02.09.2024, 21:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2024, 21:19 przez Icarus Prewett.)
Słuchał tyrady Mony i notował w głowie, do czego się odnieść. To była zabawa, swego rodzaju dyskusyjny sparing. Jednocześnie czuł się trochę... rozproszony. Jak mówiła, gestykulowała dłońmi, a on miał ochotę za nie chwycić, przytrzymać je, poczuć ich ciepło. Być może uniósłby jedną do ust i ucałował? To był gest godny dżentelmena, prawda?
– Jeśli ta praca naukowa to kolejny artykuł z miesięcznika „Wybuch mózgu”, to podziękuję – odparł, opierając dłonie na biodrach. – A i równie dobrze możemy uznać, że istnieją pół-ludzie, pół-banany. Mamy mniej więcej takie same poświadczenia, jak na temat dragonbornów. Ale co do jednego masz rację: mówienie takich głupot byłoby końcem kariery każdego przyzwoitego historyka.
Jeśli chodziło o przyznawanie racji Monie, na pewno Icarus nie miał zamiaru tego robić. Za bardzo lubił ich przekomarzanki. Natomiast, gdy usłyszał o możliwości stosunku człowieka ze smokiem i kreatywności pewnych czarodziejów w tym zakresie, parsknął śmiechem, jednocześnie wciąż rumieniąc się. To było absurdalne, a równocześnie należało do tematów, których Icarus wolał nie poruszać.
Już miał coś odpowiedzieć, ale nagle usłyszał głos jednego ze swoich dręczycieli. Gregory był okrutnym i paskudnym gościem, któremu przeszkadzało u ludzi najmniejsze odejście od normy. Albo po prostu lubił się znęcać nad innymi...
– Akurat ktoś taki jak ty nie powinien się wypowiadać na takie tematy, Gregory. Jesteś tak interesujący jak podeszwa mojego buta– odezwał się Icarus nonszalancko.
Bał się, owszem, ale jednocześnie... Chciał bronić Mony. Nikt nie miał prawa tak o niej mówić ani sprawiać jej przykrości. Problem był taki, że Gregory był wyższy i silniejszy od Icarusa. Grał w Quidditcha i nie był wyśmiewany. Nie miał również żadnych ciekawych zainteresowań ani nic interesującego do powiedzenia.
– Coś ty do mnie powiedział, bękarcie? – warknął Gregory, mierząc Icarusa wzrokiem.
Ten wkurzył się. Zawsze był wrażliwy na słowo na „b”. Coś się w nim zgotowało.
– To, że masz się odczepić od Mony, ty przeklęty, bezmózgi, tleniony... – zaczął Icarus podniesionym głosem, ale nie skończył, bo między chłopców wkroczył profesor Slughorn.
– Koniec! Żadnych awantur na moich przyjęciach! – zakrzyknął. Zwykle był to łagodny człowiek, ale psucie mu imprez niezwykle go irytowało.
– Nieważne, profesorze. I tak wychodzimy – rzekł Icarus, nadal kipiąc z wściekłości.
Wiedział, że jeśli w najbliższym czasie spotka Gregory'ego, ten zapewne spuści mu łomot. Icarus się nie przejmował. Obudziła się w nim jakaś szlachetność. Nawet jeśli nie miał siły, chciał bronić Mony. A na pewno nie zamierzał dopuścić do tego, żeby jakiś idiota sprawił jej przykrość.
– Jeśli ta praca naukowa to kolejny artykuł z miesięcznika „Wybuch mózgu”, to podziękuję – odparł, opierając dłonie na biodrach. – A i równie dobrze możemy uznać, że istnieją pół-ludzie, pół-banany. Mamy mniej więcej takie same poświadczenia, jak na temat dragonbornów. Ale co do jednego masz rację: mówienie takich głupot byłoby końcem kariery każdego przyzwoitego historyka.
Jeśli chodziło o przyznawanie racji Monie, na pewno Icarus nie miał zamiaru tego robić. Za bardzo lubił ich przekomarzanki. Natomiast, gdy usłyszał o możliwości stosunku człowieka ze smokiem i kreatywności pewnych czarodziejów w tym zakresie, parsknął śmiechem, jednocześnie wciąż rumieniąc się. To było absurdalne, a równocześnie należało do tematów, których Icarus wolał nie poruszać.
Już miał coś odpowiedzieć, ale nagle usłyszał głos jednego ze swoich dręczycieli. Gregory był okrutnym i paskudnym gościem, któremu przeszkadzało u ludzi najmniejsze odejście od normy. Albo po prostu lubił się znęcać nad innymi...
– Akurat ktoś taki jak ty nie powinien się wypowiadać na takie tematy, Gregory. Jesteś tak interesujący jak podeszwa mojego buta– odezwał się Icarus nonszalancko.
Bał się, owszem, ale jednocześnie... Chciał bronić Mony. Nikt nie miał prawa tak o niej mówić ani sprawiać jej przykrości. Problem był taki, że Gregory był wyższy i silniejszy od Icarusa. Grał w Quidditcha i nie był wyśmiewany. Nie miał również żadnych ciekawych zainteresowań ani nic interesującego do powiedzenia.
– Coś ty do mnie powiedział, bękarcie? – warknął Gregory, mierząc Icarusa wzrokiem.
Ten wkurzył się. Zawsze był wrażliwy na słowo na „b”. Coś się w nim zgotowało.
– To, że masz się odczepić od Mony, ty przeklęty, bezmózgi, tleniony... – zaczął Icarus podniesionym głosem, ale nie skończył, bo między chłopców wkroczył profesor Slughorn.
– Koniec! Żadnych awantur na moich przyjęciach! – zakrzyknął. Zwykle był to łagodny człowiek, ale psucie mu imprez niezwykle go irytowało.
– Nieważne, profesorze. I tak wychodzimy – rzekł Icarus, nadal kipiąc z wściekłości.
Wiedział, że jeśli w najbliższym czasie spotka Gregory'ego, ten zapewne spuści mu łomot. Icarus się nie przejmował. Obudziła się w nim jakaś szlachetność. Nawet jeśli nie miał siły, chciał bronić Mony. A na pewno nie zamierzał dopuścić do tego, żeby jakiś idiota sprawił jej przykrość.