02.09.2024, 21:20 ✶
- Moja mama umarła wiele lat temu.
Dobrze. Słodkie były wyroki Karmy, która ją pokarała za splugawienie czystej Malfoy'owej krwi ożenkiem z plebejuszami z innego rodu.- Odezwał się cichy, skurwiały głosik w baldwinowej podświadomości.
- Strasznie mi przykro Charles. Niech jej ziemia lekką będzie, a dusza na zawsze pozostanie w łaskawych objęciach naszej Pani Matki.- Odpowiedziały usta. W dodatku wykrzywiając całą twarz czarnoksiężnika w wyrazie całkiem przekonującym współczuciu.
W takich chwilach nie mógł się oprzeć uporczywym myślom o swojej własnej matce. Jej pięknych długich włosach koloru świeżo ściętego zboża, lodowatym spojrzeniu. Wspominał czasy, gdy brała go na kolana sącząc do ucha słodki jad. Każdy kto nie jest nami jest wrogiem Baldwinie. Lubiła powtarzać Miranda Rosier-Malfoy przeczesując palcami jego śnieżnobiałe włosy.
A może mu się tylko zdawało? Może wyobcowane dziecko zaledwie wykreowało sobie obraz matki kochającej swoje potomstwo nad życie? Czy byłaby zginąć za niego? Za jego siostrę? Za Renigalda? Bo przecież matka powinna kochać swoje dzieci - nawet gdy te stawały się potworami.
- Moja matka… Um…- Rozejrzał się po ścianach, jakby do końca nie był pewien, gdzie powiesił jej obraz. Powiódł znużonym spojrzeniem po martwych spojrzeniach swoich portretów. Charlie nie musiał wiedzieć jakie kryły za nimi historie. W końcu jednak wskazał palcem na dostojną czarownicę w bogato zdobionych szkarłatnych szkarłatach. Spała spokojnie w fotelu bardziej przypominającym tron niż zwykłe krzesło.- Tam jest. Namalowałem ten portret, gdy ona… Gdy przestaliśmy się tak często widywać. Lubię jej opowiadać historie, gdy mi źle, samotnie… Sam wiesz. Każdy ma czasem chujowszy dzień.- Wzruszył lekko ramionami, prowadząc go do obrazu. Ciężko było stwierdzić czy kłamie jak z nut.
Kwestii pozostania psem na posyłki Ministerstwa nie dostała już żadnego komentarza. Chłopak miał jakiś zjebany kompleks bohatera? Chciał ratować świat przed zepsuciem i czarną magią? Ach naiwny, naiwny chłopiec. zapewne nigdy nie poznał słodkiego zapachu świeżej krwi spływającej po palcach niczym wino o nieco metalicznym posmaku. Żałosne. Ale Baldwin rozumiał. Nie każdy słyszał słodką pieśń śmierci i otrzymał zaszczyt odwiedzania jej łoża. Niektórzy byli po prostu zbyt słabi by posiąść moc. Zrozumieć wołanie.
- Renigald? Jest moim starszym bratem. - Powtórzył to co powiedział już wcześniej. Prawdę mówiąc nie wiedział czym zajmuje się jego brat poza rozpieprzaniem pieniędzy rodziców. Może miał jakieś hobby, ale to Baldwina nieszczególnie zajmowało. Ot widywał go raz na jakiś czas, w całkiem przyjaznej atmosferze. Z dala od domu rodzinnego. Z reguły również z dala od Nokturnu.
- Jest bardzo dobry.
- Nie. To ona jest piękna.- Odpowiedział spokojnie. Coś co mogło brzmieć jak skromność zbłąkanego artysty było w odczuciu Baldwina… czystą prawdą. Choć malował ją od lat - żaden portret nie oddawał doskonałości jaką była ta czarownica. Nie odrywał wzroku od od srebrzystych włosów dziewczyny, jej wykreowanym wprawnym pociągnięciem pędzla uśmiechem. Skąpana w błękitach, z szyją otuloną sznurem niedokończonych jeszcze pereł sprawiała wrażenie delikatnej bogini Wenus.- To moja…- moje serce, moja dusza, moja muza. Pierwsza gwiazda zaranna, pieśń nad pieśniami i pierwsza z oblubienic tego świata.-... moja siostra.- Dokończył.
