– Może będziesz tu musiał sobie zostawić jakieś na zmianę na przyszłość w razie potrzeby – stwierdziła śmiertelnie poważnie, chociaż lekko błąkający się po ustach uśmieszek musiał mówić wszem i wobec, że żart nadal jest ciągnięty. Oczywiście, że użyczy mu fartuszka i wody, swoich kosmetyków też. Już mu przecież nawet kiedyś podarowała swoją sukienkę i malowała go, jak pannę na wybieg, bo taką miał zachciankę. Nawet oddała mu bieliznę, żeby nie łaził w męskich gaciach i bez stanika. To dużo mówiło o poziomie ich zażyłości, skoro wymieniali się swoimi ubraniami, w tym tak intymną częścią. Na szczęście byli w całkowicie prywatnym gronie, a zasłony w oknach były zasłonięte, by nikt niepowołany nie mógł zaglądać do środka, skoro był już wieczór i paliły się tutaj świece, by rozjaśnić pomieszczenie.
Luna pisnęła cichutko, wzięta na ręce, ale czy to był pisk strachu? Victoria nie rozróżniała jeszcze jej wszystkich odgłosów, ale nie wyrywała się, więc być może chodziło o coś zupełnie innego, skoro obwąchiwała teraz palec Laurenta i nadstawiła mały czarny łebek do głaskania. Rzeczywiście malutkie zwierzęta były przeurocze, wszystkie. Koty, psy, źrebaki, pufki… nawet niuchacze. I rzeczywiście w ludzkich dzieciach nie było niczego uroczego – ale to tak samo jak w małpach. Pod tym względem Victoria nie czuła żadnego instynktu macierzyńskiego, kiedy widziała małe ludzkie dzieci. Znaczy niemowlęta były ohydne, ale już takie trzy-pięcioletnie potrafiły być całkiem słodkie, tak przynajmniej uważała.
Lekko zacisnęła szczęki i głośnej wypuściła powietrze przez nos, kiedy Laurent potwierdził to, o co się tak bezpośrednio zapytała. Potem uniosła oczy ku górze, jakby się nad czymś zastanawiała, a dopiero po chwili na powrót utkwiła ciemnobrązowe spojrzenie w Laurencie.
– Nie widzę niczego nienormalnego w chęci pomocy. Pamiętasz, że nie tak dawno temu byłam w podobnym położeniu? – bo osoba, którą pokochała, próbowała się zabić i Laurent chyba nie do końca rozumiał, że Victoria nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie próbowała pomóc Saurielowi, nawet jeśli to wszystko tak bardzo ją zraniło. Rzecz w tym, że on nie bardzo miał osoby, które by mu pomogły, bo czy dotąd ktoś to zrobił? Nie. To inni doprowadzili do tej sytuacji, do tego przeciążenia i chęci zakończenia swojego żywota. Różnica była taka, że to był wtedy jej narzeczony i jej powinnością było pomóc. – Okej… To może… wiesz gdzie mieszka? Pójdź porozmawiać z tą bliską mu osobą. Albo chociaż wyślij sowę, poinformuj co się stało, że potrzebuje pomocy. Może ten ktoś nawet nie wie, jak poważna jest sytuacja? Jak nie mają odpowiednich pieniędzy, zawsze możesz zapłacić za spotkanie z lekarzem. Mogę popytać tatę, czy nie zna jakiegoś dobrego magipsychiatry, może by kogoś polecił i załatwił jakiś szybszy termin, hm? To wszystko to też jest pomoc, nie musisz go trzymać za rękę i nigdzie prowadzić, skoro ma bliskich, na których może się oprzeć. Może ta osoba stanie na wysokości zadania? Jak nie, to przecież wtedy możesz pomóc bardziej doraźnie, nie musisz tego brać na siebie od razu w całości, prawda? – różnica między tym co ona przeżyła była taka, że Sauriel zaszył