02.09.2024, 20:36 ✶
- W końcu jestem miłym człowiekiem - nawet nie drgnęła mu powieka.
Mógłby być całkiem dobrym kłamcą, gdyby nie to, że oboje wiedzieli, że tak jak Florence, Ambroise również potrafił być przesadnie wymagający. Zarówno wobec siebie jak i współpracowników czy stażystów. Wymagał od wszystkich, był w tym bardzo stały i skrupulatny. Może nie robił tego często, ale miewał dni, gdy zionął niewidzialnym ogniem. Nie krzyczał, głównie syczał i rozstawiał ludzi we właściwych miejscach z kątów, w których się pochowali. Nie lubił nieładu i paniki, szczególnie wśród personelu, który powinien stać na straży porządku. Był równie miły, co niemiły. Aktualną wersję dyktowała sytuacja.
- Niektórzy rzucają się w wir przygody nawet bez chusteczki do nosa - odpowiedział, miną dając znać, że nie do końca szanował zupełny brak przygotowania, ale też nie krytykował tego w całości. Niektóre najlepsze odkrycia były dziełem kompletnego przypadku, a często nawet braku rozsądku.
- Rozumiem, że nie dasz się namówić? - spytał z żartobliwego obowiązku, bo wcale nie zamierzał próbować. Nawet jeśli nie tylko on chętnie zobaczyłby Florence w wydaniu mścicielki z siekierą, wyjątkowo kwestionował powodzenie tego przedsięwzięcia. Rośliny nie miały kostek, po których mogłaby je ciąć.
Miały natomiast grube, twarde pnącza pełne kolców i pętelek. Trzeba było czegoś więcej niż uporu i wściekłej siły, żeby sobie z tym poradzić. Oczywiście, nadal rozważał użycie siekiery. W przeciwieństwie do mugolskich środków chemicznych, nigdy całkowicie nie porzucił tego pomysłu i był niemal przekonany, że prawdopodobnie będą musieli skorzystać z siły fizycznej.
To miało się wkrótce okazać, gdyż Florence udało się posłać kogoś po odpowiednie eliksiry. Jeśli coś magicznego miało zadziałać, to właśnie to. Miał tylko nadzieję, że stażysta się pospieszy. Miniaturowa flora na ławce nie wyglądała na ewoluującą, ale to mogło ulec zmianie w niemal każdym momencie.
- Rozważyłbym konsultacje z wypadkami przedmiotowymi - odrzekł gładko, choć bez zamiaru angażowania kolegów w rozwiązanie problemu, przypominając im obojgu o istnieniu tego oddziału, który nawet przez większość uzdrowicieli był traktowany po macoszemu.
Jeśli zatrucia eliksiralne i roślinne przechodziły regres, nie potrafiąc zdobyć zainteresowania stażystów, to wypadki przedmiotowe były na jeszcze niższej pozycji. W przeciwieństwie do urazów pozaklęciowych, czego nie omieszkał komentować za każdym razem, gdy miał ku temu adekwatną okazję... czyli bardzo często. Urazy pozaklęciowe były jak nienażarta bestia. Ulubiony pupilek prawdopodobnie wszystkich, którzy mieli większy wpływ na życie szpitala. Jasne, potrzebowano tam wszystkich rąk, jakie mogły być dostępne (jak zresztą wszędzie w Mungu), ale mogliby od czasu do czasu przystopować i dać innym oddziałom zagarnąć jakąś duszyczkę. Jak dotąd, nie dały. Niemal wszyscy nieodmiennie wybierali pasjonujące klątwy, pościgi i wybuchy.
Tymczasem wypadki przedmiotowe? Kto pamiętał o wypadkach przedmiotowych? Czasami, gdy nareszcie przewijał się ten temat, żartowano sobie, że nawet uzdrowiciele z tamtego oddziału z czasem zapominali, gdzie pracują i samoistnie dołączali do innych kolegów przy ich ciekawszych zajęciach. Oczywiście, w znacznej mierze mijało się to z prawdą. Wypadki przedmiotowe były jednym z najbardziej zapracowanych pięter szpitala, ale przypadki stamtąd nieczęsto wykraczały poza standardowe:
- Merlinie, mieliśmy skrajnie trudny przypadek zatrucia eksperymentalnym eliksirem zmieniającym włosy na głowie w źdźbła trawy.
- U nas klątwa niemal rozłożyła całą rodzinę. I to dosłownie! Ci ludzie zaczęli gnić od środka!
- To straszne. A co u was, co u was?
- Nic wielkiego. John znowu się potknął i upadł na kolbę do warzenia eliksirów... to piąty raz w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy. Poczciwy czarodziej, ale idiota.
Gdyby chcieli dostać jakąś siekierę prawdopodobnie mogli poszukać właśnie tam. Najpewniej znalazłoby się coś spełniającego wymagania, niekoniecznie nowego, ale nic, czego nie załatwiłoby przyśpieszone Chłoszczyść!
Poza tym, te rośliny raczej nie były krwiożercze. Skupiały się na duszeniu i reagowały na magię. Ambroise wolał nie próbować z krwią lub innymi substancjami niż te, które faktycznie mogły zaradzić problemowi.
- Najpewniej zaatakuję to mopem - powiedział bardzo poważnie, żeby zbić Florence z tropu, zanim westchnął i pokiwał głową. - W przypadku ławki wystarczy coś poręcznego i ostrego, jeśli łaska - nie był niemiły, wyłącznie zamyślony.
