– Mądrze, bo to był komplement – bo jak zrobił uśmiech firmowy numer 5, to nadawałby się do reklamowania specyfików zmieniających kolor zębów, a te jego teraz to były śnieżnobiałe, zwłaszcza w kontekście do tego, jakie były czarne jeszcze chwilę temu. Może to był pomysł na biznes? Porzucić Ministerstwo i zająć się stomatologią estetyczną? Była to myśl ulotna, ułamkosekundowa, bo zaraz puściła ją w niepamięć. Musiałaby się użerać z ludźmi bardziej niż to lubiła, to nie było tego warte.
– Nie, nic nie wybuchło – rzuciła „żartem” dla rozładowania napięcia, bo Borgin aż się zrobił nad wyraz aż poważny, a tu nie było się czym denerwować, czy spinać, bo Lestrange miała problem zupełnie innej natury. Pomachała też w powietrzu ręką, żeby odgonić te myśli Stanleya o tym, że tu potrzeba jakiejkolwiek rekompensaty. Tak po prawdzie to Victoria nie miała nawet bladego pojęcia, ile w ogóle takich przedmiotów od Borginów mieli w domu i ile z nich mogłoby koncertowo nawalić. Bardzo się zresztą zdziwiła, kiedy usłyszała o tym, że w razie problemów udać się do nich, bo nie miała świadomości, że babcia robiła z nimi interesy. Ale im dłużej nad tym myślała, tym miało to coraz więcej sensu, tym bardziej, że któregoś razu wpadła na Nokturn i szukała nie wiadomo czego, nie poznając sklepów i tak dalej. I te myśli o Podziemnych Ścieżkach… Babcia robiła najwyraźniej bardzo dużo nielegalnych interesów, to zawsze kręciło się po ich rodzinie w ten czy inny sposób najwyraźniej.
– To jest właśnie problem, nie wiem kiedy. Na pewno nie wcześniej niż trzydzieści lat temu, pewnie nawet więcej… Czterdzieści. Pięćdziesiąt? – mogła tak zgadywać i gdybać, ale im dłużej to trwało, tym bardziej uświadamiała sobie, jak wiele babcia miała tajemnic. Nie wiedziała nawet kiedy została przemieniona w wampira, jak długo nim była, kiedy to się skończyło… – Nie, za dużo. Gdzieś od dwudziestu pięciu do czterdziestu lat temu, tak sądzę – uznała w końcu, że to był prawidłowy przedział czasowy, bo jej matka już wtedy żyła… Chyba że to wszystko za mocno zmiksowało się w jej głowie i to nie do końca było tak? Tak miało sens w każdym razie. – Moja babcia nazywała się Elizabeth Parkinson. Ale mogła być zapisana jako Parkinson-Crouch albo samo Crouch – odparła od razu. Jeśli Stanley już tego nie wiedział, to teraz już z łatwością mógł zgadnąć do jakiej rodziny należała Victoria, prócz tego, że do szlachetnego rodu Lestrange: Parkinson. – I tak, tylko czy zostało zamówione, wykonane i wydane. To co szukam, to biżuteria – dodała jeszcze, bo sądziła, że to może nieco zawędzić pole poszukiwań. Dokładniej to chodziło o kolię… Ale wolała wiedzieć, czy było tego więcej. Wiedziała na pewno o co najmniej jednym pierścieniu – i najwyraźniej Elizabeth miała słabość do pięknej biżuterii… Tego naprawdę mogło być więcej. – Będę ci naprawdę wdzięczna, jak to sprawdzisz – a było to dla niej cholernie ważne, wolała jednak nie mówić za dużo. To było coś, o czym nie powiedziała absolutnie nikomu; sprawa była na tyle delikatna, że wolała się upewnić i dowiedzieć na własną rękę, żeby nikt jej nie dyszał za plecami. – Dzięki – dodała jeszcze i uśmiechnęła się całkiem pogodnie.
– Nie pal już może niczego od niesprawdzonego źródła, co? – rzuciła, bo nie mogła się powstrzymać. – I może lepiej na wszelki wypadek nie wychodź drzwiami. Możesz się stąd teleportować gdziekolwiek się teraz chowasz – bo o ile Stanley nie miał do niej jeszcze jakiegoś interesu, to najpewniej mogli się rozejść. Było późno i co prawda Victoria była przyzwyczajona do siedzenia po nocach, ale to był długi dzień i po części też był nerwowy, chociaż nie z powodu Borgina, a pierdolonego Thorana Yaxleya.