być niemal równie dobrymi czarodziejami co ci posiadający wrodzone predyspozycje. Może nie rozdawałby im praw wyborczych tak na prawo i lewo, bo nie miały pojęcia o magicznej kulturze i zwyczajach, ale gdyby był w dobrym humorze, pewnie zaoferowałby im coś w rodzaju testu na magiczne obywatelstwo, żeby mogły cieszyć się względnym spokojem.
Bywało, że w szkole stawał po stronie gnębionych kolegów i koleżanek. Szczególnie wtedy, kiedy mógł w ten sposób dać upust nastoletniemu gniewowi. Nie raz zdarzyło się, że wymierzył komuś lepę w twarz w imieniu jakiegoś mugolaka. Nie musiał się z nimi przyjaźnić. Często chodziło o powód do bitki. Szczególnie w okresie, w którym musiał porzucić marzenia o zawodowym Quidditchu, przez co rozpierał go gniew. Z częstego, ale wciąż okazjonalnego bywalca w kozie stał się niemal mieszkańcem salki i stałym pracownikiem porządkowym Hogwartu, gdy kara obejmowała wyjścia na zewnątrz.
- Żywię nadzieję, że przez to, że są trafne - mógłby poczuć się urażony, gdyby chodziło o coś wręcz przeciwnego. Miał świadomość, że magiczne zwierzęta nie były jego mocną stroną, ale bywał łasy komplementów ze strony ładnych kobiet. Jeszcze w szkole starał się być przebojowym, światłym bożyszczem nastolatek. Przynajmniej do czasu.
Mało kto powiązał by go z młodym gniewnym czarodziejem z Gryffindoru. Niespecjalnie się zmienił. Był do siebie podobny z wyglądu, choć nosił się inaczej, sztywniej i mniej przebojowo. Z charakteru pozostał równie wybuchowym człowiekiem, ale nauczył się chować tę część na wyjątkowe okazje. Na przykład na Nokturn. Mało kto to wiedział. Nieliczne ziomki z szemranych rejonów i kilku klientów. Uważał, żeby nie być kojarzony z niczym zdrożnym.
Najwidoczniej miał tę przewagę, że potrafił nie być kojarzony wcale, nawet ze swojej złotej ery. Nawet, gdyby był tego świadomy, zapewne wcale by go to nie ugodziło. On nie rozpoznał Geraldine, Geraldine jego. Byli kwita. Dwoje nieznajomych znajomych razem w zacinającym deszczu.
- Nihilistycznym smokiem? - podpuścił ją, zaciągając się papierosem - A one nie gromadzą złota? - Spytał z nutą zaciekawienia. Jasne, głównie chciał zabłysnąć kolejnym porównaniem z leksykonu magicznych stworzeń, ale faktycznie nie miał pojęcia, jak to było z tymi smokami. Czy zbierały te kosztowności, czy to był tylko kolejny mit dla dzieci? I jakie miały podejście do wzbogacenia ponad wszelkie standardy? Czy to aby przypadkiem nie wykluczało podejścia, które wyznawała Geraldine?
Ulice robiły się coraz bardziej opustoszałe. Gdyby nie dźwięki burzy, dookoła robiłoby się ciszej i ciszej. Gdy wyszli z Munga, chodniki były jeszcze całkiem zatłoczone. Szczególnie jak na tak parszywą pogodę, która nie zachęcała do spacerów. Teraz po ulicach dreptały przemoczone niedobitki. Strugi deszczu lały się po kapturach i rondach kapeluszy. Zimna woda skapywała na kołnierze płaszczy i wierzchnich tunik, niekiedy peleryn, ale tych świadczących o umiłowaniu jakiejś nowej mody, nie o czarodziejskim pochodzeniu. Czarodzieje przy tej aurze wybierali głównie inne środki transportu niż własne stopy. Byli w mieście, ale burza nadal bywała niebezpieczna. Szczególnie taka jak ta.
- Nie musisz być skromna. Przetrwanie to duże osiągnięcie, szczególnie w tych czasach - to zabrzmiało całkiem poważnie, może trochę zbyt serio. - Na przykład dziś udało ci się opuścić szpital o własnych nogach - nie wiedział dlaczego nie chciał, żeby ich rozmowa szła w mroczne tony. Zazwyczaj nie był naturalnym śmieszkiem. Tamtego człowieka zostawił na boisku w Hogwarcie.
A jednak to był moment pełen bardzo dziwnej atmosfery. Mieszanki niepokoju z dzikim pięknem. Poważnych rozmów i zadziwiająco lekkich żartów. Bycia dwojgiem nieznajomych i ludźmi, którzy rozmawiali jak starzy przyjaciele.
