31.08.2024, 22:55 ✶
dagaz
Dziewiąta z run, jak dziewięć piekielnych kręgów i droga prosto ku wyjścia, droga do świtu, szarości złączenia dnia i nocy. Które z nich było jednak światłem, które mrokiem, gdy spletli się w jej nieposkromionym głodzie i jego
biernej ofierze? Czy przyszło oświecenie na dusze wpędzone w najciemniejsze kąty umysłu, gdy wszelkie ukryte w podświadomości najobrzydliwsze pragnienia wypełzły, łapczywie zawłaszczając dla siebie w burzy namiętności oba istnienia?
Czerń rodowej krwi infekowała ją, a ona raziła blaskiem odsłoniętej błyskawicy zdobiącej jej plecy, ona lśniła złotem drapieżnych oczu, czerwienią paznokci wbijanych w bladą skórę, czerwieni domagającej się uwagi, szarpiącej za język, pozostawiającej długie pręgi, szukającej przez żebra drogi do kamiennego serca, jakby ono było trzepoczącym zniczem, który dostrzegła i zapragnęła mu odebrać. Była lustrem w której mógł dostrzec swoją własną agresję i butę, w którym mógł upoić się nimi w tym nieoczekiwanym odwróceniu ról, w bierności i upodleniu, w wyszarpywaniu i pozbawianiu resztek godności, jeśli na tym etapie jeszcze jakąś posiadał. W gardłowym śmiechu, w chaosie tańca na grobach pruderii i niewinności.
Był jej, zgodnie z obietnicą, tylko do świtu. Gdy huragan przeminął, pozostawiając obraz spustoszenia i ścian udekorowanych onyksem i karminem, żadne słowo nie wpasowało się w sączony przez blade wargi papierosowy dym. Moody nie zmrużyła oka, nie traciła nawet czasu na to, by spłukać z siebie tę dwuosobową orgię. Mundur przyjął wszystko, nie miała doń szacunku chyba w takim samym stopniu, jak jej sponiewierany kochanek. Nim zniknęła, złapała jeszcze za flaszkę, na którą nie starczyło im nocą czasu i sięgając po różdżkę, mruknęła echem szkolnego błonia, na którym przed laty przyszło im zmierzyć się kilkukrotnie w zupełnie innej grze:
– Musisz jeszcze trochę poćwiczyć młody.
Koniec sesji