Mógłby być całkiem dobrym kłamcą, gdyby nie to, że oboje wiedzieli, że tak jak Florence, Ambroise również potrafił być przesadnie wymagający. Zarówno wobec siebie jak i współpracowników czy stażystów. Wymagał od wszystkich, był w tym bardzo stały i skrupulatny. Może nie robił tego często, ale miewał dni, gdy zionął niewidzialnym ogniem. Nie krzyczał, głównie syczał i rozstawiał ludzi we właściwych miejscach z kątów, w których się pochowali. Nie lubił nieładu i paniki, szczególnie wśród personelu, który powinien stać na straży porządku. Był równie miły, co niemiły. Aktualną wersję dyktowała sytuacja.
- Niektórzy rzucają się w wir przygody nawet bez chusteczki do nosa - odpowiedział, miną dając znać, że nie do końca szanował zupełny brak przygotowania, ale też nie krytykował tego w całości. Niektóre najlepsze odkrycia były dziełem kompletnego przypadku, a często nawet braku rozsądku.
- Rozumiem, że nie dasz się namówić? - spytał z żartobliwego obowiązku, bo wcale nie zamierzał próbować. Nawet jeśli nie tylko on chętnie zobaczyłby Florence w wydaniu mścicielki z siekierą, wyjątkowo kwestionował powodzenie tego przedsięwzięcia. Rośliny nie miały kostek, po których mogłaby je ciąć.
Miały natomiast grube, twarde pnącza pełne kolców i pętelek. Trzeba było czegoś więcej niż uporu i wściekłej siły, żeby sobie z tym poradzić. Oczywiście, nadal rozważał użycie siekiery. W przeciwieństwie do mugolskich środków chemicznych, nigdy całkowicie nie porzucił tego pomysłu i był niemal przekonany, że prawdopodobnie będą musieli skorzystać z siły fizycznej.
To miało się wkrótce okazać, gdyż Florence udało się posłać kogoś po odpowiednie eliksiry. Jeśli coś magicznego miało zadziałać, to właśnie to. Miał tylko nadzieję, że stażysta się pospieszy. Miniaturowa flora na ławce nie wyglądała na ewoluującą, ale to mogło ulec zmianie w niemal każdym momencie.
- Rozważyłbym konsultacje z wypadkami przedmiotowymi - odrzekł gładko, choć bez zamiaru angażowania kolegów w rozwiązanie problemu, przypominając im obojgu o istnieniu tego oddziału, który nawet przez większość uzdrowicieli był traktowany po macoszemu.
Jeśli zatrucia eliksiralne i roślinne przechodziły regres, nie potrafiąc zdobyć zainteresowania stażystów, to wypadki przedmiotowe były na jeszcze niższej pozycji. W przeciwieństwie do urazów pozaklęciowych, czego nie omieszkał komentować za każdym razem, gdy miał ku temu adekwatną okazję... czyli bardzo często. Urazy pozaklęciowe były jak nienażarta bestia. Ulubiony pupilek prawdopodobnie wszystkich, którzy mieli większy wpływ na życie szpitala. Jasne, potrzebowano tam wszystkich rąk, jakie mogły być dostępne (jak zresztą wszędzie w Mungu), ale mogliby od czasu do czasu przystopować i dać innym oddziałom zagarnąć jakąś duszyczkę. Jak dotąd, nie dały. Niemal wszyscy nieodmiennie wybierali pasjonujące klątwy, pościgi i wybuchy.
Tymczasem wypadki przedmiotowe? Kto pamiętał o wypadkach przedmiotowych? Czasami, gdy nareszcie przewijał się ten temat, żartowano sobie, że nawet uzdrowiciele z tamtego oddziału z czasem zapominali, gdzie pracują i samoistnie dołączali do innych kolegów przy ich ciekawszych zajęciach. Oczywiście, w znacznej mierze mijało się to z prawdą. Wypadki przedmiotowe były jednym z najbardziej zapracowanych pięter szpitala, ale przypadki stamtąd nieczęsto wykraczały poza standardowe:
- Merlinie, mieliśmy skrajnie trudny przypadek zatrucia eksperymentalnym eliksirem zmieniającym włosy na głowie w źdźbła trawy.
- U nas klątwa niemal rozłożyła całą rodzinę. I to dosłownie! Ci ludzie zaczęli gnić od środka!
- To straszne. A co u was, co u was?
- Nic wielkiego. John znowu się potknął i upadł na kolbę do warzenia eliksirów... to piąty raz w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy. Poczciwy czarodziej, ale idiota.
Gdyby chcieli dostać jakąś siekierę prawdopodobnie mogli poszukać właśnie tam. Najpewniej znalazłoby się coś spełniającego wymagania, niekoniecznie nowego, ale nic, czego nie załatwiłoby przyśpieszone Chłoszczyść!
Poza tym, te rośliny raczej nie były krwiożercze. Skupiały się na duszeniu i reagowały na magię. Ambroise wolał nie próbować z krwią lub innymi substancjami niż te, które faktycznie mogły zaradzić problemowi.
- Najpewniej zaatakuję to mopem - powiedział bardzo poważnie, żeby zbić Florence z tropu, zanim westchnął i pokiwał głową. - W przypadku ławki wystarczy coś poręcznego i ostrego, jeśli łaska - nie był niemiły, wyłącznie zamyślony.