02.09.2024, 00:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2024, 09:07 przez Baldwin Malfoy.)
Tw: wszystko.
Wydała rozkaz, a duch... po prostu milczał.
Ale choć dźwięków nie wydawał żadnych, w oczach wymęczonego młodzieńca tkwiła jego odpowiedź. Wpatrywał się w czarownicę jak w najpiękniejszy witraż, przyglądając się grze światła na jej smukłym ciele. Poczuł bolesne ukłucie zazdrości, gdy promienie błądziły po alabastrowej skórze i ginęły pod materiałem szaty. Kpiły z niego. Sięgały po coś co nie było ich własnością.
Zrobił krok.
Potem drugi.
I jeszcze jeden.
Gdzieś po drodze zgubił Rozalindę.
Kilka kolejnych, by znaleźć się przy wspartej o ścianę Lorraine. Z całą swoją stanowczością powstrzymał kobietę przed naciśnięciem klamki. Jeszcze nie. Jeszcze nie podjął decyzji czy opuszczą dziś świat duchów i mar. Jeśli potrzebowała wsparcia, mogła się o niego oprzeć. Przysunąć bliżej – tak blisko jak tylko tego potrzebowała.
Czarownica pachniała mdlącą esencją grzechu. Legilimencji. Magii tak czarnej, że wystarczył jeden błąd, a z ludzkiego umysłu pozostawał popiół w piecu krematoryjnym.
Zwawiony zapachem jak mucha do ścierwa, Baldwin splótł dłonie na wysokości jej podbrzusza. Chciał… Nie. Potrzebował ją mieć blisko. Jakby mieli stać się całością. Wziąć w ramiona, cofnąć się schodami w dół, przenieść przez próg prosektorium i obnażyć z szat. Może by ją zerżnął na pustym metalowym stole, ignorując leżącego obok denata. A może po prostu wpatrywałby się w jej umykające piękno całymi godzinami, próbując znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie:
Kto Ciebie kiedyś pochowa sześć stóp pod ziemią o dziecię wil i strudzonych poetów?
Bogom nie szło nawet liczyć jak wiele godzin spędził nad jej płótnem. Nie wystarczało już przeniesienie pięknej postaci Lorraine na obraz czy nawet wplecenie weń nici wspomnień, by tchnąć życie. Nie. Niedosyt wciąż pozostawał. Głód poznania tego co znajdowało się za woalem istnienia.
Musiał zacząć od fizyczności – więc z każdym kolejnym pociągnięciem pędzla czynił ją bliższą Bogini. Dziewica zmieniała się w Matkę, a ta w Staruchę. Matka rodziła dziecko, dziecko stawało się Dziewicą. Obdarte z szat czystości godziło się z gwałtem na boskim ciele i naturze zachodząc w ciążę, rodząc w krwawym połogu. Ciało wiotczało od tego aktu, a Starucha umierała widząc jak wabiąca spojrzenie ciało Dziewicy dojrzewa. Niekończący się cykl wyrwanej przemocą niewinności.
Ale na tym nie kończyła się fizyczność – po śmierci następował rozkład. Więc Baldwin nakładał warstwy farby, pozwalając swojej muzie gnić, toczoną przez pieczołowicie namalowane robactwo.
Setki szkiców, rysunków, prób i błędów – wszystko dla chwili tego uniesienia, gdy naćpany od oparów farb, werniksu i terpentyny, prowadził ciało aż do momentu, gdy jedyną rzeczą, która ostała się na płótnie, stawała się pojedyncza kość. Mielił ją – a z jej bieli powstawał nowy podkład. I znów malował swoją Dziewicę, tak niewinną i nieświadomą aktu, który przyjdzie jej przetrwać.
Powrót myślami do wąskiego korytarza był trudny, bo oto w swojej bieli stała przed nim – tak żywa i nadal czysta. Niepomna gwałtów na poprzednich wcieleniach. W pokorze i milczeniu jak kobieta stać przed mężczyzną powinna. Niema zgoda wciąż zgodą pozostawała.
