Zapewne znalazłoby się więcej osób poza ich dwójką, które nie do końca przepadały za tymi spędami. Ciekawe dlaczego więc jeszcze od tego nie odeszli, skoro nie wszyscy bawili się doskonale na tych przyjęciach. Spora część czarodziejów podchodziła do tego, jako do nie do końca przyjemnego obowiązku. Przestarzałe tradycje ciągle nie odchodziły w zapomnienie. Cóż, skoro arystokraci krzyżowali się głównie między sobą to musieli się gdzieś poznawać, a raczej prezentować swoje dzieci, niczym zwierzęta, które mieli sprzedać innym rodzinom, aby rosnąć w siłę. Przyjęcia, jak te był ku temu idealne - neutralny grunt, piękne stroje, trunki, wszystko wymuskane, no nie pozostawało nic innego jak się zakochać. Iluzja jednak z czasem mijała, ciekawe ile z młodych czarownic zawiodło się po tym, jak w końcu spotkało swojego wybranka w prawdziwym świecie, nie w tym wyidealizowanym. Oczywiście też można było spotkać wiele interesujących kontaktów, nawiązywać umowy biznesowe, tyle, czy faktycznie wystawne przyjęcia były ku temu potrzebne?
Czuła, że robi się coraz cieplej. Wypity alkohol uderzał w tętnice osób bawiących się na parkiecie. Lodowe rzeźby niedługo zaczną się roztapiać, o ile ktoś nie zadba o to, aby wdarło się tu choć trochę zimnego powietrza. Sama czuła, że przyjemne ciepło zaczęło się rozchodzić po jej ciele, kiedy wypiła te podwójną porcję ognistej. Jeszcze chwila, a na jej bladych policzkach pojawią się rumieńce, jak zawsze gdy alkohol zaczynał krążyć w jej żyłach.
Nie zakładała tak naprawdę niczego, gdy się tutaj pojawiła. Była pewna, że prędzej, czy później spotka jakąś znajomą twarz, już ich kilka minęła, tyle, że byli zajęci swoimi towarzyszami, a ona zjawiła się sama. Więcej nie popełni tego błędu, nie zamierzała bowiem nikogo odciągać od towarzystwa. Stąd stwierdziła, że wychyli te kilka drinków i zmyje się do domu, albo skończy w jakimś obskurnym pubie jak miała w zwyczaju. Tam przynajmniej nikt jej nie oceniał, mogłaby się nawalić tak, że straciłaby kontrolę i nikogo by to nie obchodziło.
Nie zamierzała dzisiaj wracać do rodziców. Walia była zbyt daleko, to znaczy dzisiaj była zbyt daleko, normalnie teleportowałaby się tam w kilka sekund, ale nie wykorzystywała tej umiejętności po tym gdy piła. Pewnie rano odwiedzi rodziców i Astarotha, na pewno sporo urósł od czasu, kiedy ostatnio się widzieli. Jej myśli na moment skierowały się ku jej starszemu bratu, ciekawe, gdzie on spędza święta. Wyjechał kilka lat temu, pisywali regularnie, ale nadal listy przychodziły z opóźnieniem, więc nigdy nie mogła mieć pewności, gdzie się w danej chwili znajduje.
- Zawsze dbam o swoich towarzyszy. - Nawet mógł uwierzyć w te słowa, bo przecież ostatnio spotkali się w szpitalu, gdy przyniosła tam niemalże na plecach swojego rannego kuzyna. Obojętne jej było, czy znajdowała się na polu walki, czy z szklanką walcząc z alkoholem starała się, aby każdy czuł się dobrze, niepominięty, ważny na swój sposób. Uniosła swoją szklankę w toaście, kiedy on sięgnął po swoją.
Margaux. Zarejestrowała imię. To była ta dziewczyna, która jeszcze parę minut temu wepchnęła się jej w kolejkę, ta, która z nim tutaj stała. - Nie wyglądasz, jakbyś się tym szczególnie przejmował. - Przynajmniej w tym momencie, bo ledwie chwilę temu zniknął stąd zapewne w poszukiwaniu tej dziewczyny. Może faktycznie nie zamierzał jej szukać, albo znalazł i nie chciał jej w czymś przeszkadzać. Możliwości było wiele. Nie chciała jednak o to pytać, bo mogłoby to być uznane za wsadzanie nosa w nieswoje sprawy - całkiem słusznie zresztą.
Przeniosła wzrok w stronę szklanki w której stronę kiwnął palcem. Skrzywiła się patrząc na jej zawartość. Nie był to najlepszy trunek dostępny w tym miejscu. - Możesz jej przekazać, żeby prosiła o czysty alkohol, te drinki nie mają go w sobie wcale, nie to co ognista. - Właściwie, czy to faktycznie była wada? Pewnie zależało od tego, jaki był cel picia tych trunków. Yaxley założyła, że ta dziewczyna ma podobny do tego jej - nawalić się w miarę szybko. Miała świadomość, że niektórzy woleli mieć jasny umysł, w ich przypadku sięgnięcie po to, co znajdowało się w szklance było bardziej zrozumiałe.
Czy bawiła się dobrze? Sama tak naprawdę jeszcze nie wydała osądu. Był to początek wieczoru, póki co nikt nie zdążył jej nadepnąć na odcisk, więc nie było najgorzej. - W tej chwili? Tak, bo mam towarzystwo. - Nie musiała pić sama, a to wystarczało jej do szczęścia. - Przyszłam tutaj sama, zapomniałam, jak bardzo głupim to jest pomysłem na tych przyjęciach. - Ciężko było się przebić przez te tłumy osób, uwiesić się na kimś na dłużej, poczuć bezpiecznie. Wśród tych dalszych znajomych bowiem ciągle musiała być czujna, wiedziała, że będą ją oceniać - zawsze to robili. - A ty? Jak się bawisz Ambroise? - Wypadało zapytać o jego wrażenia, kultura tego wymagała.
Usłyszała znajomy rytm, który wybijała palcami na blacie przed chwilą, teraz on robił to samo. Ciekawe, czy był to jeden z tych świadomych odruchów, czy wręcz przeciwnie. Nie skomentowała, że to wyłapała.
- Mam wrażenie, że co roku próbują pokazać, że stać ich na więcej, to trochę głupie zważając na to, że nie mają żadnej konkurencji. - Macmillanowie zawsze robili najwspanialsze przyjęcia, nie powinno to nikogo dziwić, ciekawe, co się stanie, jak skończą im się pomysły na kolejne atrakcje.
Yaxley kiwnęła głową do barmana porozumiewawczo, by podał jej całą butelkę ognistej, bez sensu co chwila zamawiać kolejną kolejkę, nie musieli przecież wypijać całej, ale będą mieli alkohol pod ręką. Butelka stała przed nimi nim zdążyła mrugnąć okiem.
Margaux. Wrócił do tej dziewczyny z którą tutaj stał. Nie miała pojęcia kim dla niego jest, ale jej pierwotne założenia musiały nie być trafne. Skoro mówił o niej dziecko, to musiała być albo jego jakaś młodsza znajoma, albo ktoś z rodziny. - Robisz za niańkę? - Zapytała unosząc brwi, przy okazji sięgnęła po butelkę i zaczęła im wlewać whisky do szklanek, zdążyli opróżnić te swoje.