Ale nie o samym portrecie chciał z nim porozmawiać. W zakorkowanych szklanych buteleczkach na stoliku przelewały się nitki wspomnień i myśli. Sięgnął po jedną z fiolek i jeden z nielicznych czystych pędzi, odsunięty na bok w puszce pędzli. W przeciwieństwie do innych narzędzi wyglądał na cenny. Starannie wykonane żłobienia w ciemnej rączce przypominały liście winorośli. Delikatne włosie było czyste i przygotowane do malowania najdrobniejszych detali.
- Tkałeś kiedyś obrazy pamięci, Charlie?- Zapytał tym samym łagodnym szeptem. Niezależnie od tego jaka była odpowiedź wcisnął Mulciberowi w rękę pędzel. Odkorkował buteleczkę, podsuwając mu ją.
Baldwin stał blisko, ale nieco z tyłu. Na tyle blisko, że bez problemu pochwycił chłopaka pod łokciem.
- Zanurz pędzel we wspomnieniu. Nie martw się, nie pobrudzisz się.- Zakpił jasno dając do zrozumienia, że widział - te wszystkie drobne, irytujące gesty. Jakby Charles się obawiał, że czymś się w jego domu zarazi. Nie skomentował tego więcej, na nowo skupiając pełną uwagę na płótnie.- Kiedy nabierzesz nić - poczujesz emocje. Nie pamiętam jakie to wspomnienie. Może radosne, może smutne.- Może przelałem tam pamięć o jej doskonałości odzianej jedynie w promienie księżyca.- Możesz je smakować, ale uważaj na nie. Są niezwykle cenne. I cholernie uzależniające.- Uniósł kąciki ust w uśmiechu.- A potem po prostu przenieś ją na płótno. Na włosy, na oczy… Niech cię magia sama kieruje. Pomogę ci.
Dobrze. Słodkie były wyroki Karmy, która ją pokarała za splugawienie czystej Malfoy'owej krwi ożenkiem z plebejuszami z innego rodu.- Odezwał się cichy, skurwiały głosik w baldwinowej podświadomości.
- Strasznie mi przykro Charles. Niech jej ziemia lekką będzie, a dusza na zawsze pozostanie w łaskawych objęciach naszej Pani Matki.- Odpowiedziały usta. W dodatku wykrzywiając całą twarz czarnoksiężnika w wyrazie całkiem przekonującym współczuciu.
W takich chwilach nie mógł się oprzeć uporczywym myślom o swojej własnej matce. Jej pięknych długich włosach koloru świeżo ściętego zboża, lodowatym spojrzeniu. Wspominał czasy, gdy brała go na kolana sącząc do ucha słodki jad. Każdy kto nie jest nami jest wrogiem Baldwinie. Lubiła powtarzać Miranda Rosier-Malfoy przeczesując palcami jego śnieżnobiałe włosy.
A może mu się tylko zdawało? Może wyobcowane dziecko zaledwie wykreowało sobie obraz matki kochającej swoje potomstwo nad życie? Czy byłaby zginąć za niego? Za jego siostrę? Za Renigalda? Bo przecież matka powinna kochać swoje dzieci - nawet gdy te stawały się potworami.
- Moja matka… Um…- Rozejrzał się po ścianach, jakby do końca nie był pewien, gdzie powiesił jej obraz. Powiódł znużonym spojrzeniem po martwych spojrzeniach swoich portretów. Charlie nie musiał wiedzieć jakie kryły za nimi historie. W końcu jednak wskazał palcem na dostojną czarownicę w bogato zdobionych szkarłatnych szkarłatach. Spała spokojnie w fotelu bardziej przypominającym tron niż zwykłe krzesło.- Tam jest. Namalowałem ten portret, gdy ona… Gdy przestaliśmy się tak często widywać. Lubię jej opowiadać historie, gdy mi źle, samotnie… Sam wiesz. Każdy ma czasem chujowszy dzień.- Wzruszył lekko ramionami, prowadząc go do obrazu. Ciężko było stwierdzić czy kłamie jak z nut.
