02.09.2024, 19:27 ✶
Czasami problemem pracy w weekendy nie były szalone i trudne przypadki, które wymagały albo znacznych pokładów energii, albo długiego siedzenia nad jednym z nich, a po prostu sami pacjenci, którzy na przykład dzisiaj jakby uparli się, by robić mu na złość. Po przecież nie można było po prostu siedzieć i dać zająć się swoją dłonią, która wyglądała niczym łuski ryby, bo ktoś źle rzucił jakieś proste zaklęcie. Nie. Trzeba było się przy tym kłócić, że pacjentka to w ogóle wie wszystko lepiej, czemu on nakładał tę maść, a nie inną, a tak poza tym to ona sama by sobie poradziła, gdyby nie głupia synową, co ja tutaj zaciągnęła. Niby prosty przypadek a cholernie uciążliwy. Potem oczywiście nie było lepiej, bo musiał mierzyć się z pacjentem, któremu chyba wraz z włosami wypadły nagle wszystkie szare komórki, bo twierdził, że on nie ufa żadnym zielonym eliksirom, a tak poza tym to Basilius pewnie wmawia mu klątwę, bo inaczej nie miałby co robić, bo przecież tak szalenie nudziło mu się tutaj w weekendy i tak bardzo przerażała go wizja, aby wrócić do domu i pójść spać, że musiał wymyślać nieistniejące klatwy. A aby na pewno mu się nie nudziło, to następna pacjentka upierała się, że chce by jej wszystkie pięć sióstr było przy niej, gdy zajmował się jej nogą, bo zanim weszła do niego, to w poczekalni usłyszała, że jakiś inny wydział nie miał dzisiaj problemu z wpuszczaniem osób towarzyszących. O następnej parze, która postanowiła korzystać z przeklętych zabawek erotycznych, Basilius bardzo usilnie próbował nie myśleć.
Finał tych przypadków był jednak taki, że on potrzebowali przerwy, a wszyscy pacjenci czuli się lepiej, niż wcześniej, nawet jeśli pewnie zakładali, że uzdrowiciel o nazwisku Prewett nie był najsympatyczniejszym uzdrowicielem na świecie. Na swoją obronę mógł jednak dodać, że nie krzyczał. Po prostu w pewnym momencie mówił bardzo dobitnie co o tym wszystkim myślał. Ale uprzejmie!
Gdy dotarł do kafeterii, zobaczył, że nie tylko on wpadł na pomysł, by zaszyć się tutaj w kubkiem jakiegoś napoju. Nie podszedł jednak od razu do Greengrasa, a najpierw ruszył w stronę obecnie ukochanej i upragnionej maszyny i chwilę zastanawiał się, czy to była już ta pora, by napić się czarnej kawy, czy jeszcze na razie powinien ratować się kubkiem herbaty. Wygrała kawa. To miał być długi dyżur, a on może jeszcze fizycznie dawał radę, ale psychcznie czuł się absolutnie wykończony tymi wszystkimi dyskusjami z pacjentami. Zazwyczaj było na odwrót, więc chyba można było to uznać za miłą odmianę.
Gdy wziął już filiżankę, skierował swoje, powolne, kroki do stolika, przy którym siedział Ambroise i jedynie opadł ciężko na krzesło.
– Też masz wrażenie, że pacjenci stają się bardziej uparci w weekendy, czy to ja mam dzisiaj takie szczescie? – rzucił na powitanie, wzdychając przy tym ciężko. Dzięki Matce i samemu sobie, że już dawno temu wkupił się w łaski właścicielki tego miejsca odpowiednią ilością czekoladek i dobrego słowa, bo gdyby nie mógł ukryć się tutaj na chwilę przed tym chaosem to chyba by zwariował.
Finał tych przypadków był jednak taki, że on potrzebowali przerwy, a wszyscy pacjenci czuli się lepiej, niż wcześniej, nawet jeśli pewnie zakładali, że uzdrowiciel o nazwisku Prewett nie był najsympatyczniejszym uzdrowicielem na świecie. Na swoją obronę mógł jednak dodać, że nie krzyczał. Po prostu w pewnym momencie mówił bardzo dobitnie co o tym wszystkim myślał. Ale uprzejmie!
Gdy dotarł do kafeterii, zobaczył, że nie tylko on wpadł na pomysł, by zaszyć się tutaj w kubkiem jakiegoś napoju. Nie podszedł jednak od razu do Greengrasa, a najpierw ruszył w stronę obecnie ukochanej i upragnionej maszyny i chwilę zastanawiał się, czy to była już ta pora, by napić się czarnej kawy, czy jeszcze na razie powinien ratować się kubkiem herbaty. Wygrała kawa. To miał być długi dyżur, a on może jeszcze fizycznie dawał radę, ale psychcznie czuł się absolutnie wykończony tymi wszystkimi dyskusjami z pacjentami. Zazwyczaj było na odwrót, więc chyba można było to uznać za miłą odmianę.
Gdy wziął już filiżankę, skierował swoje, powolne, kroki do stolika, przy którym siedział Ambroise i jedynie opadł ciężko na krzesło.
– Też masz wrażenie, że pacjenci stają się bardziej uparci w weekendy, czy to ja mam dzisiaj takie szczescie? – rzucił na powitanie, wzdychając przy tym ciężko. Dzięki Matce i samemu sobie, że już dawno temu wkupił się w łaski właścicielki tego miejsca odpowiednią ilością czekoladek i dobrego słowa, bo gdyby nie mógł ukryć się tutaj na chwilę przed tym chaosem to chyba by zwariował.