- Ćwiczyłem całe życie - zażartował i uchylił ronda nieistniejącego kapelusza. - Cieszę się, że się podoba, Ma'am. Proszę polecić krewnym nasze usługi - biorąc pod uwagę kontekst ich wcześniejszej rozmowy, było jasne, że mówił to ku niewielkiemu podtrzymaniu teatralności tej chwili. Zepsuł to niecałe pół minuty później. - Proszę, nie. Nie polecaj nas nikomu - błysk w oku mógł świadczyć o tym, że wbrew zamierzeniom czuł się coraz bardziej swobodnie... lub że kolejny piorun właśnie przebił niebo, całkowicie przypadkiem oświetlając mu twarz. Obie te opcje miały w sobie wiele prawdy.
- Ładnie ci w tym kolorze - zauważył odkasłując, a potem dodał - pasuje do tych liści w twoich włosach - Panie, Panowie, mamy to. W jednym zdaniu sprawił Geraldine komplement i pocisnął jej potargane włosy. Z kamienną twarzą zamierzał w to brnąć, choć wcale nie planował powiedzieć czegoś takiego.
- A co, jeśli nie było w tym żadnego powodu? - jeszcze raz odbił odbite pytanie. Na swój sposób podobał mu się brak oczywistej odpowiedzi.
Dobrze wiedział jak to wyglądało z anatomicznego punktu widzenia. Wszystkie żebra miały swoje ochronne funkcje, ale czemu nie było ich na przykład... o trzy więcej? Dokładnie tak. Nierówno względem drugiej strony. Czemu nie były z innego materiału? Albo nie tworzyły innego wzoru? Nie wierzył w żadne samoświadome siły, które podjęły taką decyzję. To było dzieło przypadku. Wymagało wielu procesów i wieków, ale nie uważał, że było częścią większego planu. Urodzili się tacy a nie inni, bo tak się stało.
Jak na ironię, nie widział problemu w tym, żeby jednocześnie wykluczać wpływ przypadku na pierwsze rozdanie magicznych zdolności. Owszem, skłaniał się ku temu, że mugolaki zostały obdarowane bez powodu. Przez tę samą siłę przypadku. Ot, raz na jakiś czas i ślepej kurze trafiało się ziarno. Natomiast przodkowie czystokrwistych czarodziejów musieli być inną klasą człowieka, która rozwijała się równocześnie z mugolami, ale naturalnie się z nimi nie łączyła. Nie mieli wspólnych praprzodków. Koegzystowali. Najlepiej bez wchodzenia sobie w naturalne role.
Prawdopodobnie, gdyby wypowiedział te teorie na głos (nie teraz, ale kiedyś w towarzystwie Geraldine) kobieta cofnęła by najnowsze słowa. To było osądzanie w najczystszej postaci i przychodziło mu równie łatwo, co oddychanie. Co najlepsze, uważał się za czarodzieja idącego z duchem czasów. Nie całkiem antymugolskiego. Tak właściwie to nawet postępowego, bo przecież bez pretensji szkolił również stażystów mugolskiego pochodzenia.
Traf chciał, że nie było ich zbyt wielu. Mógł być świecie przekonany, że pochwała ze strony panny Yaxley trafiła na silny grunt. Szlamy zasługiwały na wiele dobrego. Szczególnie te, które dzielnie pracowały, aby być niemal równie dobrymi czarodziejami co ci posiadający wrodzone predyspozycje. Może nie rozdawałby im praw wyborczych tak na prawo i lewo, bo nie miały pojęcia o magicznej kulturze i zwyczajach, ale gdyby był w dobrym humorze, pewnie zaoferowałby im coś w rodzaju testu na magiczne obywatelstwo, żeby mogły cieszyć się względnym spokojem.
Bywało, że w szkole stawał po stronie gnębionych kolegów i koleżanek. Szczególnie wtedy, kiedy mógł w ten sposób dać upust nastoletniemu gniewowi. Nie raz zdarzyło się, że wymierzył komuś lepę w twarz w imieniu jakiegoś mugolaka. Nie musiał się z nimi przyjaźnić. Często chodziło o powód do bitki. Szczególnie w okresie, w którym musiał porzucić marzenia o zawodowym Quidditchu, przez co rozpierał go gniew. Z częstego, ale wciąż okazjonalnego bywalca w kozie stał się niemal mieszkańcem salki i stałym pracownikiem porządkowym Hogwartu, gdy kara obejmowała wyjścia na zewnątrz.
