02.09.2024, 21:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2024, 21:28 przez Samuel McGonagall.)
Byli siebie warci, czyż nie? On zdecydował za nią, ona za niego.
Poprzednim razem pnącza wystrzeliły z ziemi i omal ich nie zabiły, wtedy gdy Nora bardzo rozzłościła się za to, że jej nie powiedział o matce. Że postanowił przekreślić ich związek. Ona też postanowiła to zrobić. Żeby go nie zmuszać do relacji.
Co by było gdyby?
Zdanie zalśniło znów w jego głowie, tak jak myślał o tym lecąc nad brzegiem morza, nocą gdzieś przed siebie, gdzieś do kniei, a potem kominkiem do serca swojego istnienia.
Czy mógł być na nią zły? Chroniła siebie i ich dziecko. Czy przyjąłby wtedy, mając te siedemnaście, osiemnaście lat dwie kobiety pod swój dach podniszczonej ciasnej leśniczówki? Co gdyby matka dała się porwać swemu duchowi na wieść o tym, że zostanie babcią? Z drugiej strony... Może Nora miałaby szansę poznać jego ojca Altaira? Może usłyszałaby jeszcze, jak nie nazywa go Samuelem, tylko małym Sagittae, strzałą, która zawsze trafia do celu.
Myśli te wzmogły uczucia żałoby, ośmiu straconych lat, które mogły być ich, ale nie były. Poczuł wilgoć na swoich dłoniach, a potem jego ramiona zadrgały, gdy jak deszcz na spękaną ziemię, tak na jego duszę przybyły słone łzy. Osiem lat jak osiem czerwonych rubinów w pierścionku, który wciąż zdobił dłoń Nory. I każde dziesięć lat odmieni jeden na zielony. Dojrzały. Uleczony.
Mimowolnie przysunął się do niej bardziej, nie uciekając od jej dłoni a przeciwnie, domagając się więcej pieszczoty, ulgi w dotyku, zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Domagając się obietnicy, że to się nigdy nie powtórzy... chciał ją o to poprosić. Nie mógł. Pozostawały mu tylko łzy za tym, co bezpowrotnie odeszło. W najczarniejszej nocy nie można było przyspieszać świtu nowego dnia.
Poprzednim razem pnącza wystrzeliły z ziemi i omal ich nie zabiły, wtedy gdy Nora bardzo rozzłościła się za to, że jej nie powiedział o matce. Że postanowił przekreślić ich związek. Ona też postanowiła to zrobić. Żeby go nie zmuszać do relacji.
Co by było gdyby?
Zdanie zalśniło znów w jego głowie, tak jak myślał o tym lecąc nad brzegiem morza, nocą gdzieś przed siebie, gdzieś do kniei, a potem kominkiem do serca swojego istnienia.
Czy mógł być na nią zły? Chroniła siebie i ich dziecko. Czy przyjąłby wtedy, mając te siedemnaście, osiemnaście lat dwie kobiety pod swój dach podniszczonej ciasnej leśniczówki? Co gdyby matka dała się porwać swemu duchowi na wieść o tym, że zostanie babcią? Z drugiej strony... Może Nora miałaby szansę poznać jego ojca Altaira? Może usłyszałaby jeszcze, jak nie nazywa go Samuelem, tylko małym Sagittae, strzałą, która zawsze trafia do celu.
Myśli te wzmogły uczucia żałoby, ośmiu straconych lat, które mogły być ich, ale nie były. Poczuł wilgoć na swoich dłoniach, a potem jego ramiona zadrgały, gdy jak deszcz na spękaną ziemię, tak na jego duszę przybyły słone łzy. Osiem lat jak osiem czerwonych rubinów w pierścionku, który wciąż zdobił dłoń Nory. I każde dziesięć lat odmieni jeden na zielony. Dojrzały. Uleczony.
Mimowolnie przysunął się do niej bardziej, nie uciekając od jej dłoni a przeciwnie, domagając się więcej pieszczoty, ulgi w dotyku, zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Domagając się obietnicy, że to się nigdy nie powtórzy... chciał ją o to poprosić. Nie mógł. Pozostawały mu tylko łzy za tym, co bezpowrotnie odeszło. W najczarniejszej nocy nie można było przyspieszać świtu nowego dnia.