31.08.2024, 22:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2024, 22:10 przez Anthony Shafiq.)
Próżno było szukać innego zapisanego skrawka papieru, niż niewielka książeczka oprawiona w czarną skórę o wdzięcznym tytule: Ὀδύσσεια. Żadnego cienia pracy, żadnych ciemnych zacieków departamentu z piątego piętra. Nic, prócz oczu, które skupiły się najpierw na ściskających się dłoniach, a potem wędrujących za nimi spojrzeniem ku twarzy jego rozmówcy. Szczerej i znów otwartej, zmartwionej, choć nie tak bardzo jak w podziemiach teatru. Na szczęście, to nie napaść, to tylko zbyt wiele myśli, zbyt wiele ścieżek, zbyt wiele wątpliwości...
Anthony zapatrując się w złociste oczy kochanka, złapał się na refleksji, że mimo szlachetnego motta i wzniosłych ideałów, każdy z Longbottomów miał w sobie świetne zadatki, by być szkolnym oprawcą. Taki był Morpheus, krewki Woody, którego przed wyrzuceniem z pracy i utratą żony nie uratowało nawet nazwisko, taki był i Erik, który po prostu nie wiedział, kiedy przestać. Z łatwością odnajdywali słabości i pieczołowicie dociskali je bez wytchnienia, w imię tego słynnego "szlifowania" charakteru, mając w pogardzie wszelką słabość i wahanie. Było w tym oczywiście dużo ciepła, ale ów ciepło miało w sobie mało delikatności, było szorstkie, śmierdziało potem dbania o kondycję fizyczną. Potem siłowego rozwiązywania konfliktów. Może ta energia, ten brak okrzesania, brutalizm blasku tysiąca słońc, może to przyciągało Shafiq'a, będąc w pewien sposób jego naturalnym kontrastem. Ogień i woda. Słońce i księżyc. Światło i cień. Z pewnością mężczyzna miał w sobie coś z masochisty, pragnąc być jak najbliżej, paląc się przy tym boleśnie, z drugiej strony znał przecież doskonale ścieżki swojego przyjaciela, który wyszedł z tego samego domu. Morpheusa też musiał kiedyś sobie wychować. Krucze skrzydło wspierało w tym procesie, mimo wszystko per aspera ad astra...
Pochylił się ku mężczyźnie i odcisnął swoje wargi na jego ustach, stawiając kropkę, dając czas milczeniu na przerzucenie strony i rozpoczęcie nowego akapitu ich spotkania. Nie było w tym pocałunku jednak zaproszenia, ani deklaracji wyboru opcji numer dwa z propozycji rozładowania napięcia. Sprawa była zbyt ważna, by nierozważnie dać się porwać w takich chwili namiętności.
– Cieszę się, że przyszedłeś, zawsze miło mi Ciebie widzieć w moim domu – powiedział tak, jakby dopiero co Erik przekroczył próg rezydencji i wszedł do ogrodu. Zaraz potem Anthony zsunął się po granacie tkaniny obicia swojej leżanki i przysiadł na chłodnym marmurze obok drugiego mężczyzny, porzucając książkę i odkładając drogocenną filiżankę na ziemi, w pewnej odległości od nich. Gdy tylko bezpiecznie osadził ją na płaskiej powierzchni, powrócił pełnią uwagi do swojego gościa.
– Chętnie opowiem o tym co wydarzyło się u Abbotów. Mogę też pokazać Ci, dlaczego tak niechętnie podchodzę do wszelkich kwestii związanych z nadmiarem wody w moim otoczeniu, bo zdaje się, że nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy, a jakoś ostatnio mocno zaprząta to Twoje myśli... Mogę to zrobić, ale nie chcę dziś już słuchać, jak ze mnie drwisz i mi umniejszasz – stwierdził, bo nie uważał, żeby o takie rzeczy trzeba było prosić. A potem umilkł, bo jedno wynikało z drugiego i nie zmierzał podejmować wspomnianych tematów, bez zrozumienia z drugiej strony, choćby to zrozumienie miało być wyartykułowane samym skinieniem głowy.
Anthony zapatrując się w złociste oczy kochanka, złapał się na refleksji, że mimo szlachetnego motta i wzniosłych ideałów, każdy z Longbottomów miał w sobie świetne zadatki, by być szkolnym oprawcą. Taki był Morpheus, krewki Woody, którego przed wyrzuceniem z pracy i utratą żony nie uratowało nawet nazwisko, taki był i Erik, który po prostu nie wiedział, kiedy przestać. Z łatwością odnajdywali słabości i pieczołowicie dociskali je bez wytchnienia, w imię tego słynnego "szlifowania" charakteru, mając w pogardzie wszelką słabość i wahanie. Było w tym oczywiście dużo ciepła, ale ów ciepło miało w sobie mało delikatności, było szorstkie, śmierdziało potem dbania o kondycję fizyczną. Potem siłowego rozwiązywania konfliktów. Może ta energia, ten brak okrzesania, brutalizm blasku tysiąca słońc, może to przyciągało Shafiq'a, będąc w pewien sposób jego naturalnym kontrastem. Ogień i woda. Słońce i księżyc. Światło i cień. Z pewnością mężczyzna miał w sobie coś z masochisty, pragnąc być jak najbliżej, paląc się przy tym boleśnie, z drugiej strony znał przecież doskonale ścieżki swojego przyjaciela, który wyszedł z tego samego domu. Morpheusa też musiał kiedyś sobie wychować. Krucze skrzydło wspierało w tym procesie, mimo wszystko per aspera ad astra...
Pochylił się ku mężczyźnie i odcisnął swoje wargi na jego ustach, stawiając kropkę, dając czas milczeniu na przerzucenie strony i rozpoczęcie nowego akapitu ich spotkania. Nie było w tym pocałunku jednak zaproszenia, ani deklaracji wyboru opcji numer dwa z propozycji rozładowania napięcia. Sprawa była zbyt ważna, by nierozważnie dać się porwać w takich chwili namiętności.
– Cieszę się, że przyszedłeś, zawsze miło mi Ciebie widzieć w moim domu – powiedział tak, jakby dopiero co Erik przekroczył próg rezydencji i wszedł do ogrodu. Zaraz potem Anthony zsunął się po granacie tkaniny obicia swojej leżanki i przysiadł na chłodnym marmurze obok drugiego mężczyzny, porzucając książkę i odkładając drogocenną filiżankę na ziemi, w pewnej odległości od nich. Gdy tylko bezpiecznie osadził ją na płaskiej powierzchni, powrócił pełnią uwagi do swojego gościa.
– Chętnie opowiem o tym co wydarzyło się u Abbotów. Mogę też pokazać Ci, dlaczego tak niechętnie podchodzę do wszelkich kwestii związanych z nadmiarem wody w moim otoczeniu, bo zdaje się, że nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy, a jakoś ostatnio mocno zaprząta to Twoje myśli... Mogę to zrobić, ale nie chcę dziś już słuchać, jak ze mnie drwisz i mi umniejszasz – stwierdził, bo nie uważał, żeby o takie rzeczy trzeba było prosić. A potem umilkł, bo jedno wynikało z drugiego i nie zmierzał podejmować wspomnianych tematów, bez zrozumienia z drugiej strony, choćby to zrozumienie miało być wyartykułowane samym skinieniem głowy.