- Żywię nadzieję, że przez to, że są trafne - mógłby poczuć się urażony, gdyby chodziło o coś wręcz przeciwnego. Miał świadomość, że magiczne zwierzęta nie były jego mocną stroną, ale bywał łasy komplementów ze strony ładnych kobiet. Jeszcze w szkole starał się być przebojowym, światłym bożyszczem nastolatek. Przynajmniej do czasu.
Mało kto powiązał by go z młodym gniewnym czarodziejem z Gryffindoru. Niespecjalnie się zmienił. Był do siebie podobny z wyglądu, choć nosił się inaczej, sztywniej i mniej przebojowo. Z charakteru pozostał równie wybuchowym człowiekiem, ale nauczył się chować tę część na wyjątkowe okazje. Na przykład na Nokturn. Mało kto to wiedział. Nieliczne ziomki z szemranych rejonów i kilku klientów. Uważał, żeby nie być kojarzony z niczym zdrożnym.
Najwidoczniej miał tę przewagę, że potrafił nie być kojarzony wcale, nawet ze swojej złotej ery. Nawet, gdyby był tego świadomy, zapewne wcale by go to nie ugodziło. On nie rozpoznał Geraldine, Geraldine jego. Byli kwita. Dwoje nieznajomych znajomych razem w zacinającym deszczu.
- Nihilistycznym smokiem? - podpuścił ją, zaciągając się papierosem - A one nie gromadzą złota? - Spytał z nutą zaciekawienia. Jasne, głównie chciał zabłysnąć kolejnym porównaniem z leksykonu magicznych stworzeń, ale faktycznie nie miał pojęcia, jak to było z tymi smokami. Czy zbierały te kosztowności, czy to był tylko kolejny mit dla dzieci? I jakie miały podejście do wzbogacenia ponad wszelkie standardy? Czy to aby przypadkiem nie wykluczało podejścia, które wyznawała Geraldine?
Ulice robiły się coraz bardziej opustoszałe. Gdyby nie dźwięki burzy, dookoła robiłoby się ciszej i ciszej. Gdy wyszli z Munga, chodniki były jeszcze całkiem zatłoczone. Szczególnie jak na tak parszywą pogodę, która nie zachęcała do spacerów. Teraz po ulicach dreptały przemoczone niedobitki. Strugi deszczu lały się po kapturach i rondach kapeluszy. Zimna woda skapywała na kołnierze płaszczy i wierzchnich tunik, niekiedy peleryn, ale tych świadczących o umiłowaniu jakiejś nowej mody, nie o czarodziejskim pochodzeniu. Czarodzieje przy tej aurze wybierali głównie inne środki transportu niż własne stopy. Byli w mieście, ale burza nadal bywała niebezpieczna. Szczególnie taka jak ta.
- Nie musisz być skromna. Przetrwanie to duże osiągnięcie, szczególnie w tych czasach - to zabrzmiało całkiem poważnie, może trochę zbyt serio. - Na przykład dziś udało ci się opuścić szpital o własnych nogach - nie wiedział dlaczego nie chciał, żeby ich rozmowa szła w mroczne tony. Zazwyczaj nie był naturalnym śmieszkiem. Tamtego człowieka zostawił na boisku w Hogwarcie.
A jednak to był moment pełen bardzo dziwnej atmosfery. Mieszanki niepokoju z dzikim pięknem. Poważnych rozmów i zadziwiająco lekkich żartów. Bycia dwojgiem nieznajomych i ludźmi, którzy rozmawiali jak starzy przyjaciele.
- Ćwiczyłem całe życie - zażartował i uchylił ronda nieistniejącego kapelusza. - Cieszę się, że się podoba, Ma'am. Proszę polecić krewnym nasze usługi - biorąc pod uwagę kontekst ich wcześniejszej rozmowy, było jasne, że mówił to ku niewielkiemu podtrzymaniu teatralności tej chwili. Zepsuł to niecałe pół minuty później. - Proszę, nie. Nie polecaj nas nikomu - błysk w oku mógł świadczyć o tym, że wbrew zamierzeniom czuł się coraz bardziej swobodnie... lub że kolejny piorun właśnie przebił niebo, całkowicie przypadkiem oświetlając mu twarz. Obie te opcje miały w sobie wiele prawdy.
- Ładnie ci w tym kolorze - zauważył odkasłując, a potem dodał - pasuje do tych liści w twoich włosach - Panie, Panowie, mamy to. W jednym zdaniu sprawił Geraldine komplement i pocisnął jej potargane włosy. Z kamienną twarzą zamierzał w to brnąć, choć wcale nie planował powiedzieć czegoś takiego.