Nie było sensu zaprzeczać, ani pocieszać i mówić, że „no co ty, na pewno będzie wspaniale!”. Nie będzie, a oszukiwanie się mogłoby spowodować tylko i wyłącznie to, że efekt końcowy może przynieść tylko zawód. Victoria wolała nastawiać się tak, że to będzie kuchenna katastrofa, nie rozczarować się w razie czego, a w najlepszym wypadku miło zaskoczyć, niż w drugą stronę (ale to tylko dlatego, że stawiała w tym swoje pierwsze, całkiem śmiałe kroki). Kucharką była gównianą, trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Wiedziała też, że jeśli nie będzie ćwiczyć, to nigdy się to nie zmieni, a tymczasem… Cóż.
– Na wyczucie… Ale to przecież bez sensu. Na wyczucie to nigdy się nie powtórzy tego samego dokładnie tak samo – pokręciła głową, bo jej się to „na wyczucie” kompletnie nie podobało i tym bardziej wprowadzało pewien niepokój, w już i tak niepewny, kucharski grunt. – Czyli to będzie jeszcze trudniejsze? – westchnęła niemalże ciężko, ale starała się nie zdemotywować zanadto, żeby jednak móc się trochę pobawić w tej kuchni… nie używanej może tak często, jak powinna i być może mogła. – Ale ja jestem tylko szaloną alchemiczką, która kombinuje z eliksirami dla wampirów, więc co ja tam wiem – dodała i złapała się pod boki, próbując dodać sobie otuchy i siły, że na pewno da radę. Bo musi. Ktoś musi… – Taką bardziej gęstą… czy coś tam. Zobaczymy – wcale nie była pewna, ale na ile przypominała sobie pieczenie ciasta marchewkowego ze Strzałką, to ta mówiła jej, że to musi być trochę gęstsze, bo jak będzie lejące, to się nie upiecze i wyjdzie… jak ona to nazwała? Zakalec? Victoria też teraz wysilała pamięć, bo Laurent mógł z łatwością stwierdzić po zmrużonych w skupieniu oczach Victorii wpatrzonych nie w niego, a gdzieś w przestrzeń.
– Być może byłby wtedy z ciebie dżentelmen słaby, ale za to wyszedłbyś stąd z pewnością czysty. Bo nie gwarantuję, że to się uda, jak zaczniemy dumać nad ciastem – parsknęła, nie przejmując się scenką rodzajową ani trochę. Luna za to nieporadnie obwąchiwała buty Laurenta po czym z głośnym piskiem zaczęła się domagać atencji. – Musisz się teraz zająć drugą panną, Luna ci nie daruje, bo lubi być przytulana na rękach, wiesz? A do tej pory przyzwyczaiła się do mojego zimna, to pewnie tym bardziej chciałaby być potulona przez kogoś znacznie cieplejszego – a przecież Sauriel tez był zimny, więc ostatnie osoby, które się nią zajmowały, były dla niej niczym te bryłki lodu… Ale małej to chyba nie przeszkadzało, bo i tak się przytulała.
Victoria zapatrzyła się w Laurenta, kiedy zaczął mówić, ze nie chciałby popsuć nastroju, ale zaraz jednak zdecydował się powiedzieć o co chodzi. Zrozumiała z tego tak po prawdzie trzy po trzy, ale bardzo się starała coś z tego wyciągnąć.
– Chcesz mi powiedzieć, że ten facet się u ciebie pociął? – może i nie powiedziała tego delikatnie, ale próbowała zwyczajnie zrozumieć, co się właściwie stało. Nie brzmiało to dobrze ani trochę, było przerażające. To znaczy widok krwi nie robił na Victorii wrażenia, ale Laurent znosił to przecież bardzo źle i sam fakt, że przydarzało się to właśnie jemu – jemu, który sam potrzebował pomocy – Victorię trochę zmroził, bo martwiła się o Laurenta i to, w jakie towarzystwo wpadał, niekoniecznie mu służące. Takie, które być może wykorzysta jego dobroć… tym bardziej biorąc pod uwagę, co działo się u niego ostatnimi czasy. – Jak chcesz mu pomóc, to go zaprowadź do jakiegoś magipsychiatry, bo nie widzę innego sposobu. Fundować takie widoki u kogoś to nie jest ani trochę normalne i do tego potrzeba pomocy specjalisty – stwierdziła całkiem przytomnie, bo nie wyobrażała sobie, jak inaczej delikatny Laurent miałby sobie poradzić z takim bałaganem? Okaleczać się u kogoś w domu, dokładać się do koszmarów w głowie – chujowo, niezależnie od tego, czy ten ktoś potrzebował pomocy, bo faktycznie tak było. A Laurent przecież sam pomocy szukał, był delikatny jak bukiet gipsówek, życzyła mu jak najlepiej, ale czy miał w ogóle siłę dźwigać problemy innych? – Możesz u mnie zostać, nie ma problemu. Chcesz spać ze mną, czy wolisz w innym pokoju? – miała możliwość go przenocować gdzieś indziej, ale może przy niej czułby się bezpieczniej? Nie wiedziała, dlatego wybór zostawiła jemu. Nie powiedziała tego na głos, ale wszystko wskazywało na to, że jego ukochany dom stawał się powoli dla niego koszmarem, do którego wcale nie chciał wracać i teraz po prostu salwował się ucieczką. Uśmiechnęła się do niego za to.
I tak, zabrali się za robienie ciasta. Victoria przywołała im dwa damskie fartuszki, których używała, kiedy babrała się z eliksirami, otworzyła gazetę na odpowiedniej stronie, spojrzała na to, co będzie potrzebne i przywołała różdżką składniki i miski i inne pojemniki… I pierwszy problem napotkali w momencie, kiedy należało rozrobić drożdże. Luna szybko zainteresowała się tematem, bo Victoria podsuwała jej każdy składnik pod nos, żeby też mogła w pewnym sensie uczestniczyć w tym całym procesie i zabawie z robieniem ciasta. Znaczy „robieniem” ciasta.