01.09.2024, 15:31 ✶
Nawet jeśli towarzyszył temu ostry komentarz, Baldwin i tak poczuł się pieprzonym zwycięzcą.
Addams podszedł na jego skinięcie.
Jak kundel, któremu wrodzona agresja kazała szczekać i warczeć, ale tresura przypominała, że lepiej się słuchać pana, bo może zaboleć.
- Irytujące? Nie.- Uniósł kąciki ust w pełnym wyższości uśmieszku. Wiele się zmieniło od czasów szkolnych – tu już nie było nauczycieli, którzy mogliby biedne szlamiątko przed nim ukryć. Uratować biednego chłopca raz czy dwa. Ale przecież nawet tam istnieli równi i równiejsi.
- Możesz być mój, albo mogę cię im oddać. – Zniżył głos do niebezpiecznego, wwiercającego się w umysł szeptu, lekkim skinięciem głowy wskazując na coraz bardziej zainteresowaną gawiedź. Ale przynajmniej przestał się nareszcie szczerzyć. Zaćmienie alkoholem przynosiło Baldwinowi słodkie ukojenie, odpoczynek od wirujących myśli, wspomnień wczepiających się w umysł pazurami przeszłości. Bo Malfoy pamiętał wszystko. Zachodzące łzami oczy, przyśpieszony oddech dzieciaka, który teraz ów dzieciaka nie przypominał w żadnym calu.
Znajdowali się już blisko siebie. Może jeszcze nie na tyle, żeby mógł mu z łatwością wbić różdżkę pod żebra, ale tym razem to Baldwin zrobił krok do przodu. Wyciągnął wolną dłoń przed siebie, cały czas obserwując reakcję swojego towarzysza. Czy się skuli, czy odskoczy, czy może… rzeczywiście nie było w nim już tego pięknego, starannie wypielęgnowanego strachu?
Nie próbował go złapać. O nie. Co to to nie, nie zasługiwał na dotyk kogoś o krwi równej Bogom. Zamarł z palcami na wysokości jego szyi, parę cali od skóry. - Ponoć każda szlama wyssała kurestwo z mlekiem matki, Addams. Co za różnica czy wcześniej czy później?
Sam Baldwin zdawał się smakować w każdym słowie. Nie był aż tak „straszny”? „Zmalał”? Pozwolił mu się zlustrować spojrzeniem. Gdyby nie fakt, że trzymał wycelowaną w chłopaka różdżkę, zapewne by się dodatkowo obrócił. Ukłonił. Niczym gwiazda estrady, którą był.
- Doprawdy?- Zapytał niemal śpiewnie. Westchnął rozbawiony. Zrobił kolejny krok w jego stronę, na tyle blisko żeby być w stanie szepnąć niemal bezgłośnie i wciąż być słyszalnym. Uniósł różdżkę odrobinę wyżej, wciskając jej czubek w koszulę blondyna.- Skąd ten nagły ogień Maxi? Skąd ta niepotrzebna buta?
W oczach czarnoksiężnika pojawił się ten niebezpieczny błysk. Pożądanie. Fascynacja. Zainteresowanie. Z podobnym błyskiem obserwował gnijące trupy rozwalone na metalowym stole w prosektorium Necronomiconu. Identyczny towarzyszył mu, gdy spędzał godziny na próbie uchwycenia każdego detalu przepięknej twarzy swojej siostry i zaklęcia jej raz na zawsze w drewnianych ramach obrazu.
- Zaczerpnijmy trochę świeżego powietrza.- Mruknął.
Proponował wyjście? Zaszycie się w jednej z ciemnych uliczek z dala od ludzi, od ciekawskich spojrzeń? Cokolwiek planował Baldwin, z pewnością nie chciał mieć świadków.
Addams podszedł na jego skinięcie.
Jak kundel, któremu wrodzona agresja kazała szczekać i warczeć, ale tresura przypominała, że lepiej się słuchać pana, bo może zaboleć.
- Irytujące? Nie.- Uniósł kąciki ust w pełnym wyższości uśmieszku. Wiele się zmieniło od czasów szkolnych – tu już nie było nauczycieli, którzy mogliby biedne szlamiątko przed nim ukryć. Uratować biednego chłopca raz czy dwa. Ale przecież nawet tam istnieli równi i równiejsi.
- Możesz być mój, albo mogę cię im oddać. – Zniżył głos do niebezpiecznego, wwiercającego się w umysł szeptu, lekkim skinięciem głowy wskazując na coraz bardziej zainteresowaną gawiedź. Ale przynajmniej przestał się nareszcie szczerzyć. Zaćmienie alkoholem przynosiło Baldwinowi słodkie ukojenie, odpoczynek od wirujących myśli, wspomnień wczepiających się w umysł pazurami przeszłości. Bo Malfoy pamiętał wszystko. Zachodzące łzami oczy, przyśpieszony oddech dzieciaka, który teraz ów dzieciaka nie przypominał w żadnym calu.
Znajdowali się już blisko siebie. Może jeszcze nie na tyle, żeby mógł mu z łatwością wbić różdżkę pod żebra, ale tym razem to Baldwin zrobił krok do przodu. Wyciągnął wolną dłoń przed siebie, cały czas obserwując reakcję swojego towarzysza. Czy się skuli, czy odskoczy, czy może… rzeczywiście nie było w nim już tego pięknego, starannie wypielęgnowanego strachu?
Nie próbował go złapać. O nie. Co to to nie, nie zasługiwał na dotyk kogoś o krwi równej Bogom. Zamarł z palcami na wysokości jego szyi, parę cali od skóry. - Ponoć każda szlama wyssała kurestwo z mlekiem matki, Addams. Co za różnica czy wcześniej czy później?
Sam Baldwin zdawał się smakować w każdym słowie. Nie był aż tak „straszny”? „Zmalał”? Pozwolił mu się zlustrować spojrzeniem. Gdyby nie fakt, że trzymał wycelowaną w chłopaka różdżkę, zapewne by się dodatkowo obrócił. Ukłonił. Niczym gwiazda estrady, którą był.
- Doprawdy?- Zapytał niemal śpiewnie. Westchnął rozbawiony. Zrobił kolejny krok w jego stronę, na tyle blisko żeby być w stanie szepnąć niemal bezgłośnie i wciąż być słyszalnym. Uniósł różdżkę odrobinę wyżej, wciskając jej czubek w koszulę blondyna.- Skąd ten nagły ogień Maxi? Skąd ta niepotrzebna buta?
W oczach czarnoksiężnika pojawił się ten niebezpieczny błysk. Pożądanie. Fascynacja. Zainteresowanie. Z podobnym błyskiem obserwował gnijące trupy rozwalone na metalowym stole w prosektorium Necronomiconu. Identyczny towarzyszył mu, gdy spędzał godziny na próbie uchwycenia każdego detalu przepięknej twarzy swojej siostry i zaklęcia jej raz na zawsze w drewnianych ramach obrazu.
- Zaczerpnijmy trochę świeżego powietrza.- Mruknął.
Proponował wyjście? Zaszycie się w jednej z ciemnych uliczek z dala od ludzi, od ciekawskich spojrzeń? Cokolwiek planował Baldwin, z pewnością nie chciał mieć świadków.