Kwestii pozostania psem na posyłki Ministerstwa nie dostała już żadnego komentarza. Chłopak miał jakiś zjebany kompleks bohatera? Chciał ratować świat przed zepsuciem i czarną magią? Ach naiwny, naiwny chłopiec. zapewne nigdy nie poznał słodkiego zapachu świeżej krwi spływającej po palcach niczym wino o nieco metalicznym posmaku. Żałosne. Ale Baldwin rozumiał. Nie każdy słyszał słodką pieśń śmierci i otrzymał zaszczyt odwiedzania jej łoża. Niektórzy byli po prostu zbyt słabi by posiąść moc. Zrozumieć wołanie.
- Renigald? Jest moim starszym bratem. - Powtórzył to co powiedział już wcześniej. Prawdę mówiąc nie wiedział czym zajmuje się jego brat poza rozpieprzaniem pieniędzy rodziców. Może miał jakieś hobby, ale to Baldwina nieszczególnie zajmowało. Ot widywał go raz na jakiś czas, w całkiem przyjaznej atmosferze. Z dala od domu rodzinnego. Z reguły również z dala od Nokturnu.
- Jest bardzo dobry.
- Nie. To ona jest piękna.- Odpowiedział spokojnie. Coś co mogło brzmieć jak skromność zbłąkanego artysty było w odczuciu Baldwina… czystą prawdą. Choć malował ją od lat - żaden portret nie oddawał doskonałości jaką była ta czarownica. Nie odrywał wzroku od od srebrzystych włosów dziewczyny, jej wykreowanym wprawnym pociągnięciem pędzla uśmiechem. Skąpana w błękitach, z szyją otuloną sznurem niedokończonych jeszcze pereł sprawiała wrażenie delikatnej bogini Wenus.- To moja…- moje serce, moja dusza, moja muza. Pierwsza gwiazda zaranna, pieśń nad pieśniami i pierwsza z oblubienic tego świata.-... moja siostra.- Dokończył.
Ale nie o samym portrecie chciał z nim porozmawiać. W zakorkowanych szklanych buteleczkach na stoliku przelewały się nitki wspomnień i myśli. Sięgnął po jedną z fiolek i jeden z nielicznych czystych pędzi, odsunięty na bok w puszce pędzli. W przeciwieństwie do innych narzędzi wyglądał na cenny. Starannie wykonane żłobienia w ciemnej rączce przypominały liście winorośli. Delikatne włosie było czyste i przygotowane do malowania najdrobniejszych detali.
- Tkałeś kiedyś obrazy pamięci, Charlie?- Zapytał tym samym łagodnym szeptem. Niezależnie od tego jaka była odpowiedź wcisnął Mulciberowi w rękę pędzel. Odkorkował buteleczkę, podsuwając mu ją.
Baldwin stał blisko, ale nieco z tyłu. Na tyle blisko, że bez problemu pochwycił chłopaka pod łokciem.
- Zanurz pędzel we wspomnieniu. Nie martw się, nie pobrudzisz się.- Zakpił jasno dając do zrozumienia, że widział - te wszystkie drobne, irytujące gesty. Jakby Charles się obawiał, że czymś się w jego domu zarazi. Nie skomentował tego więcej, na nowo skupiając pełną uwagę na płótnie.- Kiedy nabierzesz nić - poczujesz emocje. Nie pamiętam jakie to wspomnienie. Może radosne, może smutne.- Może przelałem tam pamięć o jej doskonałości odzianej jedynie w promienie księżyca.- Możesz je smakować, ale uważaj na nie. Są niezwykle cenne. I cholernie uzależniające.- Uniósł kąciki ust w uśmiechu.- A potem po prostu przenieś ją na płótno. Na włosy, na oczy… Niech cię magia sama kieruje. Pomogę ci.