02.09.2024, 12:08 ✶
– No co ty? – przeraziła się Brenna nienażarty, i gdyby była katoliczką, może by się właśnie przeżegnała, tak na wszelki wypadek. Wiedziała, że praca w BUM oznacza dużo roboty papierowej, ale w przypadku bycia prawnikiem tonęłaby w nich wiecznie, powietrze wypełnione kurzem w archiwach stałoby się lepiej znane niż to miasta i lasu, i obawiała się, że w pewnym momencie nie widziałaby już ludzi, a paragrafy. – Chcę zostać detektywem Brygady, jak tata. I jak dziadek. I jak wujek, i jak ciocia, i jak drugi wujek… no dobra, on został aurorem, ale to i tak całkiem blisko – wyliczyła Brenna, bo w jej rodzinie może i nie wszyscy pracowali w Departamencie Przestrzegania Prawa, ale niemal wszyscy.
– Słuchaj, Tommy, jak zachce ci się skądś skakać, to najpierw wpadnij pogadać, co? – powiedziała jeszcze i poklepała go niedbale po ramieniu. Thomas może nie był jej bratem ani krewnym, i może nigdy nie miał być aż tak bliski jak Erik, ale był obecny w jej życiu właściwie od zawsze, i do pewnego stopnia Brenna traktowała jego i Norę jako członków rodziny. Chyba sobie na tym etapie roiła nawet, że pewnego dnia to Erik i Nora się pobiorą, i w ogóle wszystko będzie pięknie, jedna, wielka rodzina – jeszcze nie pojmowała w pełni ani jak dużym problemem byłoby, gdyby dziedzic rodu zapragnął ożenić się z dziewczyną półkrwi, ani że w tym, że jej brat wydaje się absolutnie niezainteresowany innymi dziewczynami tkwi jednak coś więcej niż „widać musi do tego dorosnąć, teraz ma inne priorytety”.
Wystrzeliła sprawdzić korytarz, a gdy upewniła się, że nie widać ani nie słychać uczniów, nauczycieli czy duchów, wróciła do Thomasa, też wyciągnęła różdżkę i zabrała się za ustawianie zaklęcia z drugiej strony drzwi.
Zdusiła chichot, narastający w gardle, kiedy znaki rozbłysnęły magią i pognała razem z nim oddalić się od wejścia do biblioteki, bo to absolutnie nie oni, prawda? Zaraz pociągnęła go, zmuszając, żeby zwolnił – jak będą biegać i dyszeć, to od razu jak ktoś ich zauważy, uzna, że są podejrzani, a tak to tylko sobie wracają ze śniadania, prawda? Nie przejmowała się ani trochę, że złapał ją za rękę – miała w zwyczaj łapania za nie innych i jeszcze ciągania korytarzami.
– To co? Obchodzimy teraz korytarz, i wychodzimy z drugiej strony, niby to oddać książki do biblioteki, zobaczyć, jak z tymi włosami wyszło? – spytała, zdmuchując z twarzy kosmyk włosów, który wciskał się do ucha. Jeśli szło o Brennę, mogła nawet wejść do tej biblioteki i też dać się przekolorować, nikt wtedy nie będzie ich podejrzewał.
– Słuchaj, Tommy, jak zachce ci się skądś skakać, to najpierw wpadnij pogadać, co? – powiedziała jeszcze i poklepała go niedbale po ramieniu. Thomas może nie był jej bratem ani krewnym, i może nigdy nie miał być aż tak bliski jak Erik, ale był obecny w jej życiu właściwie od zawsze, i do pewnego stopnia Brenna traktowała jego i Norę jako członków rodziny. Chyba sobie na tym etapie roiła nawet, że pewnego dnia to Erik i Nora się pobiorą, i w ogóle wszystko będzie pięknie, jedna, wielka rodzina – jeszcze nie pojmowała w pełni ani jak dużym problemem byłoby, gdyby dziedzic rodu zapragnął ożenić się z dziewczyną półkrwi, ani że w tym, że jej brat wydaje się absolutnie niezainteresowany innymi dziewczynami tkwi jednak coś więcej niż „widać musi do tego dorosnąć, teraz ma inne priorytety”.
Wystrzeliła sprawdzić korytarz, a gdy upewniła się, że nie widać ani nie słychać uczniów, nauczycieli czy duchów, wróciła do Thomasa, też wyciągnęła różdżkę i zabrała się za ustawianie zaklęcia z drugiej strony drzwi.
Zdusiła chichot, narastający w gardle, kiedy znaki rozbłysnęły magią i pognała razem z nim oddalić się od wejścia do biblioteki, bo to absolutnie nie oni, prawda? Zaraz pociągnęła go, zmuszając, żeby zwolnił – jak będą biegać i dyszeć, to od razu jak ktoś ich zauważy, uzna, że są podejrzani, a tak to tylko sobie wracają ze śniadania, prawda? Nie przejmowała się ani trochę, że złapał ją za rękę – miała w zwyczaj łapania za nie innych i jeszcze ciągania korytarzami.
– To co? Obchodzimy teraz korytarz, i wychodzimy z drugiej strony, niby to oddać książki do biblioteki, zobaczyć, jak z tymi włosami wyszło? – spytała, zdmuchując z twarzy kosmyk włosów, który wciskał się do ucha. Jeśli szło o Brennę, mogła nawet wejść do tej biblioteki i też dać się przekolorować, nikt wtedy nie będzie ich podejrzewał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.