02.09.2024, 18:38 ✶
Nie miał zielonego pojęcia, czy Mulciberowie mieli jakikolwiek majątek poza kamienicą. Podejrzewał, że jakiś musieli mieć a to wszystko - w tym świeczki i kadzidła - to była tylko przykrywka dla tego, co Robert robił naprawdę. Jeśli zaś o Richarda chodzi... Tutaj musiał przyznać przed samym sobą, że nie miał pojęcia, co go sprowadziło do Anglii. Zapewne jego brat. Był tam aurorem, to już wiedział. Chciał przeniknąć do Ministerstwa - to też wiedział. Ale czy mu się uda? Z tego co Lestrange się orientował, sprawa niekoniecznie mogła być tak prosta... Ale już mniejsza o to: chodziło też o to, że w jego głowie ktoś z takimi planami na przyszłość powinien mieć jakiekolwiek zabezpieczenie finansowe. Być może Mulciberowie ukrywali przed resztą rodziny pieniądze? Nie zdziwiłoby go to.
- Może czuje się w obowiązku ciągnąć ten biznes - odpowiedział, chociaż wcale tak nie myślał. - No i musisz przyznać, że jest w tym dobry.
Zauważył, chociaż tak naprawdę guzik wiedział, czy Robert był dobry w tym gównie z wosku, które robił, czy nie.
- Tak jak te na Lammas? - zapytał, nie kryjąc rozbawienia. Wciąż nie miał zielonego pojęcia do Charliemu strzeliło do głowy, żeby wybrać taki a nie inny kształt. To było specjalne zamówienie? Albo - sądząc po tym jak cisną Robertowi - jakaś jego prywatna, mała zemsta. Pstryczek w nos, który przerodził się w coś większego.
Lestrange nie miał zamiaru korzystać z pomocy Charlesa ani jego brata, Leonarda. Miał swoich sprawdzonych dostawców, którym również nie ufał, ale w trochę mniejszym stopniu niż... CÓŻ - równolatkom. Zalatywało trochę hipokryzją, bo przecież sam był młody i nie lubił, gdy się go lekceważyło ze względu na wiek, ale to nie przeszkadzało mu robić tego samego, co robiono mu.
- Pomyślę o tym - odpowiedział, słuchając uważnie tego, co mówił mu chłopak. - Pracuję w Departamencie Tajemnic.
Taka odpowiedź musiała niestety chłopakowi wystarczyć. Ten konkretny Departament był od zawsze owiany tajemnicą, którą miał zresztą w nazwie. Nic więcej mówić nie mógł, chyba że ewentualnie jakieś drobne uściślenie, w której Komnacie pracował. Ale po prawdzie to nie był nawet pewny, czy Mulciber zna zawiłości angielskiego Ministerstwa i poszczególnych Departamentów.
- W tej samej Komnacie, co niegdyś twój wuj - dodał, oddając Charlesowi szklankę z whisky. Nie upił jej dużo: zaledwie jeden maleńki łyczek. - Aczkolwiek to stare dzieje, Robert zrezygnował z pracy tam na długo zanim ja skończyłem szkołę.
Milczał. Milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w chłopaka z uwagą. Bo to właśnie mu teraz dawał: możliwość wysłuchania, wyrzygania metaforycznie tego, co mu leżało na duszy. Nie oceniał, a przynajmniej nie wyglądało na to, by go oceniał. Twarz Rodolphusa wyrażała naprawdę mało emocji, lecz gdy już jakieś się pojawiały podczas tej rozmowy, to nie była to pogarda. Wyjątkowo pieczołowicie dbał o to, by jej nie okazywać wprost.
- Nie uważam, byś był słaby - odezwał się w końcu, wyciągając rękę. Położył ją w uspokajającym geście na ramieniu Charlesa. W jego oczach widać było jednak wyłącznie powagę, nic innego. - Jesteś po prostu skrzywdzony i przemawia przez ciebie alkohol. Każdą ranę da się zaleczyć. A jeżeli nie masz celu w życiu... Znajdź nowy.
- Może czuje się w obowiązku ciągnąć ten biznes - odpowiedział, chociaż wcale tak nie myślał. - No i musisz przyznać, że jest w tym dobry.
Zauważył, chociaż tak naprawdę guzik wiedział, czy Robert był dobry w tym gównie z wosku, które robił, czy nie.
- Tak jak te na Lammas? - zapytał, nie kryjąc rozbawienia. Wciąż nie miał zielonego pojęcia do Charliemu strzeliło do głowy, żeby wybrać taki a nie inny kształt. To było specjalne zamówienie? Albo - sądząc po tym jak cisną Robertowi - jakaś jego prywatna, mała zemsta. Pstryczek w nos, który przerodził się w coś większego.
Lestrange nie miał zamiaru korzystać z pomocy Charlesa ani jego brata, Leonarda. Miał swoich sprawdzonych dostawców, którym również nie ufał, ale w trochę mniejszym stopniu niż... CÓŻ - równolatkom. Zalatywało trochę hipokryzją, bo przecież sam był młody i nie lubił, gdy się go lekceważyło ze względu na wiek, ale to nie przeszkadzało mu robić tego samego, co robiono mu.
- Pomyślę o tym - odpowiedział, słuchając uważnie tego, co mówił mu chłopak. - Pracuję w Departamencie Tajemnic.
Taka odpowiedź musiała niestety chłopakowi wystarczyć. Ten konkretny Departament był od zawsze owiany tajemnicą, którą miał zresztą w nazwie. Nic więcej mówić nie mógł, chyba że ewentualnie jakieś drobne uściślenie, w której Komnacie pracował. Ale po prawdzie to nie był nawet pewny, czy Mulciber zna zawiłości angielskiego Ministerstwa i poszczególnych Departamentów.
- W tej samej Komnacie, co niegdyś twój wuj - dodał, oddając Charlesowi szklankę z whisky. Nie upił jej dużo: zaledwie jeden maleńki łyczek. - Aczkolwiek to stare dzieje, Robert zrezygnował z pracy tam na długo zanim ja skończyłem szkołę.
Milczał. Milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w chłopaka z uwagą. Bo to właśnie mu teraz dawał: możliwość wysłuchania, wyrzygania metaforycznie tego, co mu leżało na duszy. Nie oceniał, a przynajmniej nie wyglądało na to, by go oceniał. Twarz Rodolphusa wyrażała naprawdę mało emocji, lecz gdy już jakieś się pojawiały podczas tej rozmowy, to nie była to pogarda. Wyjątkowo pieczołowicie dbał o to, by jej nie okazywać wprost.
- Nie uważam, byś był słaby - odezwał się w końcu, wyciągając rękę. Położył ją w uspokajającym geście na ramieniu Charlesa. W jego oczach widać było jednak wyłącznie powagę, nic innego. - Jesteś po prostu skrzywdzony i przemawia przez ciebie alkohol. Każdą ranę da się zaleczyć. A jeżeli nie masz celu w życiu... Znajdź nowy.