się gdzieś w samotności i chciał umrzeć w ciszy. A to co opowiadał Laurent… typ był u niego w domu i pociął się tam. – Nie obraź się, kochanie, ale to strasznie egoistyczne ze strony tego twojego znajomego. Przyjść do ciebie i się u ciebie pociąć, żebyś musiał mu pomóc, bo inaczej miałbyś go na sumieniu. To pokazówka, robić coś takiego w łazience innej osoby. Przecież to oczywiste, że takie coś siądzie ci na głowę. Komu by nie siadło? – wydawało jej się, że Laurent nie dostrzegał tak oczywistej sprawy jak to. I choćby właśnie z tego powodu powinien spróbować załatwić to w inny sposób, niekoniecznie osobiście brać na siebie cały ten ciężar. Wyciągnęła nawet rękę, by przygarnąć do siebie Laurenta i przytulić go krótko (krótko, bo wciąż zionęła zimnem nawet większym niż trup). Chciała mu jednak dodać otuchy i przekazać swoje spojrzenie na tę sprawę. – W porządku. Ale ostrzegam, że śpi z nami też Luna – a malutka potrzebowała najwyraźniej otulić się ukochanym zapachem swojej ludzkiej towarzyszki jak najbardziej, by mieć swoje słodkie, kocie sny. W propozycji spania razem nie było żadnego drugiego dna, bo tak – granice relacji były bardzo jasne, sama je wyznaczyła na wiosnę, gdy wrogość do Sauriela w niej opadła i zaczęła być nim zaintrygowana. Chciała być fair w stosunku do wszystkich, do przyszłego-ale-już-byłego-narzeczonego, do Laurenta i do siebie. I chociaż nie nosiła już pierścionka na palcu, to emocjonalnie nadal była całkowicie niedostępna i nieosiągalna, co prawda emocje i uczucia nie zawsze szły w parze z cielesną przyjemnością, tak w tym przypadku było to tożsame.
Victoria nie odpowiedziała od razu, tylko kilka razy w ciszy przeczytała ustęp o drożdżach i zamyśliła się wyraźnie. Potem wypowiedziała to wszystko na głos i spojrzała na kostkę śmiesznie pachnącego… czegoś o równie śmiesznej konsystencji. Cukier – był. Letnia woda – była. Złapała się pod boki, gromiąc drożdże wzrokiem, jakby oskarżała je o sabotaż, z jej gardła wydobyło się ciche „hyyym”. A w końcu kiwnęła głową.
– Mam pomysł. Odmierzymy połowę i ty swoje pokroisz i ugnieciesz z cukrem i rozrobisz z wodą, a ja swoje porwę w palcach i zobaczymy czy jest jakaś różnica – przecież nie mogli się wyłożyć na pierwszym punkcie całej operacji! Jej analityczny umysł i chęć wiedzy tutaj wygrały, tak jak upartość. Nie zamierzała dać się pokonać jakimś głupim drożdżom.
Jak więc wymyśliła, tak zaczęła robić. Wzięła jedną z misek, pokruszyła w dłoniach swoją część drożdży, tyle ile było potrzeba w przepisie, potem dodała trochę tej letniej wody i cukru, po czym zaczęła mieszać, a drożdże się rozpuściły. Następny krok to było przykryć tę… śmieszną wodę i odstawić na chwilę, i tak też zrobiła, chociaż nie miała bladego pojęcia po co. Zrobiła nawet do Laurenta dziwną minę.
– Nie mam zielonego pojęcia co właśnie robimy – przyznała się bez bicia i przez moment pozaczepiała Lunę, a potem zajrzała pod ściereczkę do miseczki. – Ojej, ale śmieszne. To się zrobiło takie gęste. Pokaż twoje! – była trochę podekscytowana i było to słychać. Zaraz zajrzała dalej do gazety. – Teraz piszą, żeby wymieszać w misce mąkę i sól, a potem dodać do tego to śmieszne coś z drożdżami…