I pomyśleć, że niegdyś róże prawdziwie były symbolem miłości... kwitły tak krótko, tak ulotnie, tylko po to by zgasnąć, nim człowiek zdążył nacieszyć swoje oko. Ale przybyli zza morza kupcy z sadzonkami, które mogły dawać kwiat za kwiatem, owoc za owocem. Nagle każdy mógł sięgnąć po nieśmiertelność, łudząc się, że miłość trwa wiecznie. Ale Ty wiesz mój drogi, mój ukochany, Ty wiesz, że wieczność zarezerwowana jest tylko dla nielicznych.
Obudził się dotknięty chłodem pocałunków, w lśniącym tysiącem kandelabrów pokoju. Gra świateł rozbijała się o kryształy rozwieszone pod sufitem, promienie sztucznych słońc opadały na przestrzenie wypełnione purpurowym kwieciem. Słodka woń odurzała, zamglony obraz niespiesznie ogniskował się, skóra napinała i rozluźniała pod wpływem powolnej pieszczoty.
– Dziś kolejny nudny bal oblewany obficie nudnym winem Delacour'ów, z nudnym świergotem nudnych gardeł trzpiotek polujących na męża, dandysów polujących na trzpiotki. Kogo dziś będziemy swatać? A może wolisz rzucić słonecznym światłem na igrających z losem kochanków? Bez ciebie absolutnie umarłbym z nudów. Drugi raz. – dodał melodyjny głos. Jego akcent, niektóre wtrącenia trąciły archaizmami, ale tylko trochę, dla ucha, które wiedziało czego słuchać. Jean dokładał wszelkich starań, by jego wiek nie przeszkadzał w interesach, by jego... przypadłość, nie definiowała relacji z kontrahentami, jak zwykł ich nazywać, choć czasami zdarzało mu się śmiać z zabawnych pacynek tańczących na jego palcach.
Pieszczoty zdawały się być coraz bardziej naglące, aż nagle dłonie zacisnęły się mocniej na szerokich barkach Selwyna i obróciły go zamaszyście, tylko po to, by Jonathan zdał sobie sprawę, że stoi przy wysokim lustrze w innej części pokoju. Elegancka szata wygładzana dłońmi kochanka prezentowała się nader okazale, a twarz towarzyszącego mu mężczyzny wrażała głębokie ukontentowanie. Sam był już ubrany, jego głos płynnie lawirował w nieistotnej plotce, która ostatnio zagościła na paryskich salonach, wypełniał przestrzeń tak, jak zapach róż, wgryzał się w umysł, niepokoił pomimo przyjemnej barwy, słodyczy, którą ociekało każde jedno zdanie.
– Cieszę się, że Twoi przyjaciele też będą. Zawsze chciałem ich poznać – powiedział nieoczekiwanie, odsuwając się od kochanka i przechodząc do stoliczka gdzie czekała między wazonami karafka z rakiją. Znajome miejsce, znane na pamięć miejsce, rozświetlone setką sztucznych słońc miejsce.
Byli w Poisy. W rezydencji hrabiego.
...tylko kochankowie przeżyją...
Obudził się dotknięty chłodem pocałunków, w lśniącym tysiącem kandelabrów pokoju. Gra świateł rozbijała się o kryształy rozwieszone pod sufitem, promienie sztucznych słońc opadały na przestrzenie wypełnione purpurowym kwieciem. Słodka woń odurzała, zamglony obraz niespiesznie ogniskował się, skóra napinała i rozluźniała pod wpływem powolnej pieszczoty.
– Dziś kolejny nudny bal oblewany obficie nudnym winem Delacour'ów, z nudnym świergotem nudnych gardeł trzpiotek polujących na męża, dandysów polujących na trzpiotki. Kogo dziś będziemy swatać? A może wolisz rzucić słonecznym światłem na igrających z losem kochanków? Bez ciebie absolutnie umarłbym z nudów. Drugi raz. – dodał melodyjny głos. Jego akcent, niektóre wtrącenia trąciły archaizmami, ale tylko trochę, dla ucha, które wiedziało czego słuchać. Jean dokładał wszelkich starań, by jego wiek nie przeszkadzał w interesach, by jego... przypadłość, nie definiowała relacji z kontrahentami, jak zwykł ich nazywać, choć czasami zdarzało mu się śmiać z zabawnych pacynek tańczących na jego palcach.
Pieszczoty zdawały się być coraz bardziej naglące, aż nagle dłonie zacisnęły się mocniej na szerokich barkach Selwyna i obróciły go zamaszyście, tylko po to, by Jonathan zdał sobie sprawę, że stoi przy wysokim lustrze w innej części pokoju. Elegancka szata wygładzana dłońmi kochanka prezentowała się nader okazale, a twarz towarzyszącego mu mężczyzny wrażała głębokie ukontentowanie. Sam był już ubrany, jego głos płynnie lawirował w nieistotnej plotce, która ostatnio zagościła na paryskich salonach, wypełniał przestrzeń tak, jak zapach róż, wgryzał się w umysł, niepokoił pomimo przyjemnej barwy, słodyczy, którą ociekało każde jedno zdanie.
– Cieszę się, że Twoi przyjaciele też będą. Zawsze chciałem ich poznać – powiedział nieoczekiwanie, odsuwając się od kochanka i przechodząc do stoliczka gdzie czekała między wazonami karafka z rakiją. Znajome miejsce, znane na pamięć miejsce, rozświetlone setką sztucznych słońc miejsce.
Byli w Poisy. W rezydencji hrabiego.