01.09.2024, 00:02 ✶
Słuch działał kiepsko, ale zapach wdarł się przez nozdrza wprost do serca zagubionego, przeklętego chłopca. Słodki zapach doprawiony morską solą i łzami przelanymi z jego winy tak tej nocy, jak i osiem lat temu. Osiem czerwonych rubinów jako osiem długich lat, które chciał jej ofiarować w przekonaniu, że tak będzie lepiej. Osiem lat ofiarowanych jej i ukradzionych jemu. Głowa nie miała jednak przestrzeni na kotłowanie się myśli i rozsądzanie o winie. Słodki zapach, ciepły, spokojny głos. Nie puszczał swoich dłoni, nie rozluźniał napiętego ciała, ale też nie umykał przed nią, nie odsuwał się, on - kamień z Kniei przypadkiem znaleziony na posadzce w kuchni pięknej klubokawiarni.
Czas mijał.
Zegar tykał.
– Mmf.. – wymamrotał, co mogło być stęknięciem, a mogło być prośbą by mówiła. Prawda była taka, że nie była mu nic winna. Nigdy. To on ją porzucił, to on zdecydował za nią. Teraz gdy już odrobił lekcje, gdy zrobił niezbędną matematykę, wiedział, że nie mogła wiedzieć o ciąży, gdy się rozstawali wtedy, na peronie. Teraz nagle wydawało mu się to takie oczywiste, co tylko gięło bardziej kręgi, wyciskało łzy. Ale eliksiry działały, a zaborcze ostre pęta nie zaciskały się na nadgarstkach. Byli bezpieczni.
– ..mf proszz... – powtórzył, przesuwając się ekstrawagancko (przez wzgląd na bycie kamieniem) ku niej o te trzy centymetry, tylko po to by oprzeć czubek głowy o ciepłe ciało, by poczuć jej wibracje, by ukryć się w jej woni. Nie był pewien czy była prawdziwa, może była tylko łaskawym snem, ale napór jej istnienia na czaszkę rozlał po nim ulgę.
Czas mijał.
Zegar tykał.
– Mmf.. – wymamrotał, co mogło być stęknięciem, a mogło być prośbą by mówiła. Prawda była taka, że nie była mu nic winna. Nigdy. To on ją porzucił, to on zdecydował za nią. Teraz gdy już odrobił lekcje, gdy zrobił niezbędną matematykę, wiedział, że nie mogła wiedzieć o ciąży, gdy się rozstawali wtedy, na peronie. Teraz nagle wydawało mu się to takie oczywiste, co tylko gięło bardziej kręgi, wyciskało łzy. Ale eliksiry działały, a zaborcze ostre pęta nie zaciskały się na nadgarstkach. Byli bezpieczni.
– ..mf proszz... – powtórzył, przesuwając się ekstrawagancko (przez wzgląd na bycie kamieniem) ku niej o te trzy centymetry, tylko po to by oprzeć czubek głowy o ciepłe ciało, by poczuć jej wibracje, by ukryć się w jej woni. Nie był pewien czy była prawdziwa, może była tylko łaskawym snem, ale napór jej istnienia na czaszkę rozlał po nim ulgę.