W półmroku nie widział twarzy oblubienicy. Ale, gdyby poświęcił tej myśli sekundę dłużej – zapewne sam uznałby, że to lepiej. Nie była tą, której zadręczona dusza poszukiwała nocami. Była tylko fałszywym bogiem, którym zabijał głód pożądania ciała. Bliskości. Tego pieprzonego ciepła.
Czym ta chwila różniła się od tak wielu innych?
- Powiedz mi, ma słodka Delilah…- Głos, który wydobył się z jego gardła, zaskoczył nawet samego Baldwina. Zachrypnięty, acz bliższy łagodnemu westchnięciu.
Upajający zapach przylepił się do ciała czarownicy; zaplątał w kosmykach włosów, osiadł na jej zroszonym potem ramieniu. Matka jedna wiedziała jaką wewnętrzną wojnę prowadził w umyśle młody Malfoy, powstrzymując się przed scałowaniem w nabożnym uniesieniu każdej jednej kropli. I jak blisko był złożenia białej flagi.
Przesunął opuszkami palców prawej ręki ku górze, prześlizgując się wzdłuż mostka, obojczyków i szyi, by objąć ją czule za podbródek. Pozwolić poczuć na skórze chłód i ciężar sygnetu rodowego. Przecież jesteśmy rodziną. Rodzinie się nie odmawia.
Z kolei lewa dłoń odnalazła swoje miejsce, gdy wczepił palce w wąską talię czarownicy. Materiał nocnej szaty, w którą Lorraine była ubrana, zdawał mu się teraz niepotrzebną fanaberią. Frustrującą przeszkodą pomiędzy nim, a ciepłą skórą. Namiastką mięsa i tłuszczu, materii i krwi. Całego tego fizycznego mikrokosmosu, w który obleczona była jej dusza. Nie rozumiał dlaczego okrywała się szorstką bawełną niczym całunem pogrzebowym, odbierając mu prawo do zaciśnięcia palców na boskim tworze, tak bliskim doskonałości; do wbicia połamanych i brudnych od farb paznokci w mlecznobiałą skórę; do przyozdobienia jej barwami szkarłatu i purpury.
-… czy śmierciuchy po śmierci też idą na łono Matki?
Wydała rozkaz, a duch... po prostu milczał.
Ale choć dźwięków nie wydawał żadnych, w oczach wymęczonego młodzieńca tkwiła jego odpowiedź. Wpatrywał się w czarownicę jak w najpiękniejszy witraż, przyglądając się grze światła na jej smukłym ciele. Poczuł bolesne ukłucie zazdrości, gdy promienie błądziły po alabastrowej skórze i ginęły pod materiałem szaty. Kpiły z niego. Sięgały po coś co nie było ich własnością.
Zrobił krok.
Potem drugi.
I jeszcze jeden.
Gdzieś po drodze zgubił Rozalindę.
Kilka kolejnych, by znaleźć się przy wspartej o ścianę Lorraine. Z całą swoją stanowczością powstrzymał kobietę przed naciśnięciem klamki. Jeszcze nie. Jeszcze nie podjął decyzji czy opuszczą dziś świat duchów i mar. Jeśli potrzebowała wsparcia, mogła się o niego oprzeć. Przysunąć bliżej – tak blisko jak tylko tego potrzebowała.
Czarownica pachniała mdlącą esencją grzechu. Legilimencji. Magii tak czarnej, że wystarczył jeden błąd, a z ludzkiego umysłu pozostawał popiół w piecu krematoryjnym.
Zwawiony zapachem jak mucha do ścierwa, Baldwin splótł dłonie na wysokości jej podbrzusza. Chciał… Nie. Potrzebował ją mieć blisko. Jakby mieli stać się całością. Wziąć w ramiona, cofnąć się schodami w dół, przenieść przez próg prosektorium i obnażyć z szat. Może by ją zerżnął na pustym metalowym stole, ignorując leżącego obok denata. A może po prostu wpatrywałby się w jej umykające piękno całymi godzinami, próbując znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie:
Kto Ciebie kiedyś pochowa sześć stóp pod ziemią o dziecię wil i strudzonych poetów?
