Miodowe oczy powędrowały za dłonią Fergusa i zatrzymały się na tym, co sprawiło, że wytwórca różdżek zadał to pytanie. „Co tu się do cholery stało?”, świetne pytanie, pomyślała i przykucnęła nad pożółkłą kością.
— O ile kość należy do jednorożca. — odparła, zakładając rękawiczki i zabrała się do odkopywania znaleziska. — Bo może też do czegoś innego, co zaatakowało jednorożca, ale padło od rogu.
Właśnie róg, czy raczej jego kawałek podała Ollivanderwoi. Nie miała zamiaru angażować go w wykopaliska, tym bardziej jaką miał minę, kiedy odkrył jedną kość.
Przesuwana ziemia odsłaniała kolejne części szkieletu, który Regina po chwili rozpoznała, jako nalężący do nieparzystokopytnego zwierza. Najprawdopodobniej jednorożca, ale trudno było to określić bez czaszki.
Rowle nie była jeszcze zaniepokojona tym odkryciem. Wcale nie musieli mieć do czynienia z czymś wyjątkowym, bo jednorożce żyjące dziko, podobnie jak dzikie konie, musiały mierzyć się z drapieżnikami oraz chorobami.
— Ciekawe… — rzuciła pod nosem i wstała, by spojrzeć na to wszystko z góry. — Nie jestem w stanie określić, czy coś go upolowało oraz, czy aby na pewno to jednorożec. Nie ma czaszki, kości trochę już tu leżą i też nie ma wszystkich. Mógł paść też ze starości.
Mówiła spokojnie, bez jakiegokolwiek zdenerwowania, bo i nie widziała sensu w snuciu spiskowych teorii. Wyciągnęła rękę po róg i kiedy Fergus go oddał, powiedziała z ciepłym uśmiechem:
— Chyba nie wychodzisz za często z pracowni. Czy może nie przepadasz za wypadami na łono natury? Wiem, że kości i inne takie to nie jest przyjemny dla oka widok, ale cóż, taka kolej rzeczy. Z każdego z nas tylko tyle zostanie.
Upewniła się jeszcze, że z Ollivanderem na pewno jest wszystko w porządku i zaproponowała dalszą podróż. Zwłaszcza że kilkanaście metrów dalej pień drzewa był poznaczony głębokimi bruzdami. Czyli byli na dobrym tropie.
Niedługo później
Mugolskie przysłowie mówi, że im dalej w las, tym więcej drzew. W przypadku ich wyprawy było podobnie, chociaż problemy zaczęły się wtedy, kiedy las zaczął się przerzedzać. Jeden ślad bytowania jednorożców na tym terenie prędko zaprowadził ich do kolejnych. Raz były to poznaczone pnie, raz kępki sierści pozostawione na gałązkach krzaków czy młodych drzewek.
Jednocześnie las stawał się coraz cichszy, aż wreszcie śpiew ptaków całkowicie ustał. Jak na złość słońce skryło się za szarym obłokiem chmury, ale to nadal nie zraziło Reginy, co do całej wyprawy.
Zawahała się dopiero wtedy, kiedy do ich uszu dobiegło ciche rżenie i zaraz też głuche uderzenie, jakby coś sporych rozmiarów zwaliło się na ziemię bez sił.