Bogom nie szło nawet liczyć jak wiele godzin spędził nad jej płótnem. Nie wystarczało już przeniesienie pięknej postaci Lorraine na obraz czy nawet wplecenie weń nici wspomnień, by tchnąć życie. Nie. Niedosyt wciąż pozostawał. Głód poznania tego co znajdowało się za woalem istnienia.
Musiał zacząć od fizyczności – więc z każdym kolejnym pociągnięciem pędzla czynił ją bliższą Bogini. Dziewica zmieniała się w Matkę, a ta w Staruchę. Matka rodziła dziecko, dziecko stawało się Dziewicą. Obdarte z szat czystości godziło się z gwałtem na boskim ciele i naturze zachodząc w ciążę, rodząc w krwawym połogu. Ciało wiotczało od tego aktu, a Starucha umierała widząc jak wabiąca spojrzenie ciało Dziewicy dojrzewa. Niekończący się cykl wyrwanej przemocą niewinności.
Ale na tym nie kończyła się fizyczność – po śmierci następował rozkład. Więc Baldwin nakładał warstwy farby, pozwalając swojej muzie gnić, toczoną przez pieczołowicie namalowane robactwo.
Setki szkiców, rysunków, prób i błędów – wszystko dla chwili tego uniesienia, gdy naćpany od oparów farb, werniksu i terpentyny, prowadził ciało aż do momentu, gdy jedyną rzeczą, która ostała się na płótnie, stawała się pojedyncza kość. Mielił ją – a z jej bieli powstawał nowy podkład. I znów malował swoją Dziewicę, tak niewinną i nieświadomą aktu, który przyjdzie jej przetrwać.
Powrót myślami do wąskiego korytarza był trudny, bo oto w swojej bieli stała przed nim – tak żywa i nadal czysta. Niepomna gwałtów na poprzednich wcieleniach. W pokorze i milczeniu jak kobieta stać przed mężczyzną powinna. Niema zgoda wciąż zgodą pozostawała.
W półmroku nie widział twarzy oblubienicy. Ale, gdyby poświęcił tej myśli sekundę dłużej – zapewne sam uznałby, że to lepiej. Nie była tą, której zadręczona dusza poszukiwała nocami. Była tylko fałszywym bogiem, którym zabijał głód pożądania ciała. Bliskości. Tego pieprzonego ciepła.
Czym ta chwila różniła się od tak wielu innych?
- Powiedz mi, ma słodka Delilah…- Głos, który wydobył się z jego gardła, zaskoczył nawet samego Baldwina. Zachrypnięty, acz bliższy łagodnemu westchnięciu.
Upajający zapach przylepił się do ciała czarownicy; zaplątał w kosmykach włosów, osiadł na jej zroszonym potem ramieniu. Matka jedna wiedziała jaką wewnętrzną wojnę prowadził w umyśle młody Malfoy, powstrzymując się przed scałowaniem w nabożnym uniesieniu każdej jednej kropli. I jak blisko był złożenia białej flagi.
Przesunął opuszkami palców prawej ręki ku górze, prześlizgując się wzdłuż mostka, obojczyków i szyi, by objąć ją czule za podbródek. Pozwolić poczuć na skórze chłód i ciężar sygnetu rodowego. Przecież jesteśmy rodziną. Rodzinie się nie odmawia.
Z kolei lewa dłoń odnalazła swoje miejsce, gdy wczepił palce w wąską talię czarownicy. Materiał nocnej szaty, w którą Lorraine była ubrana, zdawał mu się teraz niepotrzebną fanaberią. Frustrującą przeszkodą pomiędzy nim, a ciepłą skórą. Namiastką mięsa i tłuszczu, materii i krwi. Całego tego fizycznego mikrokosmosu, w który obleczona była jej dusza. Nie rozumiał dlaczego okrywała się szorstką bawełną niczym całunem pogrzebowym, odbierając mu prawo do zaciśnięcia palców na boskim tworze, tak bliskim doskonałości; do wbicia połamanych i brudnych od farb paznokci w mlecznobiałą skórę; do przyozdobienia jej barwami szkarłatu i purpury.
-… czy śmierciuchy po śmierci też idą na łono Matki?